Warhammer >> Opowiadania >> Rozgrywka

| | A A


Autor: Artur Szewczyk
Data dodania: 2007-07-23 23:02:14
Wyświetlenia: 4231

Rozgrywka

Gdzieś pomiędzy światami nastawał kolejny dzień. Trudno było określić który to już z kolei i jak długo potrwa, ale właściwie nie miało to żadnego znaczenia. Tutaj w miejscu egzystencji najwyższych bytów czas się nie liczył. Sekundy były wiekami, a wieki przemijały w ułamku sekund. Wszystko i nic miało tutaj swój początek. W tym miejscu jak co jakiś czas, dwójka bogów zebrała się, aby zapisać puste karty historii. Pogrążeni w rozmowie siedli naprzeciwko siebie, po dwóch stronach szklanego stołu. Śmiali się i przechwalali jeden przez drugiego, aż w końcu nadeszła chwila aby rozpocząć rozgrywkę. Krwawy bóg wyciągnął szachownicę.
- Dzisiaj ty masz białe. - rzekł i postawił wyrzeźbioną z białego opalu figurkę naprzeciw swojego rywala.
- Dla mnie to bez różnicy. - rzekł Sigmar i postawił pionka na właściwym polu.
Kolejne figury zajmowały wyznaczone miejsca na czarnych i białych sektorach tak, że po chwili, wszystko było gotowe do rozgrywki.
- Zaczynasz. - powiedział Khorn i wskazał ręką na ustawione w dwóch szeregach armie.

Wykonany z perłowej masy pionek powędrował z F2 na F3. Mroczny bóg odpowiedział przesunięciem czarnego wojownika na pole oznaczone jako A7. Stopniowo, kolejne figury wędrowały po całej szachownicy. A wraz z każdym ruchem, na świecie pisała się historia. Ludzie rodzili się i umierali, cywilizacje przemijały, a ich miejsce zajmowały nowe. Stare miasta, dawno zapomnianych królów zamieniały się w pył i proch, by na ich gruzach powstały nowe, tętniące życiem metropolie. Świat kręcił się pełnią wydarzeń.
- Czarny koń bije wieżę. - rzekło upadłe bóstwo, a na jego twarzy zagościł delikatny uśmiech...

„(...) Mury miasta Praag pękały w szwach. Magia zawarta w wytrawionych w skale murach, słabła z każda chwilą. Zaklęcia wiążące ją pękały jedno po drugim, a misternie utkana magiczna sieć, pruła się coraz bardziej. To jednak nie przeszkadzało wyznawcom chaosu atakować dalej. Oddziały plujących kulami spaczenia i esencją zła dział napierały z każdą chwilą coraz zajadlej. Spustoszenie jakie siały było ogromne.
- Jeszcze tylko kilka godzin i zapadnie zmierzch, a kiedy to się stanie zbombardujemy miasto truchłem ich obrońców!!! - oświadczył Krwawy Cierń- dowódca hordy.
- Sprowadźcie mi kapłanów Nurgle`a, niech zasypią miasto wszystkimi najstraszliwszymi plagami i klątwami jakie tylko znają! Niech szczury wyjdą tej nocy na żer, roznosząc mór i zarazę po ulicach Praag! - krzyknął wybraniec mrocznych bogów, poczym udał się do swojego namiotu.

* * *

- Kapitanie, raport! - rzekł generał Karl Van Graaf.
- Trzy oddziały łuczników w strzępach, Talabheimska straż zabezpiecza północne wrota, konnica rozniesiona w pył, jeżeli przeżyjemy tę noc to będzie cud.- zameldował Kapitan Hoods.
- Hoods! Nie prosiłem was o komentarze tylko o raport! - skarcił go Van Graaf.
- Tak jest Sir - przywołał się do porządku rozmówca i począł kontynuować: Wyrwy w murach na całej długości, baszta północna, północno- wschodnia i wschodnia zniszczona, zachodnia ledwo zipie. Aha, jeszcze jedno, jakiś pocisk trafił w skład przy zbrojowni, wszystko zasypane gruzem i deskami.
- Jakieś pozytywne wieści?! - spytał dowódca, na co kapitan tylko spuścił głowę...
- Generale! Generale! Ostrzał ucichł, to chyba jakiś cud! - wykrzyczał mocno zdyszany żołnierz wpadając do wieży.
- Co?! To niemożliwe. - rzekł Van Graaf i czym prędzej pobiegł nad zachodnią bramę, na stanowisko obserwacyjne.
- Inżynier! Jakie rozpoznanie?! - rzucił będąc jeszcze w biegu.
- Ostrzał zaprzestany, przegrupowanie w centrum i na lewym skrzydle, wygląda na to że mroczni mają dość panie generale! - zameldował obserwator.
- Luneta, szybko!- krzyknął dowódca, poczym rozpoczął własną ocenę sytuacji poza murami miasta. Jego uwagę przykuło dziwne poruszenie w centrum obozu. Spojrzał w tamta stronę i znieruchomiał. Grupa otyłych kapłanów odprawiała jakiś plugawy rytuał krążąc wokół wielkiego kotła. W jego wnętrzu bulgotała zielonkawo- żółta maź, nad którą unosiło się stado much. Generał spojrzał na dziwny znak na płaszczu jednego z akolitów. Trzy kule ułożone jedna na drugiej- był to symbol pana zepsucia i rozkładu.
- Na młot bogów, to kapłani Nurgle`a! - wystękał Van Graaf i jakby na potwierdzenie jego słów w stronę miasta poleciała pierwsza salwa zepsutych i zajętych zarazą pocisków.
- Woda! Chronić wodę i żywność! Zabezpieczyć magazyny i składy! I na litość Boską, niech nikt dzisiaj nie opuszcza swoich domów! - rozkazał dowódca i ruszył w stronę wieży dowodzeniowej.
- Sigmarze miej nas w swojej opiece... - wyszeptał i spojrzał ponad linia murów.

