Warhammer >> Opowiadania >> Na wschód od Imperium

| | A A


Autor: Borsuk
Data dodania: 2007-07-23 22:35:43
Wyświetlenia: 5049

Na wschód od Imperium

Ptaki wzbiły się w powietrze wszczynając wielki raban. Wiewiórki chowały się w swoich dziuplach, myszy zmykały do swych nor. Stojąca nieopodal sarenka zaczęła biec – ile sił w nogach. Ziemia wydawała się lekko drżeć. Leśnym traktem maszerowała, prawie biegła, zbieranina zielonoskórych potworów. To banda orków i goblinów wracała ze swej wyprawy na ziemiach Imperium. Słychać było wykrzykiwane rozkazy i skrzeki niezadowolenia. Gdzieś w środku zielonego motłochu jakiś mięśniak wszczął bójkę. Na tyłach dwa pokurcze zaczęły sobie nawzajem wyrywać worek pełen łupów. Ktoś zabił jednego z pojmanych ludzi, co rozzłościło odpowiedzialnego za pilnowanie niewolników. Raz po raz wzdłuż pochodu przemykali jeźdźcy na wilkach, zanosząc szefowi meldunki. Ich zadaniem było też poganiać maruderów i uciszać kłótnie, ale różnie im to wychodziło. Każdy kto by zobaczył ten przemarsz straciłby wszelkie wątpliwości co do tego, czy orki mają coś wspólnego z chaosem.
Jeńcy – chłopi – starali się jak tylko mogli opóźniać pochód. Wiedzieli, że wojsko imperialne na pewno ruszyło już w pościg za zielonoskórymi.

Z tego samego powodu Szef Zorbag „Wyrwane Kończyny” poganiał swych podkomendnych.
- Ruszać się! Ruszać! – darł się na całe gardło – Jak się nie pospieszycie, jeśli ludki was nie zabiją, ja to zrobię! – wrzasnął i ukatrupił najbliżej stojącego goblina na poparcie swych słów.
Gorak biegł truchtem za resztą orków. Nie czuł zmęczenia, mimo iż był w pełnym rynsztunku i miał przy sobie tobołek ze skórami i innym dobytkiem. Zrównał się z nim jeden z mniejszych „kuzynów”, głośno zrzędząc i przeklinając wciąż spadający mu kaptur. To był nocny goblin – te stwory większość czasu spędzają pod ziemią i bardzo nie lubią słońca. Dlatego na powierzchni chodzą okutani w płaszcze. Jednak teraz, w biegu nawet takie ubranie nie chroniło oczu przed bezlitosnym światłem. Wymienili między sobą kilka słów. „Gobos” miał najwyraźniej do Orka jakąś sprawę, jednak w tym hałasie żadna osoba postronna (nawet narrator) nie mogła usłyszeć o czym rozmawiali.

