Warhammer >> Opowiadania >> Powrót do domu

| | A A


Autor: Tomasz Szczypiński
Data dodania: 2007-07-23 23:06:52
Wyświetlenia: 5040

Powrót do domu

Wieczór
Kir Ulfdeheim siedział wbity w twarde krzesło, swoje długie nogi wyciągnął wygodnie w stronę płonącego kominka. Przemoczone, znoszone ubrania schły rozwieszone wokoło na konopnych sznurach. Żylaste dłonie zacisnęły się mocno na pociemniałych ze starości poręczach. Wzrok miał utkwiony w trzaskających płomieniach. Ruchliwe cienie kładły się na jego pociągłej, wymiętej twarzy, zamieniając ją w piekielna maskę, z dwoma oczodołami ginącymi w ciemnościach.

Gospodarz zerknął dyskretnie przez uchylone drzwi do alkierza wynajętego przez przybysza.
- Zgodził się was przyjąć, dobrodzieju – wyszeptał chowając do kieszeni błyszczące srebrnie monety.
- Spasiba, gospodarzu – odparł nieznajomy miękkim, szeleszczącym głosem i klepnął go po ramieniu.
Zgrabnie wsunął się do ciemnej komnaty, prześliznął wzrokiem po łowieckich trofeach. Przysunął sobie drugie krzesło i nachyliwszy się mu do ucha wyszeptał:
- Czekałeś?
Kir drgnął lekko, jakby wyrwany ze snu. Spojrzał na niego kątem oka.
- Nie, Garniliusie, nie czekałam na ciebie – burknął niewyraźnie przez zaciśnięte zęby. – Wynoś się!
- Może pogadamy... – zaproponował uśmiechając się szeroko. Pasemko jasnych, niemal białych włosów wymknęło się z objęć opaski i opadło na policzek.
- Nie, nie pogadamy – Kir warknął jak wściekły pies. Jego twarz ściągnęła gwałtowna konwulsja, nadając mu wygląd wygłodniałego wilka. Wyszczerzył drapieżnie zęby.
- Chcę wrócić do domu i nic więcej mnie nie interesuje.
- Jesteś nam potrzebny – głos Garniliusa obniżył tembr, stał się niezwykle ciepły i sugestywny. – Bez ciebie nie mamy szans.
- Zamknij się! – ryknął Kir. Poderwał się z krzesła, chwycił go za gruby kaftan haftowany w złote liście dębu. Jego palce jak haki wbiły się w ciało. Silne ramię poderwało do góry szczupłe ciało.

Garnilius, elf półkrwi, wyglądał przy nim jak chłopiec. Choć wydawał się wątły i kruchy, wcale nie był słaby. Szarpali się przez chwilę. Ich ręce wiły się jak węże. Oddechy przyśpieszyły gwałtownie. Odzienie zatrzeszczało w szwach! Zachrzęściły stawy!

Kir chwycił Garniliusa oburącz za szyję, zdławił! Półelf zakrakał, oczy wyszły mu z orbit, twarz lekko poczerwieniała. Kir potrząsnął nim mocno. Trzepnął plecami o ścianę. Przysunął twarz do jego oblicza i wyszczerzył agresywnie zęby. Zawarczał głucho.

Garnilius próbował zrzucić ciężar morderczego uścisku. Nie dał rady. Słabł z każdym uderzeniem serca, z każdą, daremną próba złapania powietrza w płuca.