Setki, a może tysiące strużek dymu, unosiło się nad obozowiskiem hordy przesłaniając niebo czarnym całunem grozy i śmierci. Van Graaf spojrzał na obrońców, garstkę żołnierzy i ochotników, którzy daremnie próbowali oczyścić ulice i zabezpieczyć ubytki w obronie miasta. Generał wiedział już, że nie doczekają świtu.

* * *

- Buahahahahaha!!! - demoniczny śmiech Krwawego Ciernia rozniósł się po splądrowanych, strawionych ogniem i zarazą zgliszczach Praag, gdy oddział odzianych w czarne zbroje jeźdźców opuszczał miasto. Przez obłoki dymu, jakimś cudem przedarł się mały promyk wchodzącego słońca- zgasł równie szybko jak się zaświecił.”

Sigmar nie czekał na następny, ruch. Powoli przesunął swoją figurę na kolejne pole.
- Biały goniec bije czarnego - rzekł.

„(...)Zakapturzona postać biegła korytarzem. Otoczenie stopniowo ulegało zmianie. Czyste do tej pory ściany opuszczonej twierdzy, zaczęły zielenić się od mchu i wszechobecnej pleśni. Charakterystyczny zapach kwaśnego mleka narastał z każdą chwilą. Tak, to na pewno był odór śmierci, nieumarłego plugastwa. W końcu, przy wylocie korytarza dała się zauważyć zielona łuna. Postać nieznacznie zwolniła, a jej usta rozpoczęły niemą inkantację. Tunel kończył się wielką grotą, na środku której znajdowało się bijące złowrogim blaskiem jezioro. Osobnik wpadł do sali. Nparzeciw niego, na drugim brzegu jeziora, pokracznie wlókł się oddział przyodzianych w poszarpane łachmany i wyszczerbione miecze szkieletów. Tajemniczy gość jeszcze raz sprawdził szczelność utkanej z magii bariery ochronnej i zatrzymał się.

- Wychodź Nicodemusie! Przybyłem spłacić dług krwi wobec mego mistrza!- krzyknął, ale jego słowa rozeszły się echem po sali.

