Warhammer >> Opowiadania >> Szepty wśród piasków

| | A A


Autor: Joanna Maciejewska
Data dodania: 2007-07-23 22:41:23
Wyświetlenia: 4136

Szepty wśród piasków

Juilles le Deilac po raz kolejny przeklął własną głupotę. “Co mnie podkusiło, by płynąć w to porzucone przez bogów miejsce?” – pytał samego siebie po każdym przekleństwie. Nienawidził prażącego słońca, niesionego wiatrem piasku, który dostawał się niemalże wszędzie, uprzykrzając życie, bełkotliwego języka tubylców, niezrozumiałego dla cywilizowanych ludzi i obyczajów, które nakazywały kobietom skrywać ciała przed wzrokiem mężczyzn. Słowem, Juilles le Deilac nienawidził wszystkiego, co wiązało się z Arabią.

“A mógłbym teraz zabawiać się na sianie ze słodką Marie” – aż westchnął z żalu na wspomnienie krągłych bioder i pełnych piersi niewysokiej pokojówki. Marie nie zawsze dokładnie ścierała kurze, lecz za to doskonale wiedziała, czego potrzeba każdemu mężczyźnie. Młody szlachcic westchnął kolejny raz, tęskniąc do jej miękkich ust i zawsze chętnych ramion. “Po co ja się tu w ogóle wybierałem?” – pomyślał zirytowany.

Doskonale znał odpowiedź na to pytanie. Ciekawskim mógł powtarzać, że szuka zaginionego ojca, lecz tak naprawdę Juilles przybył do Arabii z bardziej przyziemnego powodu – z chciwości.

Szlachcic zawsze uważał swojego ojca za odrobinę obłąkanego – Francois le Deilac zwykł spędzać czas wertując stare księgi i włócząc się po ruinach, których nie brakowało w lasach w pobliżu posiadłości rodzinnej. Dopóki wyprawy ojca ograniczały się do okolicznych bezdroży i kilku dni nieobecności, Juilles traktował je z pewnym pobłażaniem, jednak kiedy Francois oświadczył zdumionym domownikom, że wybiera się do Arabii, krewni jednogłośnie uznali go za niespełna rozumu. Głowie rodziny bynajmniej to nie przeszkadzało – Francois przekazał zarządzanie majątkiem stryjowi Juillesa i wyruszył na swoją szaloną wyprawę.

Przez kilka tygodni we dworze żartowano na temat eskapady, obstawiano zakłady, dokąd zdoła dotrzeć “szalony le Deilac”, jak mawiano o nim w okolicy – nikt nie podejrzewał, by mężczyzna zawędrował dalej niż do Estalii. “Powłóczy się trochę po gościńcach, odwiedzi kilka miast i w końcu, znudzony, wróci do nas” – powtarzali domownicy. Francois jednak nie dawał znaku życia.

Po kilku miesiącach część krewnych zaczęła poważnie martwić się o zdrowie i życie zaginionego – Juilles wiedział, że wielu z nich niepokoi się jedynie na pokaz, że radzi byliby uznać Francoisa za zmarłego i podzielić się majątkiem. Szlachcic nie mógł ich winić – sam chętnie położyłby rękę na czymś więcej, niż piersiach Marie.

Życie w posiadłości rodziny le Deilac toczyło się jednak dalej – w końcu mieszkańcy dworu przywykli do nieobecności głowy domu, przyjmując ją jak coś oczywistego. I właśnie wtedy, po pół roku ciszy, zmęczony goniec przyniósł list podpisany przez Francoisa. List z Arabii.