***

Nadszedł zmierzch. Zielonoskórzy zatrzymali się by odpocząć. Pośród krzyków i ogólnego bałaganu zaczęli rozbijać obóz (dwuznaczność słowa rozbijać jest tu całkowicie na miejscu). Mamy chwilkę czasu żeby wyjaśnić skąd się wzięło to całe zmieszanie.
Otóż to co zostało tu przedstawione to zorganizowana karawana kupiecka. Biorąc oczywiście pod uwagę standardy goblinoidów. Szefem całego przedsięwzięcia jest niejaki Sereznik "Chciwy”. Że co? Wcześniej było mówione coś o Zorbagu? Już tłumaczę. Sereznik jest przywódcą grupy nocnych goblinów należących do plemienia Czerwonych Oczu. Plemię to wsławiło się w zamierzchłych czasach zdobyciem krasnoludzkiej twierdzy Karak Ungor. Leży ona na wschód od Imperium, i południowy wschód od stolicy Kislevu w Górach Krańca Świata. Obecnie twierdza nosi nazwę Góra Czerwonego Oka i do dziś jest siedliskiem zielonoskórych. To miejsce w którym formują się bandy wyruszające na łupieżcze wyprawy, to tu przybywają wodzowie, chcący zebrać hordę zdolną zagrozić królestwom ludzi. I w końcu, jako, że twierdza jest opanowana przez gobliny, panuje tu ożywiony handel.
Wymienić i dostać tu można wszystko – piwo , grzyby halucynogenne, broń, niewolników, ozdoby, skarby zagrabione ludziom, amulety szczęścia od plemion południa, wyroby hobgoblinów ze wschodu, co tylko Ork może sobie wymarzyć.
Sereznik jest kimś w rodzaju kupca. Zna doskonale podziemne korytarze twierdzy i wie przykładowo ile mieczy jest wart dzik bojowy i kto sprzedaje fałszywe jaja wywern. Wszedł w układ z Zorbagiem. Umowa jest następująca: Zaprawione w bojach orki Zorbaga oraz tchórzliwe acz liczne gobliny Sereznika wyruszają na wyprawę do krain ludzi. Działaniami wojennymi kieruje „Wyrwane Kończyny”. Zaś po powrocie do twierdzy „Chciwy” dba o to by jak najkorzystniej wymienić łupy. Na koniec obaj dzielą się zyskami.
Zielona hałastra splądrowała już kilka wiosek. Teraz ze swą zdobyczą uciekają na wschód, w stronę Góry Czerwonego Oka, mając na karku armię ludzi. Wróćmy jednak do obozu, w którym znów wzmagają się krzyki.

***

- Oddawaj święcące cuś! – krzyknął Gorak do orka siedzącego przy ognisku. Tamten wstał. Byli mniej więcej tego samego wzrostu, lecz Gorak miał na sobie więcej ozdób. Także jego blizny po walkach były bardziej okazałe. Wokół nich zaczęli się zbierać gapie, żaden zielonoskóry nie przepuści takiej okazji do bójki.
- Ja nie wiedzieć o czym mówisz – warknął ork.
Gorak powoli zbliżył się do swego rozmówcy. Popatrzył mu głęboko w oczy... I przywalił w nie z całej siły głową.
- AAAAA – ryknął przeciwnik i złapał się za twarz.
- ZADYMA – wrzasnęli widzowie i złapali się ze sobą za bary.
Domniemany posiadacz „świecącego cuś” zdjął dłonie z oczu. Tylko po to, by zobaczyć nadlatującą pięść wielkości bochna chleba. Błysnęło. A potem zrobiło się ciemno.
Wokoło toczyła się bitwa. Gorak odepchnął od siebie jednego z walczących, korzystając z chwili gdy zrobiło się nieco luźniej przywarł do swego leżącego przeciwnika. Obszukał go. Znalazł! Świecący naszyjnik.
Ktoś wpadł na znalazcę. Błyskotka poleciała gdzieś między uczestników bijatyki. Gorak klnąc rzucił się w tamtą stronę. Zaraz ktoś ją kopnie – pomyślał.
- SZEF IDZIE! – ktoś krzyknął. Natychmiast wszyscy przestali się bić. Kto tylko był w stanie, czym prędzej uciekał z pobojowiska. Sprawca całego zamieszania zabrał upragnione świecidełko, po czym za przykładem innych dokonał strategicznego odwrotu. Biada tym, którzy się spóźnili.