Nieumarli wojownicy wciąż się zbliżali. Nie tracąc czasu czarodziej wyciągnął daleko przed siebie obie dłonie i rozłożył palce. Wziął głęboki oddech, a przez jego ciało popłynęły wiatry magii. Strumień magicznych znaków i symboli spłynął do koniuszków palców, powodując ich delikatne mrowienie. Następnie z każdego palca wystrzeliły w powietrze złote promienie światła, które niczym atakujące węże pomknęły w stronę ożywieńców. Dopadłszy swojego celu, szczelnie owijały się wokół ich nieżywych ciał. Chwilę potem garstki popiołu posypały się na ziemię. Wtem, spod usianego stalaktytami sklepienia dał się słyszeć przerażający pisk. Czarna chmura nietoperzych skrzydeł leciała wprost na maga. Czarodziej spokojnie opuścił ręce, a jego ciałem targnęły, dreszcze narastającej w nim magii. Zamknął oczy i rozpoczął w umyśle recytację potrzebnych słów. Kiedy zaklęcie było gotowe uniósł w górę powieki i otworzył usta. Z ich wnętrza, popłynęły tysiące glifów, lśniące niemożliwym do określenia kolorem, uderzając prosto w chmarę nadlatujących stworzeń. Bezgłose nuty paraliżowały, paliły i rozdzierały na dwoje atakujące zwierzęta jedno po drugim. W parę sekund podłogę zasłało truchło nietoperzy.
- Klask...klask...klask- grotę wypełniły ciche owacje. - Brawo, czarodzieju...- rzekła chuda, przyodziana w czarną tunikę postać, która pojawiła się niewiadomo skąd.
- Zdejmij swój kaptur, abym mógł poznać twoje oblicze, ja... Ja jestem Nicodemus- największy nekromanta od czasów Nagasha!- przedstawiła się.
Czarodziej powoli zdjął kaptur. Jego delikatne i szlachetne rysy zdradzały arystokrackie pochodzenie.
- Elf? Cóż, za niespodzianka...Ciekawi mnie, co przedstawiciel starszej rasy robi w moich skromnych progach?- zapytał nekromanta z udawaną grzecznością.
- Przepraszam, że nie zaproponuję herbatki, ale ktoś właśnie wybił w pień moją służbę...- przerwał, a jego oczy zapłonęły fioletowym płomieniem.
- Daruj sobie, to żałosne przedstawienie Nicodemusie...Jestem Andurill z Ulthuanu, adept białej wieży w Hoeth- uczeń Teclisa. Przybyłem, aby pomścić śmierć mojego mistrza!- odpowiedział czarodziej.
- No proszę, szczenię zaczęło warczeć- uśmiechnął się Nicodemus.
- Jaka szkoda, że musi paść ofiarą wilków!- syknął, a kula fioletowej energii wystrzeliła z jego dłoni prosto w elfa. Czar roztrzaskał się na magicznej barierze maga, ale siła ciosu rzuciła nim o posadzkę.
- Zabiłeś moich podwładnych, cóż... mała strata, ale zobaczymy co powiesz gdy rozpętam dla ciebie prawdziwe piekło!- rzekł nekromanta, a salę zalała fala demonicznego śmiechu. Andurill podniósł się na nogi. Jego umysłowa zasłona popękała w wielu miejscach. Nie było czasu na jej naprawę, a tym bardziej na postawienie nowej. Trzeba było działać, wprowadzać w działanie plan.
- Turr na ghal d`izz trout...- rozpoczął swoją plugawą inkantację Nicodemus. Wtem, spod ziemi wystrzeliły kościane palce. Niczym wypełzające z nory robaki pięły się ku górze tak, że po chwili nad podłożem ruszały się już całe dłonie, a chwilę potem i ręce, aż w końcu pojawiły się reszty powstałych z grobów ciał. Było ich około dwóch tuzinów i wciąż pojawiały się nowe. Każdy z nowo wskrzeszonych sług dzierżył prostokątny pawęż i pordzewiałą szablę. W przeciągu kilku sekund oddział napastników natarł na elfa.
- Lumine!- krzyknął mag, a całą salę wypełniło białe światło. Część ożywieńców rozpadła się, ale ich miejsce zajęli nowi, wciąż wygrzebujący się z ziemi wojownicy.
- Mogę tak bez końca elfie...To miejsce to grobowiec, tutaj żądzę ja!- rzekł Nicodemus.
Andurill wyciągnął z pochwy miecz. Jego klinga zajaśniała błękitnym światłem niczym płonąca żagiew.
- Znudziłem się już... Chyba najwyższy czas zakończyć tę żenadę.- powiedział nekromanta i wzniósł ręce do kolejnego zaklęcia. W kierunku czarodzieja pomknęły trzy błyskawice. Andurill wystawił rękę w ostatniej chwili by sparować atak, ale kosztowało go to sporo energii. Z jego nosa pociekła strużka krwi.