Juilles dobrze pamiętał dwa niewielkie guziki, wykonane ze szczerego złota i zdobione rubinami, załączone do listu. Schował je do kieszeni, nie zamierzając dzielić się skarbem z resztą domowników. Równie starannie ukrył zwitek papieru z wyrysowaną nań prowizoryczną mapką, na której widniał punkt oznaczony jako “Al-Haikk”. Rodzina le Deilac po raz tysięczny odczytywała króciuteńki list, zastanawiając się nad znaczeniem odkryć Francoisa, który – jak twierdził – znalazł drogę do starożytnych grobowców, gdzieś w sercu pustyni. Wspominał, że zamierza zbadać je dokładniej i co bardziej złośliwi domownicy sugerowali, że na pewno znajdzie nieprzebrane bogactwo, w postaci zetlałych szat i resztek kości. Juilles śmiał się z tych żartów razem ze wszystkimi, lecz jednocześnie zaciskał palce na schowanych w kieszeni guzikach. Wiedział, że ojciec już znalazł skarb.

Kiedy minęła zima i rozpoczęły się roztopy, Juilles oświadczył zszokowanym domownikom, że zamierza wyruszyć do Arabii, by odnaleźć ojca. Niektórzy członkowie rodziny protestowali, nie zamierzając zgodzić się na podobny absurd – syn Francoisa był dziedzicem majątku, nadzieją rodu le Deilac i nie powinien się narażać, natomiast inni przytakiwali szlachcicowi – Juilles nie wątpił, że w zniknięciu spadkobiercy upatrują szansy dla własnych dzieci. Młodzieniec nie dbał o to – wiedział, że gdy wróci z Arabii, będzie posiadał o wiele więcej, niż wart był niewielki mająteczek na południu Bretonii. Sprzedał jeden z guzików, by zdobyć pieniądze na podróż i nie przejmując się, co powie reszta rodziny, wzorem ojca wyruszył na południe.

A teraz cierpiał, palony pustynnym słońcem, zastanawiając się, co dalej. Nie spodziewał się, że Arabia jest aż tak dużym krajem, nie wiedział, gdzie szukać ojca – wskazówki zawarte w liście były skąpe, natomiast z tubylcami Juilles nie mógł się porozumieć. Czuł narastającą irytację i zaczynał rozważać powrót do Bretonii – przed wyjazdem powstrzymywała go tylko duma. I rubin, który błyszczał krwawo w świetle lamp.

Juilles westchnął, robiąc kolejne koło wokół bazaru. Musiał znaleźć jakiś sposób, by odnaleźć ojca – i skarb. Próbował rozmyślać o tym, co będzie, gdy w blasku chwały powróci do domu, już jako człowiek zamożny, wyobrażał sobie bale i przyjęcia, planował kupno rezydencji w Gisoreux... a może w Bordelaux? Nie mógł zdecydować. A potem oblizywał wargi i myślał o pięknych, zmysłowych szlachciankach, przy których bledła plebejska uroda Marie. Kiedy już wróci ze skarbem, zdobędzie każdą z nich!

W takich momentach upał zdawał się być mniej uciążliwy, w Juillesa wstępowały nowe siły, gotów był sam jeden przemierzyć piaski Arabii i pokonać wszelkie przeszkody. W takim radosnym nastroju szedł zazwyczaj do zajazdu, wypić za wyprawę i budził się rano, z ciężką głową, a lżejszą sakiewką, by znów zastanawiać się, czy nie pora wracać do domu. Jednak powtarzający się cykl, który wyznaczał jego życie w spalonym słońcem mieście, stawał się powoli męczący, poza tym kończyły się pieniądze.

Uderzenie w plecy wyrwało Juillesa z zamyślenia, odwrócił się, lecz Arab, który go potrącił, znikał już w tłumie.
- Uważaj, jak idziesz, psi synu! – krzyknął zanim szlachcic, tylko po to, by dać upust złości. Wiedział, że ten “brudas”, jak nazywał w myślach mieszkańców Arabii, na pewno go nie zrozumie.

Z miejsca, w którym ostatni raz widział Araba, Juilles usłyszał jakiś okrzyk – jakby w odpowiedzi na swoje słowa. Prychnął zirytowany i zamierzał odejść, gdy tuż za nim rozległ się kobiecy śmiech. Odwrócił się gwałtownie, by zrugać nieznajomą.