***

Społeczeństwo zielonoskórych wydaje się rządzić prostymi zasadami Wielcy pomiatają mniejszymi, ci zaś najmniejszymi. Szkopuł w tym, że wszyscy chcą przeżyć a nie każdy może być tym największym.
- Masz? – zaskrzeczał goblin, który w nocy nie musiał zakładać kaptura. Ork dał naszyjnik niskiemu zielonemu stworowi. Tamten uśmiechnął się ukazując rząd ostrych zębów.
- Tak, tak. Czy ten gupek, co próbował mi zabrać mój skarb, dostał za swoje?
- Szef przerwać bójkę – mruknął Gorak.
Goblin pokiwał głową ze zrozumieniem. – Masz tu trochę ziela, tak jak było mówione – wręczył niewielki woreczek orkowi. Ten zważył zapłatę w dłoni.
- Ty mówić, że ziela będzie więcej!
- Miał być woreczek.
- Ja pamiętać dwa woreczki. Albo ty dać tyle, albo ja ci wyrwać dwie ręce.
- Jakie dwa!? – goblin popatrzył na twarz orka – Ech, rzeczywiście, przypomniało mi się, mówiłem o dwóch. – przekazał Gorakowi drugi woreczek ziela.
Kolejna znakomita transakcja. „Zielony łowca nagród” szedł w stronę skraju obozu. Był słusznego wzrostu, miał wiele blizn – po nich łatwo poznać, że nie uciekał szybko z pola bitwy, najbardziej jednak rzucało się w oczy jego uzbrojenie. Kolczuga tylko trochę podniszczona, dobrej jakości hełm i ubranie, wygodne buty. Drewniana tarcza i kawałek żelaza do walki też były niczego sobie. Wiele z tych rarytasów Gorak zdobył wyświadczając przysługi słabszym członkom bandy, a to obronił jakiegoś mądrale, który mimo iż był kiepskim wojownikiem umiał naprawiać zbroje. Innym zaś razem wspomógł jednego goblina, w zamian za to tamten ze swymi pobratymcami baczniej się rozglądał po polu bitwy za bronią dla swego dobroczyńcy. Zważywszy na to, że dobry ekwipunek oprócz tego, że jest przydatny, przynosi także orkowi prestiż, taka współpraca była bardzo opłacalna.
Wokoło niego było coraz mniej namiotów. W końcu dotarł na stanowisko wartownicze, gdzie jak zwykle stał jego kumpel „Glut”. Glut był trochę dziwny – lubił stać na straży. Większość orków tego nie znosiła i wielu wymieniało się z nim wartą (często mu za to płacąc). Był niższy od Goraka, miał na sobie mniej ozdób i gorszej jakości sprzęt. Jednak blizna na prawym policzku oraz kilka na ramionach były dowodem, że jest co najmniej tak samo zawzięty jak jego przyjaciel.
Wyższy ork wyjął woreczek z zielem. Otworzył go i wręczył wartownikowi.
- Chcieć?
Strażnik przyjął podarunek bez słowa. Wyjął sobie trochę ziela włożył do ust i zaczął żuć. Gorak wyciągnął sobie drugi woreczek i również poczęstował się zielem.
- Chopcy od Bagoda znów przywalić jednemu z naszego oddziału, trzeba będzie sprawić im lanie – zagadał większy. Glut kiwnął głową. To była jeszcze jedna z cech Gluta – prawie w ogóle się nie odzywał. On tylko obserwował. Niektórzy twierdzili, że nawet przez sen.
Gorak cenił sobie u towarzysza to, że ten nigdy nie mówi od rzeczy. Razem wiele przeszli – uciekali przed czarnymi orkami (które są największe ze wszystkich), wspólnie walczyli z „pniaczkami z gór” (krasnoludy) przeżyli dwóch szefów bandy i jedną zupełnie nieudaną Waaagh na ziemie ludzi (Waaagh to wielka wyprawa wojenna kilku połączonych plemion, to także okrzyk bojowy, nazwa magii i w ogóle słowo bardzo często używane). Jeśli wśród zielonoskórych istniała przyjaźń, to z pewnością była między tymi dwoma.