- Krwawisz elfie? Tak szybko?!- zapytał niepocieszony Nicodemus.
- Może jednak cię przeceniłem... Jesteś słaby jak twój martwy mistrz!- dodał po chwili milczenia.
- Nie waż się! Nie waż się go wspominać!- ryknął elf i poczuł narastający w sobie gniew i frustrację.
- Till allae!- krzyknął i rzucił się w kierunku nekromanty. Ostrze miecza zatańczyło na czarnej szacie, jednak Nicodemus był zbyt szybki. Skrętem tułowia uniknął pchnięcia i przechwycił impet uderzenia. Potem, lekkim skrętem nadgarstka wytrącił miecz z ręki czarodzieja. Broń opadła na kamienne podłoże. Nekromanta wyciągnął rękę, chwycił elfa za płaszcz i rzucił nim o ścianę. Andurill poczuł jak pękają mu żebra i próbując złapać oddech osunął się powoli na ziemię.
- Nord` egg nah` sul!- beznamiętnie powiedział upadły mag i wskazał palcem na leżącego czarodzieja. Ziemia zaczęła się trząść, a ze sklepienia posypały się kawałki stalaktytów i kamieni. Cierniste pnącza wystrzeliły ze ściany owijając się wokół oszołomionego elfa i uniosły go do góry. Ziemia pod nim zaczęła się rozstępować, a spomiędzy pęknięć buchnęły kłęby pary i siarki. Czarodziej spojrzał w dół i zamarł. Ujrzał wyrwę prowadzącą prosto w piekielną otchłań. Jej dno wypełniała płynna lawa, a ze ścian wystawały tysiące demonicznych łap i kościanych rąk, które z utęsknieniem lamentowały i wyły, próbując sięgnąć w jego kierunku. Przeciągłe wycie bestii czyhających na jego duszę paraliżowało mu umysł.
- Widzisz? To twoje przeznaczenie... jednak zanim oddam im twego umęczonego ducha zabiję twoje ciało!- oświadczył Nicodemus i wolnym krokiem zaczął zbliżać się w kierunku uwięzionego maga. Wtem, coś przykuło jego uwagę. Jakby delikatny błysk stali, drobne błyśnięcie w mroku nocy.
- Cóż to?!- spytał i prawie jednocześnie pojął co to było.
- Miecz! Twój własny miecz elfie... Czyż to nie byłoby ironią zginąć od pchnięcia własnej broni? Widocznie mam dzisiaj dobry dzień.- dodał nekromanta i schylił się po oręż. Chwycił rękojeść w prawą dłoń i pewnie uniósł do góry. Na to tylko czekał czarodziej.
- Till n`aen tinuviel, tille ne ta nuvial...- wykrztusił Andurill i wybuchnął śmiechem.
- Śmiejesz się?! Czemuż to? Czyżbyś stracił rozum w ostatnich sekundach swojego życia?- spytał zdezorientowany Nicodemus.
- Ten miecz, to broń Teclisa... tuż przed swoją śmiercią mistrz przywołując potężną pradawną magię zawarł układ z bogami.Przeniósł swoją duszę i moc na to ostrze, a bogowie obłożyli je klątwą... rzucona była na tego który pozbawił życia ich wybrańca... jeżeli kiedykolwiek zabójca Teclisa podniósłby ten miecz to byłby jego koniec!!! Taką przysięgą przypieczętowali umowę bogowie, a on oddał im w zamian siebie.
- Co?! To niemożliwe! Oszukałeś mnie ty podstępny ga.....- słowa nekromanty urwały się. Jego postać otoczyła biała poświata bijąca z wnętrza miecza. W jednej chwili tysiące małych kropelek zawirowało wokół Nicodemusa i zlało się w jedną całość, zamykając go w magicznej pułapce. Wtem, w kamienne sklepienie sali uderzył grom, a przez powstałą wyrwę do środka wdarły się tajemnicze, błękitne obłoki. Z każą chwilą przybierały coraz wyraźniejsze kształty. Po chwili, w stronę nekromanty mknęły cztery uskrzydlone jednorożce, ciągnąc za sobą przypominający łeb smoka rydwan. Na jego przedzie stała groźnie wyglądająca postać, w koronie ze smoczych zębów na głowie. Jedna jej dłoń trzymała lejce, podczas gdy druga, wzniesiona wysoko do góry ściskała usiany szlachetnymi kamieniami kostur... Tak, z całą pewnością to był Teclis, Andurill nigdy nie zapomni tego dumnego i nieustraszonego oblicza. Jego mistrz przybył, aby dopełnić swojej zemsty, tak jak to obiecał.
- Nieeee!!!!!- ostatnie słowa Nicodemusa zagłuszył gromki śmiech byłego arcymaga Białej Wieży w Hoeth.”