Gniew, odciskający demoniczne piętno na obliczu Kira, przygasł. Stalowy ucisk palców zelżał. Wyszarpnął długi nóż, przyłożył ostrze do szyi przeciwnika.
- Poradzicie sobie sami! – wychrypiał gardłowo. – Wiesz, gdzie znajduje się zejście, z drzwiami sobie jakoś poradzicie... Hadrian znajdzie sposób! Najlepiej będzie jeśli uciekniecie. Daleko, jak najdalej, twój rodzinny Kislev będzie w sam raz. I nigdy nie wracajcie.
Garnilius oddychał z wysiłkiem, charczał i parskał.
- Nie znamy... khem... drogi przez podziemia – wychrypiał opluwając sobie brodę. – Znasz ją tylko ty i... – zawahał się chwilę, spojrzał niepewnie na Kira - ...i On.
Cień grozy przemknął przez twarz Kira. Jedyna źrenica jaka mu została zwężyła się w wąską, kocią szparkę.
- Seton zdradził nas – powiedział. Jego głos utracił barwę i tembr, zabrzmiał głucho, jakby dochodził z głębin. Z grobu. – Próbował nas pozabijać, poranił - głos drżał mu lekko.
- Ale mnie, - podjął po chwili przykrego milczenia – jego zdrada ugodziła stokroć bardziej. Jesteśmy rodzonymi braćmi, a on... – zawiesił głos i uniósł palec do twarzy.
Przesunął nim wzdłuż idącej skosem przez czoło szerokiej szramy. Wskazał lewy, zasłonięty opaską pusty oczodół, musnął delikatnie koniec blizny, która szpeciła policzek aż po krawędź żuchwy. - On teraz ma władze, wpływy, – mówił z trudem, ból kłębiący się w jego sercu łamał mu głos – jest szarą eminencją u dworu Todbrigera. Trzyma w garści całe Middenheim. Manipuluje ludźmi, zniewala ich i niszczy.
- Musimy go zniszczyć! – powiedział stanowczo Garnilius, ostrożnie odsuwając ostrze od swojej szyi. – Zemsta należy do nas! To nasz obowiązek!
- My już przegraliśmy swoja bitwę – rzucił Kir beznamiętnym głosem skazańca. – Zło zatryumfowało, nadchodzi Czas Zmian, i nic tego nie zmieni, żaden człowiek i żaden bóg. – cofnął się o krok robiąc przerażone, groteskowe miny. Pozbawione sensu i znaczenia gesty rąk nadawały mu wygląd szaleńca.
- On jest demonem... – wyszeptał trwożliwie, podniósł ręce i złapał się za włosy na skroniach - ...on jest ulubieńcem bogów! Wybrańcem! Pomazańcem i Mesjaszem Chaosu! Tam gdzie on pójdzie kamień i żywe istoty będą zlewać się w jedno przybierając nowe nienazwane kształty!
- Kir, na miłość wszystkich bogów, opanuj się!- Garnilius chwycił go za ramiona i potrząsnął nim. Był przerażony tym na co patrzył i tym co słyszał. Znał Kira jako niestrudzonego poszukiwacza przygód, chętnego wystawić swe życie na hazard, jeśli stawka była tego warta. Teraz miał przed sobą złamanego, wylęknionego wariata.
- Wracam do domu- oznajmił sztywno, jego wzrok pozbawiony był jakiejkolwiek więzi z rzeczywistością. Wracam do domu...
- Przemyśl to – prosił Garnilius.- Narysuj nam chociaż mapę ! Fausschlag jest ogromny, możemy błąkać się po tych tunelach całymi miesiącami...
Kir wyobraził sobie gigantyczna, białą skałę na której stało miasto Middenheim. Pamiętał, gdy pierwszy raz zeszli do wydrążonych w granicie tuneli i jaskiń. Był tam razem ze swym bratem, Setonem. Ich przewodnikiem był krasnolud, czeladnik z gildii inżynierów, który konserwował dość długi odcinek podziemnej części miasta i znał je wyśmienicie. Pomógł wyszykować kryjówkę w starym laboratorium, nieużywanym od Ciemnych Wieków, kiedy magia była zakazana.
- Idź precz! – zawołał. Trzęsącym się jak w delirium palcem wskazał drzwi. – Nie chcę nigdy więcej widzieć żadnego z was! A... a jej w szczególności!
- Nie możesz uciec od życia z podkulonym ogonem – powiedział Garnilius stając na progu. Stał odwrócony plecami, patrzył na niego przez ramię. – Jutro zjawią się wszyscy, wtedy pogadamy.
Drzwi trzasnęły cicho, Kir został sam.


Noc
Pił. Dużo i szybko. Wlewał w siebie kolejne butelki, mocnego wina o barwie krwi i śmierdzącej, mętnej okowity. Chciał uśpić targające nim lęki, zwalić się nieprzytomny, odcięty od prześladujących go majaków i zwidów. Ręce drżały mu, ale nie był pewien czy z przepicia, czy ze strachu.