***

Było już późno gdy Gorak wracał do namiotu. W obozie robiło się pusto, większość wojowników udało się na spoczynek, choć tu i ówdzie wciąż dało się słyszeć rozmowy. Nagle jego ucho wyłapało słowo, na które każdy w bandzie był wyczulony – „szef”. W pierwszej chwili chciał się schować pod najbliższym kamykiem ale się opanował. Zwyciężyła ciekawość – postanowił podkraść się do namiotu skąd dochodził skrzeczący głos.
- Zozog będzie szefem! – prawie krzyczał, zapewne jakiś goblin.
- Wy zobaczyć! Jeszcze dziś ja go pokonać! – zawtórował mu dudniący bas.
- Jak ty chcieć pokonać szef?
- Mogę opowiedzieć? Mogę? Proszę! Mogę? Mogę?
- Mów pokurcz!
- Dziś wieczór, w naszym obozie był szaman pustelnik. Poprosił nas o odrobinę strawy. Chcieliśmy go przepędzić, ale wtedy on zaczął tak dziwnie przewracać oczami. I powiedział. Tak, on powiedział, że Zozog będzie szefem!
Wystarczy, że znajdzie się jeden ambitny ork a od razu pojawi się przy nim goblin, pomyślał Gorak. Już dość usłyszał. Puścił się pędem wzdłuż obozu, prawie wpadając na jeden z namiotów. Chciał ostrzec szefa. Każdy, tylko nie Zozog!
Nie odbiegł jednak daleko, gdy zaczęła pracować jego wyobraźnia. Pomyślał sobie, co się stanie, jak zbudzi szefa w środku nocy... Zatrzymał się. Już „widział” swój przepołowiony hełm i pękniętą czaszkę. A właściwie dlaczego Zozog nie może być szefem? W czym on jest gorszy od Zorbaga „Wyrwane kończyny”? Namyślił się. Aż głowa go rozbolała. Doszedł do wniosku, że jednak woli Zorbaga. Wpadł też na iście gobliński plan!

***

Wszyscy pogardzali Baką gdyż ten jak na orka był słabeuszem. Stał się jednak pupilem szefa (niektórzy mu z tego powodu współczuli). Zorbag miał ambicje. Chciał zostać wielkim wodzem, o którego bitwach będzie się mówiło przy ogniskach. Baka zaś miał talent do opowiadania historii i bardzo dobrą pamięć. Przekazujący ustną tradycję też się czasem przydają.
- Zbudź się! Wstawaj! – Gorak potrząsał śpiącym „bajarzem”.
- Uuuaa! Czego ty chcieć? GORAK?! Ja nie znęcać się nad żaden goblin ani nikt inny, oni kłamać, jak ty mnie tknąć, ja wszystko powiedzieć szefowi...
- Ty się zamknąć i słuchać! Zozog chce zabić szefa.
- Co?!
- Ty musieć go ostrzec!
- Czemu od razu nie mówić!? – Baka zerwał się z legowiska jednak szybko się zreflektował – A co jak Zorbag się wkurzyć gdy ja go zbudzić?
Gorak złapał się za głowę. – Ty się nie martwić, szef nie pozwalać cię zabić.
- A Snoda pamiętać? Tego co katapulta mieć zbudować?
- Ale mu się wtedy nie udać. – starał się argumentować wojownik.
- Nooo ja nie być pewien...
- Ty słuchać! Albo Ty pójść ostrzec Zorbag, albo ja wypruć twe wnętrzności i dać je do żarcia dzikom bojowym!
Baka przełknął ślinę. – Już lecieć.
Tradycyjny sposób perswazji był jednak najlepszy.

***

W ciszy podeszli pod największy z namiotów w obozie. Strażnicy widząc ich zaczęli grać ze sobą w „papier, nożyce, kamień” by ustalić kto ma obudzić przywódcę. Zrezygnowali jednak gdy goście wyciągnęli broń.
- WAAAAAAGH – rozległo się na cały obóz. Grupa orków wpadła do namiotu szefa, Zorbag był już na nogach. Pierwszemu, który zakłócił jego sen odciął głowę, jednak jego największy rywal wbiegł drugi i... ranił go. Ranił szefa. Zozog patrzył z rozdziawionymi ustami na tego, który dotąd trząsł całą bandą. Teraz ten największy postrach okolicy leżał na ziemi obficie krwawiąc. Padł od pierwszego ciosu. Wszyscy wokoło oniemieli. Zorbag jeszcze żył, lecz nie wiele czasu mu zostało. A dotąd uważany był za nieśmiertelnego. Nagle do byłego szefa podbiegł goblin. Ten sam, który wcześniej tak zachwalał nowego pretendenta do władzy. Pochylił się nad „Wyrwane kończyny” i zaczął mu szeptać do ucha:
- Ruszaj się. Ruszaj. Jak się nie pospieszysz, jeśli ludki cię nie zabiją, ja to zrobię...