- Nieźle, muszę przyznać... ale to jeszcze nie koniec- spokojnie powiedział krwawy bóg i wykonał ruch. Kolejne przesunięcia i roszady, zamąciły ustawieniem na szachownicy.
- Szach- rzekł Khorn i postawił gońca na białym polu.

„(...)Wielka sala rozbrzmiewała echem. Marmurowe nogi podtrzymujących sklepienie posągów zdawały się uginać pod napływem przerażających dźwięków.
- Dum...dum...dum...- drżały spiżowe wrota. Dum...dum...dum...- odpowiadały im cichym szeptem ściany.
- Panie, rygle nie wytrzymają długo, co robić?!- spytał Frimnir, pierwszy inżynier Kharad –Daghril.
Król Dothgar powoli podniósł wzrok. Nie był już w kwiecie wieku, ale w jego oczach wciąż lśnił młodzieńczy zapał... i tylko srebrne pasemka, błyszczące gdzieniegdzie w plątaninie czerwonych jak ogień włosów zdradzały jego wiek. Czerwień i srebro- jak krew i stal.
- Panie, horda jest już przy wrotach, co czynić?!- naciskał drżącym głosem Frimnir, ale władca był nieobecny. Jego wzrok utkwił na rzeźbionym sklepieniu sali, na marmurowej postaci dzierżącej w jednej ręce dwuręczny młot, a w drugiej goblina, z na wpół zmiażdżonym gardłem. Za jej plecami odważnie walczył oddział zakutych w zbroje krasnoludów. „Uthgar Młotodzierżca- Założyciel Kharak- Daghril”- głosił widniejący pod dziełem napis. Król znał jego historię, słyszał ją już jako dziecko- jak każdy, ale w przeciwieństwie do innych, to on miał zostać następcą Uthgara... Miał, lecz w chwili obecnej jego królestwo było na skraju upadku. Wieloletnie najazdy na zielonoskórych odbiły się ziejącym pustkami skarbcem, złoża rudy były na wyczerpaniu, a na dodatek pojawił się ten nowy dowódca hordy- Uglak... O tak, zieloni nigdy nie mieli takiego wodza, okrutny, bezlitosny, nieustępliwy, obdarzony przy tym wszystkim nadludzką siłą. Powiadają, że uciekł z niewoli mrocznych magów, a dowodem na to mają być wiszące u jego pasa trzy czaszki. Nikt nigdy nie zapytał go o to. Uglak zjednoczył zwaśnione klany orków i goblinów. W przeciągu pół roku zorganizował armię, która stopniowo zbliżała się do Karak- Daghril, aż dotarła tutaj, pod salę tronową- ostatni bastion wolności.
- Trzask!- pękły wyłamane odrzwia wrót.
- Podajcie mi mój oręż!- rozkazał król i w milczeniu wstał ze swojego tronu. Resztki oddziałów obrońców czekały w uformowanych szykach. Ktoś wybiegł z tłumu, podał władcy broń- młot, ten sam, którym jego pradziad podbijał te ziemie, ten którym jego ojciec wysyłał na tamte świat trolle. Teraz on, Dothgar, użyje całych swoich sił, aby uratować królestwo. Rozejrzał się po sali, a jego wzrok utkwił na moment na kobiecie trzymającej kilku miesięczne niemowlę- jego syna, następcę tronu. Król, mocno chwycił za rękojeść broni. „In mortis gloria- w śmierci chwała”, głosił napis na jego trzonie. Pewnie uniósł młot i wskazał w kierunku dobiegających od wejścia wrzasków.
- Nadszedł czas rozwiązania- rzekł. Zielona fala przemocy zalała całą salę...”

Sigmar spokojnym ruchem ustawił pionka na linii łączącej białego króla i czarnego gońca. Pozwolił, by umarł kolejny bohater... Następne ruchy nie przyniosły żadnych strat i zmian. Przegrupowanie na lewej stronie szachownicy i kilka zablokowanych figur na prawej. Gra toczyła się dalej do momentu, gdy biały koń stanął na polu zajmowanym dotąd przez czarnego hetmana.

„(...)Sępy krążyły wysoko nad polem bitwy, nad plątanina walczących ciał, końskich kopyt i błyszczącej stali. Zapach kurzu i krwi drażnił zmysły. Ponure jęki zlewały się z dźwiękiem gruchotanych kości w kakafonię trwogi...Tak, takiego utworu nie powstydziłby się niejeden wirtuoz wojennego rzemiosła. Gdzieś w środku tego zamieszania dało się słyszeć przeciągłe wołanie rogu, po którym całun kurzu podniósł się jeszcze wyżej ogarniając wydarzenia na lewym skrzydle.

- Dwie formacje lansjerów, pędem na lewą flankę! Wesprzeć zaciężnych z Bordealux! - krzyknął Diuk, poczym powrotnym cięciem miecza rozpłatał kolejnego zwierzoczłeka od szyi aż po pachę. Kolejne zręczne uderzenia na lewo i prawo pozbawiły życia następnych przeciwników. Machnięcie od góry i na odlew, blok jelcem na opadający topór i gładkie pchnięcie sztychem w gardło- to były narzędzia rozpruwające arterie parodiujących ludzi i zwierzęta stworów. Diuk, Jaque de Brieu był prawdziwym mistrzem miecza. Po raz kolejny uniósł rękę, aby po jej opuszczeniu zebrać straszliwe żniwo, gdy nagle stało się coś dziwnego. Bojowy rumak dowódcy stanął dęba wydając z siebie przedśmiertelny ryk. Grot włóczni przebił szyję na wylot, przechodząc tuż obok jego nogi. Jaque poczuł jak wytrącony z siodła, powoli opada na ziemię, prosto pod nogi walczącej ciżby postaci. Coś przeszło tuż obok jego głowy i zahaczyło o skroń. Ciepły strumyk cieczy spłynął po jego twarzy. –Miałem szczęście- pomyślał i złożył bezgłosą modlitwę do Pani Jeziora. Miał jej za co dziękować, jej błogosławieństwo było z nim.