Światło uciekło od jego jedynej źrenicy, a płomień kaganka wydawał się równie odległy jak gwiazdy. Czuł jak ściany zamykają się nad nim, jak ślepiec macał dookoła rękoma. Było mu duszno, tętno rozrywało skronie. Chyba krzyczał, ale nie był pewien. Ciemność przytłaczała go, kiedyś, całkiem niedawno poznał najstraszliwszą z tajemnic - co może czaić się w mroku. Rzucił się do drzwi. Majak rozwiał się i znikł gdy poczuł świeże powietrze.

Stanął na zadaszonym ganku, lało jak z cebra, strugi wody przesłoniły cały świat i zdawać się mogło, że istnieje tylko jeden, wielki, szumiący wodospad. Kir oparł się ciężko o drewnianą balustradę, głowa opadła mu na pierś. Stał zamroczony, wsłuchany w deszcz.
- Brigid... - wyszeptał.

Czarne, wzburzone włosy rozsypane po białej pościeli, jej oczy płonące wśród ciemności alkowy. Dziewczyna zaśmiała się i pogłaskała po nagich piersiach. Kir uśmiechnął się do swych wspomnień i zerknął na złocącą się na jego palcu obrączkę.

Nareszcie wracał do domu, po sześciu długich miesiącach tułania się po gościńcach, jedzenia podłego jadła i picia rozwodnionych trunków; snu w zawszonej pościeli i pod gołym niebem. Dom był jego ostatnim bastionem. Niezdobytą twierdzą.
- Kir Ulfdeheim?! – niski, basowy głos zadudnił donośnie w ciemnościach. – Tyś jest Kir Ulfdeheim?!
Zawołany drgnął, przeszył go dreszcz. Uniósł zaskoczony wzrok. Ujrzał siedem krępych, przysadzistych, ale szerokich jak piece sylwetek, otaczających łukiem karczmę. Kaskady deszczówki rozbijały się o szerokie ronda ich kapeluszy i spływały po brunatnych impregnowanych łojem płaszczach. Gęste sploty przemoczonych bród wylewały się zza wysokich kołnierzy i jak macki wiły się na ich piersiach.
- Ja! – odkrzyknął Kir opierając dłoń o rękojeść miecza. – Kto pyta?
Jeden z krasnoludów zrobił krok do przodu. Płomień płonących na ganku maźnic oświetlił jego szerokie, czerstwe oblicze.
- Klaber Wanhryd, senior klanu Katzbalger – zadudnił bas. Wielka jak bochen chleba dłoń zrobiła znaczący gest w okolicach szyi.
Zafurczały odrzucane na boki poły płaszczy. W rękach krasnoludów zabłysły szerokie, półksiężycowate ostrza toporów.
- Nie znam cię – rzucił siląc się na obojętny, opanowany ton. – Czego chcesz ode mnie?
Krasnolud splunął pogardliwie przez zęby.
- Syna mi ubiłeś, cztery lata temu! – warknął robiąc kolejny krok do przodu. – Dobądź żelazo z jaszczura, tu staniemy!
Kir poczuł ogarniającą go grozę. Sumienie zerwało się z krępującego je łańcucha i z wściekłością wgryzło się w jego serce. Krew odpłynęła mu z twarzy. Gdzieś na dnie swej duszy ujrzał ciało krasnoluda i swoje zakrwawione ręce. Jego ofiara patrzyła na niego zamglonymi oczyma. Potrząsnął głową ,aby przepłoszyć dręczące go wspomnienie.
- Złaź tu zaraz! - zawołał Kleber. - A jak ty nie zejdziesz, to my tu zatańczymy! Ogień i żelazo będą tu hulać!
Kir ruszył sztywno, bał się, bo przeciwnik, chodź wyglądał staro nie przestawał być niebezpieczny. Zszedł na rozmiękły podwórzec, ubranie przemiękło w jednej chwili i przykleiło się do ciała. Powolnym ruchem wyciągnął miecz, leniwie zatoczył niewielki łuk.