- Odpowiedział “a twoja matka parzyła się z wielbłądem” – powiedziała po bretońsku. Brzmiące w jej głosie rozbawienie złościło Juillesa, jednak jak urzeczony wpatrywał się w zielone, nieco kocie oczy. Wydawało mu się, że pod delikatnym materiałem, którym przesłaniała twarz, widzi zarys pełnych ust.

- Myślę, że mógłbym żyć bez tej wiedzy – odparł, przyjmując postawę i ton dumnego szlachcica. – Dobrze mówisz po bretońsku... pani – dodał z czarującym uśmiechem. Podejrzewał, że ma do czynienia z żoną jakiegoś kupca, bo chyba nikt oprócz nich nie znał cywilizowanego języka. A może była córką jednego z bretońskich rycerzy, którzy od lat prowadzili krucjatę na tych ziemiach? Wszak Arabowie mieli ciemne oczy...

Nie odpowiedziała, jednak szlachcic miał wrażenie, że uśmiechnęła się lekko.

- Dasz się zaprosić, pani, na odrobinę wina? – spytał gładko, jak zwykle polegając na swoim uroku. – Niezwykle rzadko mam okazję porozmawiać tutaj w rodzimym języku... – pozwolił, by w jego głosie zabrzmiał żal.
- Może pora zacząć uczyć się arabskiego? – zadrwiła lekko i Juilles poczuł, jak gotuje się w nim rozgrzana słońcem krew. Z trudem powstrzymywał grymas wściekłości, podczas gdy nieznajoma przyglądała się mu z ciekawością.
- Jeśli będę miał tak uroczą nauczycielkę, jak pani... – odparł, gdy już zdołał opanować złość.

Kiwnęła głową, zadzwoniły cekiny, którymi obszyty był jej strój.
- Przejdźmy się.

Poruszała się zwinnie, było w jej ruchach coś kociego i Juilles mimowolnie zaczął się zastanawiać, jaka byłaby w łóżku. Domyślał się, że nie była tak doświadczona jak Marie, a może – poczuł dreszcz podniecenia – nawet wcale, lecz podejrzewał, że w tak gorącym słońcu musieli rodzić się ludzie o niezwykle ognistym temperamencie. Uśmiechnął się lekko, idąc za nieznajomą – może pobyt w Arabii nie okaże się taki zły...

Przedstawiła się jako Sheerah, ale nic więcej nie chciała opowiedzieć o sobie. Juillesowi nie zależało zresztą na tej wiedzy, wolał mówić o Bretonii, o posiadłości rodzinnej, o bogactwie rodziny le Deilac – chciał olśnić dziewczynę, owinąć ją sobie wokół palca. Słuchała go z uwagą, choć nie wydawała się być zachwycona, czy też oczarowana. Raz na jakiś czas wskazywała ręką przedmiot lub roślinę i wypowiadała obce słowo. Juilles musiał powtarzać je tak długo, aż uznała, że robi to prawidłowo – szlachcica niezwykle denerwował fakt, że niemalże otwarcie śmiała się z jego prób. Żałował, że nie może odwdzięczyć się jej tym samym, jednak Sheerah mówiła po bretońsku płynnie, jedynie z lekkim akcentem. Szlachcic zaciskał więc zęby i szybko zmieniał temat.

Popołudnie minęło szybko i słońce zaczynało powoli zbliżać się ku horyzontowi, gdy Juilles po raz pierwszy pomyślał, że zamiast skupiać się na własnych przyjemnościach, mógłby zapytać dziewczynę o ojca. Uświadomił sobie, że być może Sheerah jest jego jedyną szansą na zdobycie jakiejkolwiek wiedzy.
- Właściwie, to przyjechałem do Arabii, by odnaleźć ojca – powiedział, gdy dziewczyna klaskała w ręce, rozbawiona kolejną próbą Juillesa, który starał się wypowiedzieć poprawnie choć jedno słowo.