I właśnie wtedy na miejscu zjawił się Baka.

***

Gorak leżał w swym legowisku. Był z siebie bardzo zadowolony. Chwile temu słyszał gromkie Waaagh – to zapewne szef rozprawiał się z buntownikami. A wszystko dzięki jego ostrzeżeniu. Uratował Zorbaga, a posługując się chłopcem na posyłki, także swoją skórę.
Trzask łamanej gałązki.
Gorak chwycił za broń.
Wsłuchiwał się w ciszę.
Ktoś był przed jego namiotem.
Przez wejście najpierw wsunęło się ostrze włóczni. A potem pojawiła się w nim orcza gęba z blizną na lewym policzku.
- Glut?
- Gorak wstawaj! Musieć uciekać!
- Co się stać?
- Zozog nowym szefem. Gaduła Baka wypaplać, że ty chcieć ostrzec poprzedniego.
Gorak zerwał się na równe nogi. Wziął tobołek z najpotrzebniejszymi rzeczami, kolczugę, broń.
- Wiejemy.
Etatowy wartownik kiwnął głową.

***

Gdy nastał świt, oni wciąż przedzierali się przez las. Mając nadzieję, że wilcza jazda nie została jeszcze wysłana w pościg. Dotarli do traktu. Postanowili przejść nim kawałek by zyskać na czasie. Powoli zaczynali odczuwać zmęczenie – nawet orcza wytrzymałość ma swoje granice.
Słońce jeszcze nie wzeszło dobrze ponad drzewa, gdy usłyszeli za sobą tętent kopyt. Obejrzeli się. Ludzie konno pędzili w ich kierunku.
Gorak wyciągnął swój kawał żelaza – mieczem się tego nie da nazwać, zielonoskórzy zwą to „Czopa”. Glut poprawił uchwyt na włóczni. Nie poddadzą się bez walki.
- SIGMAR MIT UNS! – krzyknęli ludzie.
- WAAAGH – Krzyknęły orki.
Konny oddział niemal przebiegł po zielonych wojownikach. To były ułamki sekund. Nie widać było nawet który rycerz zadał cios. Gdy opadł kurz na trakcie leżały dwa trupy goblinoidów. I tak kończy się historia Goraka i Gluta, którzy zginęli na jednym z imperialnych traktów.
The end.
Na ekranie pojawiły się napisy końcowe. W kinie zapalały się światła. Grała ckliwa muzyka z motywami etnicznymi.
- Jak mogli ich zabić? – odezwał się głos z widowni.
- Kto by się przejmował śmiercią orka w świecie fantasy? – odpowiedział drugi głos.
- Zauważyliście drobny błąd w charakteryzacji jednego z aktorów? – ktoś inny włączył się w rozmowę.
- A ja wolałbym happy end.
Z głośników rozległ się komunikat: proszę państwa proszę pozostać na swych miejscach, to był tylko gobliński żart. Za chwile dalsza część filmu.
- Ha... ha... ha... zupełnie nie rozumiem co w tym śmiesznego – burknął jeden z widzów. Światła ponownie gasły.

***

Słońce jeszcze nie wzeszło dobrze ponad drzewa, gdy usłyszeli za sobą tętent kopyt. Obejrzeli się. Ludzie konno pędzili w ich kierunku
- SIGMAR MIT UNS! – krzyknęli napastnicy.
- CHODU! – krzyknęły orki.
Biegiem między drzewa, tam gdzie konnym będzie trudniej. Szybciej, aż do utraty tchu w największe chaszcze, zarośla, które dla twardej skóry orków były niczym, zaś ludziom mogły przeszkadzać.
- Herr Kapiten, Sie sind entkommen! – dało się słyszeć wśród ludzi, których perspektywa przedzierania się przez cierniste krzewy najwyraźniej zniechęciła do dalszego pościgu.