– Plask !- poczuł w końcu twardy grunt, zachlapując się przy tym błotem. Instynktownie przerzucił za siebie ciężar ciała, wykorzystując impet upadku do napędzenia przewrotu. Kiedy tylko jego stopy dotknęły ziemi zerwał się i odruchowo wykonał pchnięcie mieczem w przód. Klinga z lekkim oporem wsunęła się w futrzastą lukę tuż pod kolczym półpancerzem nacierającego stwora. Dziwna istota o głowie wołu złapała się za brzuch i osunęła na kolana. Diuk nie czekając, oparł lewą nogę na ramieniu klęczącego stwora i złapał silnie za rękojeść miecza. Szarpnął z całej siły. Ostrze z sykiem wysunęło się z futrzastego cielska, pokryte czarną posoką. Jaque zakręcił nim młyńca i z bojowym okrzykiem naparł na wroga.
Finta, pivot, cięcie. Blok, pchnięcie, parada- ciało bretońskiego rycerza niczym krasnoludzki mechanizm wykonywało wyćwiczone ruchy. De Brieu z gracją elfiej tancerki wirował wśród rosnącego pogorzeliska martwych ciał i poodcinanych kończyn. Jego mięśnie stwardniały ze zmęczenia, a naznaczone bolesnymi pęcherzami dłonie paliły żywym ogniem. Coś chrupnęło pod ciężarem okutego buta. Chwilę potem, jakaś zabłąkana strzałą przemknęła tuż obok jego głowy. Ciężkie powietrze kłuło go w płuca, a serce dudniło jak Marienburgski dzwon- kres sił był już blisko. Jeszcze jedno machnięcie mieczem, jeszcze ręce wzniesione ostatni raz do półparady i...

Za późno. Nabijany kolcami korbacz wbił się w ramię tuż nad łokciem, zamieniając rękę w bolesna mieszaninę kości, krwi i kawałków stali. Diuk upuścił miecz i cofnął się o dwa kroki. Jego przeciwnik tryumfalnie uniósł broń wydając z siebie wilczy skowyt. Długa drewniana kopia przeszyła go na wylot, przynosząc kres jego nieludzkiemu istnieniu. Oddział zakonnych rycerzy przemknął przed oczami Jaque`a ferią barwnych tarcz i powiewających na wietrze proporców. Posiłki przybyły w ostatnim momencie, szala zwycięstwa przechyliła się na ich stronę.”

Rozgrywka wciąż trwała. Przerywana od czasu do czasu cichym pomrukami lub gromkim śmiechem jednego z bogów. Tak kroniki Wielkiej Biblioteki w Altdorfie zapełniały się tomami opisującymi kolejne bitwy i śmierć bohaterów. Stopniowo, szachownica pustoszała, pozostawiając na polu bitwy tylko nielicznych rycerzy. Chwila nieuwagi wystarczyła, aby jeden z rywali nabrał wyraźnej przewagi.
- Szach i mat...- padły słowa z ust białego boga, gdy wyrzeźbiona z białego opalu królowa zamknęła w pułapce noszącego czarną koronę króla.

„(...)Demoniczny książę z dumą patrzył jak jego horda rusza do pierwszej szarży. Czyż te ludzkie marionetki mogą mu zaszkodzić? Oczywiście że nie, był przecież demonem, istotą z innej płaszczyzny egzystencji! Jego duch był nieśmiertelny, a jego obecna, cielesna powłoka, zdawała się być zadziwiająco wygodna i funkcjonalna. Wydawało mu się, że mógłby ją nawet polubić. Drag`anon podniósł swój wzrok, aby jeszcze raz nacieszyć oczy widokiem bitwy. Pierwsze szeregi obu armii starły się ze sobą. Wyglądało to, jakby potężna, morska fala rozbiła się o skalisty brzeg. Tyle tylko, że zamiast kropli wody, w powietrze posypały się kawałki stali i ludzkich ciał. W takich chwilach Dag`anon dopuszczał do siebie myśl, że może potrafiłby zrozumieć swojego brata Bel`akora... Dopuszczał, ale nie na długo. Jego brat był głupcem, który porwał się na rzecz przerastającą go. Zginął jak pies, bo jak pies rzucił się bezmyślnie w wir walki, bez odpowiedniego przygotowania i taktyki. Zgubiła go pycha i bezmyślność. On, nie popełni takiego błędu, zawsze był lepszy od niego.- pomyślał, a jego demoniczne oblicze wykrzywił nieludzki uśmiech.