Sheerah przestała się śmiać i spojrzała na niego uważnie.
- On jest... – zająknął się – badaczem, zawsze fascynowała go Arabia – wybrnął zręcznie. – Zresztą teraz już go rozumiem – dodał jakby mimochodem, obdarzając dziewczynę uśmiechem uwodziciela. – Przyjechał tutaj, by poznać waszą kulturę i historię, jednak od kilku miesięcy nie mieliśmy od niego żadnej wieści. Być może słyszałaś coś o nim? Nazywa się Francois le Deilac.

Wzruszyła ramionami.
- Arabia to duży kraj, dlaczego szukasz właśnie w Al-Haikk? – spytała.
- Stąd przyszedł ostatni list – skłamał gładko. – Ojciec pisał, że chce obejrzeć ruiny na południe od miasta.
- To niewiele pomaga, na pustyni jest wiele ruin – powiedziała ze smutkiem. – Piasek pożarł wszystkie miejsca, które człowiek opuścił, które musiał opuścić. – Umilkła na chwilę. – Może to i lepiej – dodała ciszej, jednak Juilles jej nie słuchał, zajęty przeszukiwaniem sakiewki. W końcu wyciągnął z niej niewielki guzik.
- Z listem przysłał to – niechętnie wręczył dziewczynie drobiazg.

Sheerah pochyliła się nad błyskotką, obracała ją w palcach, szepcząc coś do siebie. W końcu podniosła głowę i spojrzała na Juillesa, w jej oczach błyszczał strach.
- Tutaj – wskazała drobne ornamenty otaczające rubin – jest napisane, skąd pochodzi guzik. Oczywiście nie wprost, ale można się domyślić... – urwała.

Juilles przyglądał się wzorom usiłując zrozumieć, jak ktokolwiek mógłby chcieć pisać w ten sposób. Gdy cisza się przedłużała, mężczyzna spojrzał pytająco na dziewczynę.
- To złe miejsce – wyszeptała.
- Wiesz, gdzie to jest? – spytał. Głupia barbarzyńska dziewka bała się pewnie cieni.
- Jeśli twój ojciec tam poszedł, to już nie wróci – odparła. – Przykro mi – dodała ze smutkiem.

Szlachcic zacisnął palce na ręce dziewczyny, nie kryjąc złości.
- Sheerah, ja muszę tam iść – powiedział z pasją. Tak naprawdę nie obchodził go los ojca, chciał tylko odnaleźć drogę do skarbu. Jednak do tego nie zamierzał się przyznawać. – Nie zostawię go, nie mogę! – włożył w słowa całą złość, całą frustrację i całą nienawiść do Arabii, jakie czuł.

Sheerah patrzyła na niego uważnie, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że mężczyzna coraz bardziej zaciska palce i sprawia jej ból.
- Dobrze, narysuję ci mapę – poddała się w końcu. Dodała coś jeszcze w rodzimym języku i Juilles był przekonany, że przeklina go lub wyśmiewa głupotę.

“Nieważne” – pomyślał, drżąc z podniecenia. Wreszcie miał ślad! Wręczył dziewczynie zwitek papieru i kawałek węgla, zaczęła więc rysować, objaśniając znaczenie kolejnych linii. Starał się zapamiętać wszystko, co mówiła – błądzenie po pustyni było ostatnim, czego chciał.

W końcu Sheerah podała mu papier.
- Nie idź tam – powiedziała jeszcze ze smutkiem.
- Bo co? Spotkam swoją śmierć? – zadrwił. Może i mówiła po bretońsku, ale była głupsza nawet od Marie.

Pokręciła powoli głową, wyraźnie zrezygnowana. Odwrócił się więc i ruszył w kierunku zajazdu – musiał przygotować się do drogi.
- W Arabii śmierć jest luksusem, na który nie stać głupców – usłyszał jeszcze jej słowa.
Nawet się nie obejrzał.