***

Ostatnie dni nie należały do najprzyjemniejszych w życiu Goraka i Gluta. Uciekali, przed tropicielami „ludków”, którzy idąc ich śladem mieli nadzieje znaleźć resztę bandy. Przed bandą też się ukrywali. Każdej nocy słysząc wycie wilków chwytali za broń, rozglądając się, czy między drzewami nie kryje się oddział goblinów. Kierowali się na wschód, w kierunku Góry Czerwonego Oka, wierząc, że tam uda im się przyłączyć do jakiejś grupy.
Tego wieczora znów nie zapalali ogniska. Nawet gdyby wykopali odpowiedni dół, tak by płomień stał się niewidoczny w lesie, wciąż pozostawał jeszcze dym – wyczuwalny dla zwierząt. Tymi dzikimi się nie przejmowali, obawiali się raczej udomowionych przez zielonoskórych.
Była jesień i było dość chłodno. Naprawdę zimno miało być jak zwykle nad ranem. Tylko ciepłe ubrania i orcza wytrzymałość na trudy pozwalała im przeżyć. Jedli właśnie kolacje – surowe mięso sarny.
- Brrr, Glut, jutro zapalać ogień. Oni na pewno nas już nie szukać.
Glut przeżuwał w ciszy swój kawałek mięsa. Nagle przestał. Wskazał palcem w kierunku drzew. Gorak powolutku się odwrócił. Zbliżał się do nich ubrany w skóry zwierząt, stary i wynędzniały ork.
- Ja was widzieć! Ja was widzieć! – zawodził.
- My ciebie też – odparł Gorak.
- Ja was widzieć w snach! – starzec zaczął przewracać oczyma. – Jeden z was! Jeden z was będzie prowadził. Będzie szefem! A może nawet szefem wojennym!
- Pustelnik! – zawołał bardziej rozmowny z wojowników. - To ty przepowiedzieć przyszłość Zozoga!
- Zozoga? – zawahał się domniemany szaman.
- A potem on pokonać nasz dowódca.
- Naprawdę? Eee to znaczyć: Tak! A więc i to proroctwo się sprawdziło!
- Ty usiąść, my mieć mięso z sarna. Częstować się.
- Zaprawdę dzięki o pogromco ludzi. – Chudzielec przysiadł się do dwójki. – Sny mnie nigdy nie okłamać. To ty zostać kiedyś wielki szef.
- Co ja musieć zrobić?
Szaman zastanowił się przez chwilę. Poprzewracał oczyma. – Ty podążać za biały królik.
Ciekawe czy Gorak, byłby równie przejęty tym mistycznym stwierdzeniem, gdyby wiedział co to króliki.

***

W końcu dotarli na miejsce. Do Góry Czerwonego Oka. Podziemnej pokrasnoludzkiej twierdzy.
Wokół panował zaduch. Gorak i Glut przedzierali się przez tłumy zielonoskórych. Za nimi rozgorzała bójka. Jakiś pijany goblin wydzierał się: ZŁAMANE NOSY SĄ NAJLEPSZE! ZŁAMANE NOSY SĄ NAJLEPSZE! Ktoś potrącił Goraka. Ten jednak spuścił wzrok i szedł dalej. Nie chciał zaczynać z czarnym orkiem. Wyszli z wąskiego korytarza do ogromnej sali. Kiedyś krasnoludzki król zasiadał tu na tronie. Teraz jest tu targowisko. Obok posągów przedstawiających brodatych bohaterów stoją, w każdej chwili grożąc zawaleniem, drewniane stragany. Na właścicieli jednego z nich właśnie napadła grupa orków. To, że obok toczyła się walka nie przeszkadzało innym „handlowcom” zachwalać krzykiem swoich towarów.
Gorak rozglądał się w tym całym rozgardiaszu za przewodnikiem, z którym mieli się tu spotkać. Znalezienie w miarę bezpiecznego noclegu w twierdzy, graniczy niemal z cudem, jeśli się tu nie urodziło, bądź nie wynajmie się kogoś, kto zna to miejsce jak własną kieszeń.
Glut wskazał zbliżającego się do nich goblina.
- Gorak i Glut? – zaskrzeczał przewodnik.
- Tak
- Chodźcie za mną.