Kleber zrzucił z ramion płaszcz, jeden z krasnoludów podał mu długi miecz. Dotknął płazem pobrużdżonego zmarszczkami czoła.
- Gotów jesteś, morderco dać gardła?!- burknął ruszając na swych krótkich nogach. Ostrze wzniosło się do góry, by opaść z druzgoczącą siłą. Kir zbił zastawą, ale aż syknął z bólu, mało nie wypuścił miecza. Na krótką chwilę ich oczy się spotkały, w źrenicach Klabera odbijał się cały wszechświat. Senior klanu najwyraźniej wspomógł się tajemniczymi miksturami, jakich używają dzicy Norsmeni i szaleni wojownicy Khazadów.
Kolejne, mordercze cięcie z podlewa mało nie złamało Kirowi nadgarstka, ćmienie w łokciu rozlało się niemocą po całej ręce. Złowrogi błysk stali, tuż – tuż, o cal od twarzy. Uniknął w ostatniej chwili. Zanurkował pod tnącym płasko brzeszczotem, uderzył wręcz, na kiść! Krasnolud bez wysiłku odbił cios.

Kir musiał uciekać. Unik! Zwód! Finta! Piruet, zobaczył rozmyte w pędzie, nienawidzące go twarze. Parada! Odskok! Jego ciało nie wytrzymywało tempa, lewe kolano, prawy bark - stare, nienajlepiej zagojone rany odzywały się teraz, mówiły do niego przejmującym bólem. Lewa część twarzy paliła, jakby oblano ją wrzącym olejem!

Z trudem wtłaczał w siebie powietrze, które uchodziło z niego z sykiem. Kroki gubiły rytm, miecz ciążył, jakby nabierał coraz większej wagi. Nie miał już sił, potknął się, z trudem utrzymał równowagę. Sparował bezładnie, wyprowadził pozbawioną mocy ripostę. Poleciał do przodu, byłby upadł ale podparł się mieczem. Głowa opadła mu odsłaniając kark. Czekał.

Słyszał ciche, grzęznące w błocie kroki i rzężące zipanie. Odwrócił się. Kleber szedł nie uginając kolan, nie miał broni, palce podobne do szponów wbił we własną pierś, szarpał jakby chciał wydrapać sobie serce. Twarz miał siną, wykrzywioną w paroksyzmie bólu, spojrzał w kierunku Kira, ale już go chyba nie widział! Padł z głuchym mlaśnięciem!

Jego krewni podeszli do niego, jeden z nich, z rudą brodą powiązaną w kity, podniósł z błota porzucony miecz i położył na piersi zmarłego. Zamknął mu oczy. Potem wstał i wskazał Kira palcem.
- Jam jest Tankred Ryży – oznajmił. -Znieważyłeś mój klan. Daję ci czas do następnego zachodu słońca, potem cię dopadnę.
- Ślubuje wam, bracia – zawołał do swych krewnych i wzniósł topór ponad głowę- złożyć na grobie Klebera czaszkę jego mordercy!
Odpowiedział mu głuchy pomruk zadowolenia, brody krasnoludów zatrzęsły się.
- Uciekaj, człeczyno, póki możesz - rzucił Tankred.


Świt
Słońce wschodziło krwawo. Czerwone, jak płonące żagle chmury nadciągały ze wschodu. Zapowiadał się pogodny dzień, ale koń Kira boczył się . Drobił w miejscu, przysiadał na zadzie, jak przed nadciągająca burzą. Północny wiatr, tchnienie nadciągającej zimy, cisnął w górę garść zeschłych, różnobarwnych liści, wymiecionych z czerniejących gałęzi drzew Reikwaldu.
Trakt wiódł go samotnie wzdłuż rzeki Reik. Ospały nurt pchał leniwie swe rozlane szeroko wody i niestrudzenie, od tysiącleci, tłoczył ja na północ . Odwrócił wzrok od płynącej w dół rzeki barki, ciężkiej, spasionej ładunkiem jak cielna krowa.. Spojrzał na odległy, fioletowy zygzak, wyrastających wysoko ponad las Gór Szarych.

Jechał najszybciej jak tylko mógł. Nocna potyczka oraz pijaństwo poważnie nadwątliły jego ciało i osłabiły ducha. Odczuwał dziwny, przenikający i paraliżujący go lęk. Siedział zgarbiony w kulbace, przechylony niezgrabnie w prawo, pogrążony w grobowej głębi melancholii. Sumienie wpiło się w niego jak wampir, ścigało go nieubłaganie, rzucało mu się na plecy by dusić bez litości. Co jakiś czas wstrzymywał wierzchowca. Stawał wtedy w strzemionach i osłaniając dłonią oczy, badał pozostawioną za sobą drogę. Nie był pewien czy Ryży nie zrezygnuje z przyobiecanych mu forów i nie ruszy w pogoń bladym świtem.