Słońce było wszędzie. Rozlewało się po bezkresnym błękicie, odbijało w każdym ziarenku piasku. Nawet gdy Juilles zamykał oczy, świeciło pod powiekami. Mężczyzna z radością witał każdy wieczór, lecz gdy już znalazł wytchnienie od upału, zaczynał się trząść – noce na pustyni były zimne. Juilles zwilżył spierzchnięte wargi wodą z bukłaka. Przed wyjazdem kupił stroje, jakie tubylcy ubierali na pustynię, jednak nie czuł żadnej różnicy. Pocił się pod burnusem, a szorstki materiał ocierał skórę, pozostawiając zaczerwienienia. Piasek dostawał się wszędzie, zwiększając jeszcze męki szlachcica.

Jechał na wierzchowcu, prowadząc za sobą jucznego konia. Mimo słów właściciela zajazdu, nie dał się przekonać do kupna wielbłąda – może i te zwierzęta były lepiej przystosowane do podróży przez pustynię, jednak Juilles nie zamierzał się ośmieszać, próbując jeździć na czymś podobnym, poza tym cel był niedaleko, zaledwie kilka dni drogi. Nie wziął też przewodnika, ufając mapie Sheerah – uznał, że lepiej, jeśli nikt nie będzie wiedział, dokąd jedzie. Czasami chwytał go w szpony strach – bał się, że kobieta kłamała, że zgubi się wśród zalanych słońcem pustkowi, że przyjdzie mu umrzeć leżąc w gorącym piasku. Wtedy chciał zawrócić do miasta, popłynąć do domu, do Bretonii, ale gdy odwracał się, widział tylko wydmy. Juilles był sam.

Najgorzej czuł się nocami. Drżał z zimna, kuląc się pod derką i wsłuchiwał w odgłosy, które dochodziły z ciemności. Choć przyzwyczaił się już do śmiechu hien, które krążyły wśród nielicznych skał, wciąż podskakiwał na odgłos chrobotu – zdarzyło się, że pustynny wąż podpełzł bardzo blisko, a Juilles nie chciał sprawdzać, jak mocna jest trucizna gada. Czasem, gdy miał szczęście, udawało mu się znaleźć wyschnięte na wiór krzaki, zbyt mało jednak, by ognisko dawało choć iluzję ciepła. Mimo tego, mając przed sobą ognik tańczący na kilku patykach, mężczyzna czuł się trochę bezpieczniej, choć wciąż z przestrachem wpatrywał się w – jak mu się wydawało – cienie poruszające się na granicy światła. Na początku próbował śpiewać, by dodać sobie otuchy, brakowało mu jednak kompana i wina, a piosenki bretońskie budziły tylko tęsknotę i melancholię. Potem przypominał sobie, że niosący się przez pustkowia głos może ściągnąć niebezpieczeństwo – choć Juilles sam nie był pewien, czy nie ucieszyłaby go obecność innych ludzi, choćby nawet arabskich dzikusów.

Wiedział, że przebywa na pustyni stanowczo za długo. Podróż miała przecież zająć zaledwie kilka dni, a tymczasem wędrował wśród wydm już od tygodnia. Woda kończyła się powoli i Juilles zdawał sobie sprawę z tego, że nawet, jeśli dotrze do celu, może nie zdołać powrócić do miasta. Nocami budził się zlany zimnym potem, gdy śniło mu się, że wyciska właśnie ostatnią kroplę z bukłaka. W panice, na kolanach, czołgał się wtedy ku bagażom i uspokajał się dopiero wtedy, gdy upewniał się, że wciąż jeszcze ma wodę. Siedział potem do rana, pogrążony w niewesołych myślach.

Podejrzewał, że zaczyna popadać w obłęd. Często kątem oka dostrzegał niewyraźne kształty, poruszające się po złotym piasku, ale gdy odwracał głowę, nie widział nikogo ani niczego. Nocami siedział wsłuchany w odgłosy pustyni i miał wrażenie, że wokół szepczą demony, w nieznanym języku wyjawiają tajemnice, ostrzegają – ale i grożą. Zatykał wtedy uszy, zwijając się w kłębek i próbując zasnąć. Chłód wciskał się pod derkę i mężczyzna drżał – na poły z zimna, na poły ze strachu.