* * *

To było jak trzęsienie ziemi, gdy szarżująca horda zmierzała prosto na szeregi imperialnych żołnierzy. Vinz widział wszystko jakby w zwolnionym tempie. Każdy ruch, każdy gest pędzących ku niemu stworów był jak wykonywany w wodzie. Wydawało mu się, że gdyby tylko chciał, mógłby policzyć te nieludzkie stworzenia, a i tak miałby czas na przygotowanie się do walki. Wtedy to jego świat pogrążył się w absolutnej ciszy, tak jakby wszystkie dźwięki ucichły na tych kilka uderzeń serca, a Vinz utonął w morzu milczenia. Podniósł miecz, ale jego ostrze wciąż pozostawało w dole. Spróbował jeszcze raz i jeszcze i... bez skutku. Żołnierz spojrzał przed siebie. Ujrzał ruch, powolny, precyzyjny, zabójczy. Kątem oka dostrzegł pulsującą w żyłach krew i napięcie, gdy grube pasma ścięgien podnosiły uzbrojone w zakrzywione pazury ramię. Uśmiechnął się, gdy udało mu się policzyć ślady po pęknięciach i złamaniach na każdym z pędzących w jego stronę szponów. A więc to tak smakuje strach...- pomyślał. Paraliżująca trwoga, która wyostrza zmysły i blokuje jakikolwiek ruch naszego ciała. To chyba już...- dodał i pozwolił, aby jego dusza odleciała do Morra.

* * *

Drag`anon w końcu dał się ponieść ogniu, który płonął w jego żyłach. Rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze, wydając z siebie przerażający ryk. Bitewny szał dopadł i jego. Gdzieś w dole, małe punkciki zlewały się w wielobarwną plamę. Demon wybrał swój cel. Na niewielkim wzniesieniu, tuż za linią walki siedziała na białym koniu postać. Skrzydlaty cień pomknął w jej kierunku.

* * *

Eva czuła w sobie moc Sigmara. Jego głos nawiedzał ją w snach i kazał jej iść przed siebie, walczyć w obronie Imperium i nawracać pogrążonych w zepsuciu i rozpuście możnowładców. Nazywała siebie jego dzieckiem, ale ludzie zwykli o niej mówić Biała Wilczyca. Nagle, dostrzegła błysk. Odwróciła się i ujrzała skrzydlata bestię, zmierzającą prosto w jej stronę. Jej oczy lśniły czerwonym blaskiem, a nieludzkie oblicze usiane było ostrymi jak brzytwy zębami. Eva poczuła nienawiść do tej istoty, która łamała wszelkie prawa natury. Nie wiedziała sama dlaczego, ale nie mogła pozwolić by takie wynaturzenie psuło harmonię tego świata. Wyciągnęła swoją szablę i skierowała ją prosto w pikującego stwora.

* * *

Demon opadał na swój cel. Zmienił nieznacznie ułożenie skrzydeł, aby ułatwić pochwycenie ofiary w szpony i rozerwanie jej na strzępy, lecz wtedy coś zwróciło jego uwagę. To była kobieta! Drag`anon nie zauważył tego wcześniej. Jeszcze nigdy nie atakował kobiety- zawahał się i ta chwila wystarczyła, aby precyzyjnie przygotowany atak zamienił się w chaotyczny wypad. Skrzydlaty stwór wpadł na jeźdźca i jego wierzchowca jak wilk na zwierzynę. Jego ramiona chwyciły zbroję, a szpony zatopiły się końskim boku. Jednak impet natarcia i źle ułożona sylwetka cisnęły nim i pochwyconą przez niego ofiarą o ziemię. Przez chwilę oboje koziołkowali, aby w końcu zatrzymać się na wystających z ziemi głazach. Mroczny książę, podniósł się i zaparł łapami o podłoże. Chciał wzbić się w powietrze, ale coś pociągnęło go w dół. Spojrzał i zobaczył jak wokół jego kostki oplątał się pasek mocujący płaszcz i zbroję, na jego drugim końcu poturbowana i cała w kurzu podnosiła się młoda kobieta. Jej oczy przepełniał gniew, a blond włosy zdawały się emanować białym światłem. Drag`anon syknął w jej kierunku i rozłożył skrzydła. Jedno z nich było nienaturalnie wygięte, ale to nie przeszkadzało mrocznemu księciu. Demon złapał za pasek i szarpnął z całej siły. Metalowa sprzączka pękła uwalniając jego nogę. Potwór odwróci się i zrobił krok. Jego stopy odrywały się już od ziemi, gdy coś rzuciło się na jego plecy, oplątując ręka wokół szyi. Drag`anon pomknął w górę, próbując zrzucić uczepioną jego pleców istotę. Rozejrzał się i zobaczył w dole wąwóz. Roztrzaskam, tę imperialną dziwkę o skały!- pomyślał i rozwścieczony skierował się w stronę górskiego zbocza.