Nagle zdał sobie sprawę, że niełatwo będzie zerwać z przeszłością. Jak cień wlokły się za nim jego rozliczne zbrodnie i grzechy. Ciągnął je, jak pokutny duch ciągnie gruby, dźwięczący groźnie łańcuch. Przeraził się, że zaciągnie je do swego domu i splugawi tą niepokalaną dotąd świątynię.

Niewielki, pękaty budynek wychynął ostrożnie zza pagórka. Pociemniałe ze starości bale ostrokołu, otaczającego kamienną rogatkę i stajnię, odcinały się mdło na tle wód o barwie żelaza. Kocie szparki strzelnic patrzyły na niego nieufnie, gotowe poczęstować go gradem bełtów. Podjechał bliżej, kozły zbite porządnie z grubych belek zagradzały mu drogę na most . Posterunek na drugim brzegu majaczył niewyraźnie w oddali.

Rogatki na moście strzegło kilku zbrojnych w szarych uniformach . Promienie słońca rozjaśniały podniszczone, płaskie kapaliny. Strażnicy dróg spojrzeli w jego kierunku. Jeden z nich podszedł bliżej, sądząc po dystynkcjach na ramionach był to sierżant, ale pewności Kir nie miał. Chwycił konia za munsztuk i przytrzymał mocno.
- Złaź z kulbaki - rzucił od niechcenia. - Pan mytnik obaczy co w jukach taszczysz.

Kir posłusznie zsiadł z konia. Zrobił to powoli, trochę sztywno i niepewnie, obolałe ciało nie było pewne swoich możliwości. Drugi strażnik stanął za jego plecami, pchnął go znienacka drzewcem włóczni. Kir upadł na kolana, czyjaś ręka wyrwała mu miecz. Ujrzał wznoszącą się do ciosu pałkę. Solidny, toczony zręczne kawałek drewna zawisł pytająco nad jego głową. Mógł być grzeczny albo nieprzytomny.
- Jesteś aresztowany w imieniu Jego Wysokości Imperatora!- oznajmił sierżant wciąż trzymając pałkę w gotowości. - Pojąłeś co rzekłem?
- Tak - odpowiedział Kir, głos zadrżał mu niepewnie choć wysilił się na opanowanie. - Ale za co?
- Przyszedł rozkaz z samej stolicy, - powiedział sierżant zerkając przez ramię na północ - tak z samiutkiego Altdorfu, podpisany przez samego cesarza, aby przytrzymać każdego jednookiego rębajłę.

Sierżant rzucił wodze wezwanemu gestem, młodemu pachołkowi. Uniósł długi miecz Kira i przyjrzał mu się uważnie. Jego wzrok prześliznął się po ostrzu wzdłuż strudziny.
- Mnie się widzi, mój drogi obieżyświacie, że opis pasuje do ciebie jak ulał.- powiedział kładąc kres chwili milczenia. - Dlatego wstaniesz i grzecznie pójdziesz z Hansem i Johannem. A zaczniesz brewerie wyprawiać to chłopcy, ruk-zuk, ci gnaty porachują.
- Wy dwaj!- wykrzyknął - Pilnujcie go jak źrenicy oka... Szkoda cię, chłopie, - rozłożył bezradnie ręce - ale skoro samiutki, najjaśniejszy cesarz o ciebie pyta to nie mam innego wyjścia.

Chwycili go mocno pod ręce i unieśli do góry. Nie potrzebowali go szarpać ani wlec. Dał się spokojnie prowadzić. Jego twarz zszarzała, a pobladłe wargi poruszały się niemal bezdźwięcznie.
- Dopadł mnie... - jęknął głucho jak kopnięty, cynowy garnek. Spojrzał ponad ramieniem strażnika na drugi brzeg.

Jeszcze tylko ten las i byłbym w domu - pomyślał.

Wyszarpnął się zwinnym, wężowym ruchem, desperackim unikiem zszedł z drogi ostrzu włóczni. Strażnik zawołał donośnie.