Innym razem miał wrażenie, że Morrslieb wisi nisko, tuż nad pustynią, że wystarczyłoby sięgnąć ręką, by go dotknąć. I dlaczego zawsze był w pełni? Czy to możliwe? Juilles wiedział, że księżyc ma nieregularny cykl, nigdy dokładnie nie można było przewidzieć, jak będzie wyglądał następnego dnia, ale żeby pełnia trwała już ponad tydzień? Nie znajdując innego wyjaśnienia, mężczyzna dochodził do wniosku, że ulega złudzeniom, wywołanym przez wycieńczenie i upał.

Czasami Juilles próbował się modlić, jednak wątpił, by Shallya usłyszała go w zapomnianym przez bogów miejscu, a gdy widział sępy, które zataczały w górze łagodne koła, zaczynał się zastanawiać, czy nie powinien modlić się do kogoś innego. Do Morra...

Kiedy pod koniec ósmego dnia szlachcic dostrzegł wśród morza piasku ciemny kształt, poczuł powracającą nadzieję. Właściwie było mu wszystko jedno, czy trafił we właściwe miejsce, po prostu cieszył się, że wreszcie dokądś dotarł. “Przecież” – myślał – “skarby mogą być ukryte w którychkolwiek ruinach”. Z każdych też mogły zostać już dawno zrabowane, uświadomił sobie. Być może ojciec znalazł tylko nędzne pozostałości po fortunie? Dwa rubinowe guziki i niewiele więcej? Zdusił rodzący się w gardle strach, skupił spojrzenie na niewysokiej budowli, wprawdzie na wpół zagrzebanej w piasku, a jednak doskonale utrzymanej, jakby czas obszedł się z nią wyjątkowo łagodnie. Czarny otwór wejścia obiecywał chłód, wytchnienie od żaru na zewnątrz.

Zsiadł z konia. Wierzchowiec był najwyraźniej zmęczony, nie chciał już pójść nawet kroku dalej. Zrezygnowany Juilles zdjął bagaże z jucznego konia i wyszukał w nich pochodnię. Nie miał do czego przywiązać zwierząt, ale oba wydawały się tak wyczerpane, że nie uciekłyby nawet, gdyby musiały. Potem mężczyzna kolejny raz spojrzał na budowlę. Wyciągnął z sakiewki pozbawiony kamienia guzik – musiał sprzedać rubin, by kupić wszystko, co niezbędne do wyprawy – i z uwagą przyjrzał się żłobieniom, próbując porównać je z wzorami wokół wejścia do budowli. Wydawały się podobne.
- Wszystko jedno – mruknął w końcu.

Chwycił pochodnię i bukłak, po czym ruszył ku wejściu. Im bliżej podchodził, tym bardziej miał ochotę pozostać w skwarze, w bezpiecznym blasku promieni słonecznych, które najskuteczniej chronią przed złymi istotami. Wprawdzie nie wierzył w duchy i demony, jednak pamiętał, że Sheerah bała się tego miejsca, bała się nawet mówić o nim. Najwyraźniej musiała mieć jakiś powód. “Bzdury” – przekonywał sam siebie. “Wszystkie dziewki czegoś się boją”. Zaczął jednak zastanawiać się, po co ktoś miałby budować dom na środku pustyni. “Może to była strażnica? Albo kiedyś w tym miejscu była żyzna kraina...”. Zaczynał żałować, że nie przykładał się na lekcjach historii, których udzielał młodym członkom rodziny le Deilac kapłan Verenny. Co pamiętał z zajęć o Arabii? Bretońscy krzyżowcy przegnali sułtana Jaffara z Estalii, a potem zmusili go do wycofania się ze starego świata. Z tego, co kojarzył Juilles, do Arabii wciąż wyruszały krucjaty, jednak sam kraj – jak widział – nie wyglądał na pogrążony w wojnie. “Być może chodzi o jakichś buntowników?” – zastanawiał się szlachcic.