* * *

Eva mocno trzymała się szyi demona. Jej prawa ręka była cała zakrwawiona, a pośrodku przedramienia tkwiła głęboko wbita metalowa sprzączka. Nie czuła jednak bólu, tylko frustrację i gniew, który miała przelać na te świętokradzkie stworzenie. Poczuła, jak bestia gwałtownie opada w dół zmierzając prosto do pobliskiego wąwozu. Kiedy rozpędzony demon wpadł między skalne ściany, Eva pojęła co zamierza.
- O nie, nie pozwolę ci na to!- rzekła szukając jakiegoś wyjścia z opresji. Daleko przed nią dojrzała niewielki wyłom. Zagłębienie w skale, z którego wystawały ostro zakończony kamienie. Gdyby udało jej się wskoczyć na tę półkę, byłaby bezpieczna!- pomyślała. Tymczasem stwór pędził coraz szybciej, zmierzając prosto do ciasnego przesmyku. Biała wilczyca czekała na odpowiedni moment.
- Teraz!- krzyknęła, gdy skalny wyłom znajdował się jakieś dziesięć metrów przed nimi. Mocno zaparła się stopami grzbietu stwora i skoczyła na prawe skrzydło.

* * *

Potwór pędził ile tylko miał sił. Zaraz wleci do zwężenia i wykonując półobrót otrze grzbietem o skałę, pozbywając się na dobre niemiłego bagaż na plecach. Już zamierzał opuścić nieco lot, gdy poczuł jak coś ciężkiego spada na jego skrzydło. Siła odśrodkowa wbiła go w pobliską ścianę. Coś chrupnęło, a mroczny książę zobaczył jak wystający głaz przeszywa mu bok. Jeden z jego rogów pękł jak rozłupany orzech. Drag`anon spadał. Jego skrzydło było już tylko krwawą miazgą. Wyciągnął rękę, próbując złapać się czegokolwiek. Poczuł jakiś kształt i chwycił się go jak najmocniej potrafił, w nadziei, że to go uratuje. Jednak na nic się mu to zdało. Po krótkiej chwili oporu, bestia ponownie zaczęła spadać. Demoniczny książę spojrzał na to, co zostało w jego szponach. Złoty wizerunek młota, przyczepiony na pękniętym łańcuszku.
- Sigmarze! Przeklinam cieeeeeęęęę!- krzyknął Drag`anon gdy mknął w dół czeluści zmierzając na spotkanie skalistego podłoża.

* * *

Eva oparła się plecami o skałę. Mało brakło, a demon pociągnąłby ja za sobą prosto w bezdenną przepaść.
- Gdyby nie ten pęknięty łańcuszek, którego nigdy nie miałam czasu naprawić...- pomyślała i uśmiechnęła się. Pora zastanowić się nad zakupem nowego...”

- Dzisiaj ty byłeś lepszy...- rzekł krwawy bóg i wyciągnął odzianą w czarną rękawicę dłoń w kierunku Sigmara.
- Na to wygląda- odpowiedział patron Imperium i uścisnął wyciągniętą do niego dłoń.

Śmiech obu bogów wypełnił całą salę, rozchodząc się głuchym echem po wszystkich zakamarkach świata...
Lubię to
 Lubi to 0 osób
 Kliknij, by dołączyć
Zobacz też
Słowa kluczowe: zew, cthulhu, rpg, motyw

Podobne newsy:

» Keith Herber nie żyje
60%
» Cold City i inne nowości Portalu
44%
» Skrót do R’lyeh i konkurs
40%
» Skrót do R'lyeh
36%
» TROM - wieści
33%
 
Podobne artykuły:

» Pierwszy z bluźnierczych motywów!
100%
» Fakty i Mity - kot Oskar
80%
» Bramy szaleństwa otwarte!
67%
» Bluźniercze pergaminy
67%
» Bluźnierczy przekład!
44%


Dodaj komentarz, użytkowniku niezarejestrowany

Imię:
Mail:

Stolica Polski:



Twój komentarz został dodany!

Kliknij, aby odświeżyć stronę.




Artykuły

Gry komputerowe
Główne Menu

Gry RPG

Polecamy

Patronujemy
Aktywność użytkowników
madda99 zarejestrował się! Witamy!
_bosy skomentował Blood 2: The Chosen - recenzja
_vbn skomentował Mapy Starego Świata
wokthu zarejestrował się! Witamy!
_Azazello Jr skomentował Gdzie diabeł nie mówi dobranoc. "Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow - recenzja
Gabbiszon zarejestrował się! Witamy!
Liskowic zarejestrował się! Witamy!
_Kamila skomentował "Brudnopis", Siergiej Łukjanienko - recenzja

Więcej





0.069 sek