***

Szli za nim przez labirynt korytarzy i tuneli. Tylko raz wdając się w bójkę. W końcu doprowadził ich do groty oddalonej od głównego szlaku w twierdzy. Było tu pusto a cisze przerywało tylko kapanie z sufitu. Dla Goraka, który przywykł już do hałasu, wydawało się to podejrzane. Miał racje.
- Nie spodziewałem się was tutaj.
Odwrócili się. W wejściu do groty stał tłusty goblin, ubrany w ciemnoniebieski płaszcz z kapturem – Sereznik „Chciwy”. Wokół niego zaś stało około dwudziestu gobosów z włóczniami.
Przewodnik wyciągnął nóż i przyłożył go do pleców Gluta.
- Myślałem, że uciekniecie w kierunku złych ziem – kontynuował Sereznik. – Przyszliście tu walczyć z Zozogiem zgadłem? No dalej, przyznajcie się, co myślicie o swym „Szefie”. – Chciwy spojrzał na swe ofiary, jego oczka zwęziły się.
- Zozog być wypierdek, tchórz, palant, zielone łajno, przerośnięty snotling, karma dla dzików bojowych, jego matka była chomikiem a ojciec śmierdział zgniłymi jagodami – zakończył wyliczankę Gorak.
Przez chwilę dało się słyszeć jedynie ciche kap, kap a potem puk puk puk, to jeden z goblinów zaczął nerwowo stukać włócznią o podłogę.
- Trafne spostrzeżenia – skwitował wypowiedź orka Sereznik.
Ork zamrugał ze zdziwienia.
- Ostatnio moja współpraca z Zozogiem nie układa się najlepiej – zaczął wyjaśniać Chciwy – ta gnida chce sobie przywłaszczyć wszystko co otrzymaliśmy za łupy. Słyszałem, że Ty Gorak walczysz w zamian za podarunki i że nie zabiłeś nikogo ze swych zleceniodawców. Ktoś taki przydałby się na szefa. Ktoś z kim można się dogadać.
- Więc ty nas nie zabić?
- Gdybym chciał dawno bym to zrobił. Chcę byś pokonał Zozoga i został Szefem. Zgadzasz się?
- Dlaczego ty po prostu nie wziąć innych orków?
- Ta kreatura ma za dużo rzeczy, które należą do mnie. Ty je dla mnie odzyskasz. To jak?
- Zgoda.
- Świetnie!
- Ale Zozog być większy niż ja.
- Coś na to poradzimy. Tymczasem zapraszam do mnie, na obiad dziś mamy potrawkę z królika.

***

Zozog nie jadł. On pochłaniał. Wszystko co tylko gobliny przyniosły. Mięsiwo, grzyby, owoce. Ten nędzny pokurcz Sereznik w końcu zrozumiał kto tu naprawdę rządzi. Podkulił ogon i by przeprosić wielkiego Zozoga za to, że nie chce mu oddać całego majątku, zaprosił go na ucztę. Może jednak te karzełki nie są takie głupie. Wiedzą kogo należy się słuchać. Jadł, jadł i jadł. Właśnie głośno siorpiąc pił zupę z misy (nie było łyżki), gdy lekko mu pociemniało przed oczami. Świat wokół, zaczął się rozmazywać.
- Trucizna! – wybełkotał Zozog – Ja pozabijać was, zdrajcy – wstał i wyciągnął olbrzymi kawał żelastwa przypominający tasak.
- Wy nie wiedzieć, że Orki być odporne na trucizna! – zakręciło mu się w głowie. Widział jak obserwujące go gobliny się uśmiechały. A potem zaczęły się halucynacje – zobaczył Goraka i Gluta, którzy wchodzą do jaskini, uzbrojeni po zęby. Fatamorgana okazała się jednak realna a na broń sieczną i kłującą orki już takie odporne nie są.
Epilog.
Wśród Orków w bandzie rozeszła się wiadomość o wielkim pojedynku pomiędzy Gorakiem a Zozogiem. Walka miała mieć miejsce na szczycie góry, podczas burzy z piorunami. Podobno bogowie Gork i Mork osobiście przyglądali się tej potyczce. Gorak jako zwycięzca został nowym szefem bandy. Jego współpraca z Sereznikiem układała się bardzo pomyślnie. Przez długi czas wyprawy „Karawany kupieckiej” były plagą na ziemiach ludzi.
Glut dalej był strażnikiem. Dzięki temu, że pozostawał na uboczu grupy, przez długi czas cieszył się dobrym zdrowiem. I wszyscy żyli długo i burzliwie.
Tak kończy się ta opowieść. Aha... została jeszcze do wyjaśnienia sprawa szamana pustelnika.