Z wnętrza budynku powiało przyjemnym chłodem. Powietrze nie było zatęchłe, choć miało dziwny zapach. “Podobnie pachną stare ubrania” – pomyślał Juilles. Gdy wszedł w cień budowli, choć na chwilę znikając prażącemu słońcu, miał ochotę wyśmiać własne obawy. Wszystko było lepsze od żaru na zewnątrz.

Mężczyzna szybko skrzesał ogień i przyświecając sobie pochodnią, przekroczył próg. Pomieszczenie wydawało się ciągnąć w nieskończoność – cokolwiek było dalej, ginęło w ciemnościach. Przebudzone do życia światłem pochodni, cienie tańczyły na ścianach, Juilles miał wrażenie, że próbują go otoczyć. Znów usłyszał szepty, wydawało mu się, że echo głosów odbija się od ścian w rytm kroków. Słuchając przeczucia przystanął nagle, a potem opuścił nieco pochodnię. Spojrzał w dół i prawie roześmiał się na głos. Pod butami chrzęścił delikatnie złoty piasek, najwyraźniej naniesiony przez wiatr. Gdy szlachcic poruszył nogą, chrobot, zwielokrotniony przez echo, przypominał szept. “Tyle twoich strachów” – pomyślał rozbawiony. “Byle dziewka nakładła ci głupot do głowy, panie le Deilac, a ty uwierzyłeś, jak pierwszy lepszy parobek”. Odkrycie poprawiło mężczyźnie humor, pewniej zacisnął palce na pochodni i ruszył przed siebie.

Gdy dotarł do przeciwnej ściany, zatrzymał się zaskoczony. Wyglądało na to, że z pomieszczenia nie można było przejść dalej. “Może przegapiłem wyjście, może jest ukryte wśród kolumn” – w myślach próbował uspokoić samego siebie, ale robił to z rosnącą desperacją. Dopiero po chwili dostrzegł, że fragment tego, co wziął za ścianę, jest częścią korytarza, który zakręcał tuż za komnatą.
- Sprytne – mruknął Juilles.

Odczuwał nawet coś w rodzaju uznania dla budowniczych, choć – oczywiście – nie byli w stanie przechytrzyć bretońskiego szlachcica. Zadowolony z rozwiązanej zagadki nie zwrócił uwagi na echo – powtarzało wypowiedziane na głos słowo... i coś jeszcze.

Zanim Juilles uświadomił sobie, że słyszy odgłos kroków, za załomem korytarza coś się poruszyło. Drgnęła ręka trzymająca pochodnię, drgnęły i cienie, znów okrążyły mężczyznę w szaleńczym tańcu. Szlachcic mimowolnie cofnął się o krok i sięgnął wolną dłonią po zakrzywioną szablę. Wprawdzie nie potrafił posługiwać się podobną bronią, jednak kupione w Al-Haikk ostrze uspokajało go.

Ktokolwiek się zbliżał, nie mógł być niebezpieczny – szedł z trudem, ciężkie kroki wybijały równy, ale powolny rytm. Mimo tego Juilles czuł, jak jego serce zaczyna bić jak oszalałe. Chciał krzyknąć, zapytać, kto idzie, jednak nie potrafił zmusić się, by przełamać panująca wokół ciszę. Czekał więc.

Niemalże upuścił pochodnię, gdy zobaczył twarz nadchodzącego mężczyzny.
- Tato... – wyszeptał, a w jego głosie zaskoczenie mieszało się ze strachem.

Francois le Deilac wyglądał niemalże upiornie – bladą, poznaczoną zmarszczkami twarz otaczały nierówne kosmyki włosów pozlepianych ciemną mazią. Podniszczone ubranie przysypane było pyłem. Mężczyzna miał problemy z poruszaniemt, zbliżał się bardzo powoli, wciąż wpatrzony w syna.

“On nie może uwierzyć, że to ja!” – uświadomił sobie Juilles. Prawdopodobnie mężczyzna zdążył już oszaleć w samotności i teraz brał drugiego Bretończyka za zjawę.

- Tak się cieszę, że wreszcie cię odnalazłem – zaczął niepewnie, chciał mówić cokolwiek, byle by tylko wypełnić ciszę. – Dostaliśmy twój list, przyjechałem cię szukać...