***

Stary ork włóczył się po lesie, był głodny. W pobliżu nie było żadnych zielonoskórych, od których można by wyżebrać coś do jedzenia. Te naiwniaki zawsze się nabierały na bajeczkę o szamanie wieszczącym im wspaniałą przyszłość.
Wlókł się kulejąc na prawą nogę. Żołądek skierował go w pobliże ludzkich siedzib. Może znajdzie tam jakieś zwierze złapane we wnyki?
To był błąd. Natknął się na człowieka. Jakiegoś wieśniaka, ale uzbrojonego w młot kowalski. „Szaman” był bez szans na ucieczkę. Mężczyzna był coraz bliżej.
„Wieszcz” zasłonił twarz rękami. Zaczął skomleć. Jego mózg pracował na pełnych obrotach: Orki krzyczą Waaagh co znaczy atak, magia, wojna. MOC. Co krzyczą ludzie?
Nieprzyjaciel był tuż przy nim. Już się na niego zamierzał. Gdy Starzec zaczął przewracać oczyma, trząść się i wyć przeraźliwie.
Wskazał palcem na wieśniaka.
- Sigmar! – Wskazał jeszcze raz i powtórzył – Sigmar, Sigmar!
Mężczyzna zawahał się.
- Sigmar ja? (Sigmar tak?). – zapytał – Ich heisse Valten (Nazywam się Valten). Aber fur dich, mein lieber konnte ich Sigmar heissen(Ale dla ciebie mogę być Sigmarem). – mówiąc to rozwalił orkowi łeb.
To był naprawdę koniec.

Lubię to
 Lubi to 0 osób
 Kliknij, by dołączyć
Zobacz też
Słowa kluczowe: świeca, na, wietrze, terence, hanbury, white, solaris, fragment

Podobne newsy:

» Polaris, McDevitt Jack - patronat!
29%
» Coś na apetyt - fragment "Requiem"
29%
» Zapowiedzi!
20%
» Zapowiedzi!
20%
» Nowy numer SFinksa
20%
 
Podobne artykuły:

» Królowa Zimy - fragment
33%
» Odźwierny - fragment!
29%
» Fragmenty "Rezerwatu Goblinów"!
18%
» Głupcy - recenzja
17%
» Tern - recenzja
17%


Dodaj komentarz, użytkowniku niezarejestrowany

Imię:
Mail:

Stolica Polski:



Twój komentarz został dodany!

Kliknij, aby odświeżyć stronę.




Artykuły

Gry komputerowe
Główne Menu

Gry RPG

Polecamy

Patronujemy
Aktywność użytkowników
madda99 zarejestrował się! Witamy!
_bosy skomentował Blood 2: The Chosen - recenzja
_vbn skomentował Mapy Starego Świata
wokthu zarejestrował się! Witamy!
_Azazello Jr skomentował Gdzie diabeł nie mówi dobranoc. "Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow - recenzja
Gabbiszon zarejestrował się! Witamy!
Liskowic zarejestrował się! Witamy!
_Kamila skomentował "Brudnopis", Siergiej Łukjanienko - recenzja

Więcej





0.227 sek