Zawahał się, gdy ojciec nie zareagował w żaden sposób. Wciąż tylko zbliżał się, wpatrzony w Juillesa. “Coś jest nie tak” – myślał mężczyzna, czując narastający strach. W ustach zabrakło nagle śliny, ramiona zaczynały drżeć, płomień pochodni zamigotał, niespokojny jak człowiek, który ją niósł. Francois otworzył usta, najwyraźniej próbując coś powiedzieć, lecz z jego gardła dobiegł tylko charkot.

Rżenie koni wyrwało Juillesa z bezruchu. Zaalarmowany, odwrócił się i wybiegł z pomieszczenia. Przystanął, oślepiony zachodzącym słońcem. Gdy już przyzwyczaił oczy do światła, zobaczył, że jego wierzchowiec zniknął, natomiast luzak leżał w piasku, tuż obok nielicznych bagaży i wierzgał kopytami. Rżał coraz ciszej, w miarę, jak słabł – potężna rana w boku zwierzęcia zwiastowała szybki koniec. Mężczyzna zadrżał, przerażony. Niepokoiło go dziwne, nieludzkie zachowanie ojca, w dodatku przypomniał sobie, co powiedziała Sheerah. W Arabii śmierć jest luksusem, na który nie stać głupców. Nie rozumiał jeszcze znaczenia jej słów, ale przeczuwał, że nawet nie zauważył, kiedy stał się jednym z głupców, o których mówiła.

Ostatnim, co mężczyzna poczuł, było uderzenie w głowę. Ciemność nadeszła niespodziewanie, tłumiąc ból, który rozrywał mu czaszkę.

Słońce chowało się właśnie za wydmą, cienie wydłużyły się znacznie, jak chciwe ręce, które sięgają ku bezbronnej ofierze. W blasku ostatnich promieni piasek wydawał się mieć barwę rubinów, które zdobiły wcześniej guziki przesłane przez ojca Juillesa. Bezrozumna istota, którą kiedyś nazywano Francoisem le Deilac, wypuściła z dłoni zakrzywioną szablę i pochyliła się nad umierającym. Nie zadając sobie trudu, by dobić mężczyznę, ożywieniec chwycił go za nogi i pociągnął ku czarnemu wejściu do grobowca.

Pustynia chciwie piła krew broczącą z głowy szlachcica, a śpiący wśród wydm nieumarli królowie szpetali przez sen z zadowoleniem.

Lipiec 2006


Lubię to
 Lubi to 0 osób
 Kliknij, by dołączyć
Zobacz też
Słowa kluczowe: świat, mroku, sabat

Podobne newsy:

» Konkurs w realiach Świata Mroku
67%
» Aktualizacja sekcji RPG!
40%
» Nowy Świat Gier Planszowych
33%
» Nowy Świat Gier Planszowych
29%
» Świat Gier Planszowych - zapowiedź
29%
 
Podobne artykuły:

» Świat Mroku - nowości!
50%
» Zew Zaświatów - dyscyplina!
50%
» Świeża krew
44%
» Z mroku - recenzja
25%
» Zaufanie w Starym Świecie
25%


Dodaj komentarz, użytkowniku niezarejestrowany

Imię:
Mail:

Stolica Polski:



Twój komentarz został dodany!

Kliknij, aby odświeżyć stronę.




Artykuły

Gry komputerowe
Główne Menu

Gry RPG

Polecamy

Patronujemy
Aktywność użytkowników
madda99 zarejestrował się! Witamy!
_bosy skomentował Blood 2: The Chosen - recenzja
_vbn skomentował Mapy Starego Świata
wokthu zarejestrował się! Witamy!
_Azazello Jr skomentował Gdzie diabeł nie mówi dobranoc. "Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow - recenzja
Gabbiszon zarejestrował się! Witamy!
Liskowic zarejestrował się! Witamy!
_Kamila skomentował "Brudnopis", Siergiej Łukjanienko - recenzja

Więcej





0.072 sek