Sięgnął do cholewy buta i chwycił rękojeść sztyletu. Uderzył płasko, sztychem! Hans odskoczył w tył i uderzył plecami o ścianę. Kir rzucił się w bok, zanurkował pod drzewcem Johanna i przeturlał się po ziemi. Podniósł się, na chwilę pociemniało mu w oczach z wysiłku, niemal na ślepo przebiegł kilka kroków dalej.

Usłyszał szczęk spuszczanej cięciwy, cichy i złowróżbny szum lotek. Nie miał dość czasu by zareagować, przejmujący chłód oblał jego lewe ramię niczym woda z przerębla. Zatoczył się lekko.

Kir odepchnął pachołka i z wysiłkiem wspiął się na koński grzbiet. Kolejne bełty posypały się z ze strzelnic. Sierżant przeskoczył tarasujące przejazd kozły. Zagrodził uciekinierowi drogę, stanął w rozkroku, pochylony lekko do przodu, gotów do ataku.

Hans doskoczył, Kir położył się płasko by uniknąć morderczego ciosu i niemal nie spadł z siodła. Przerażony wierzchowiec zarżał, stanął dęba, jeździec w ostatniej chwili wczepił się palcami w gęsta grzywę. Wierzgając wściekle poroztrącał nadbiegających strażników i czeladź. Kir z trudem utrzymywał się w siodle, ścisnął kolanami końskie boki i modlił się o cud!

Koń przesadził przeszkodę. Sierżant rzucił się w bok chcąc wynieść cało głowę spod rozpędzonych końskich kopyt! Kir nie musiał poganiać konia, zwierzę samo wyczuło sytuację i gnało ile sił w nogach na drugi brzeg.

Ścigały ich wyzwiska, syk bełtów i donośny ton dzwonu, mający zaalarmować załogę po drugiej stronie mostu. Kilku strażników wskoczyło się na konie i ruszyło w pogoń.

Kir przylgnął do końskiego grzbietu, w każdej sekundzie walczył z całym światem by nie spaść! Lewą, zranioną rękę przycisnął mocno do ciała jakby tulił do piersi coś najdroższego na świecie.

Dyle mostu łomotały głucho, przez szczeliny widać było zimną toń. Goniący go strażnicy byli zbyt blisko. Wiedział, że nie da rady im uciec. Jeden z nich zachodził go od prawej, już wznosił do ciosu kord! Dwaj inni wyskoczyli zza ostrokołu. Trzeci, z kuszą w ręku, zamajaczył w wąskim oknie! Kir widział go tylko przez jedno uderzenie serca ale dostrzegł, jak składa się do strzału i pociąga za spust!

Zduszony jęk i łoskot padającego ciała. Kir spojrzał za siebie. Krew zastygła mu w żyłach, przerażenie rozszerzyło źrenicę! Odwrócił wzrok i pognał dalej! Słyszał już tylko dzikie, bluźniercze odgłosy!

Makabryczny widok długo jeszcze dręczył jego przerażony umysł. Strażnicy z posterunku na drugim brzegu musieli zginąć tej nocy, a ich miejsce zajęli wynaturzeni odmieńcy! Niewolnicy ciemnych, chaotycznych bogów, żyjący w lasach wygnańcy, napiętnowani ich piekielnymi stygmatami. Odarte z człowieczeństwa bestie. Odpychające zlepki różnych istot, nowa ciągle zmieniająca się forma, a raczej parodia, życia. Przebrane w uniformy straży dokonywały okrutnej rzezi. Kir słyszał przepojony bólem kwik konia...


Następny wieczór
Kir trzymał się w siodle ostatkiem sił, leżał przytulony do końskiego grzbietu. Lewe, opatrzone partacko ramię zrobiło się całkowicie sztywne, niewyobrażalnie ciężkie i zimne. Nie był w stanie sam wyciągnąć bełtu z rany. Nie odważył się tego zrobić i zakończone białą lotką brzechwa sterczała mu poniżej obojczyka. Był blady jak kreda, trzęsły nim dreszcze, a trawiąca go gorączka narastała z każdą przejechaną milą.

Las ożywał wśród cieni zbliżającego się wieczora, z gęstwiny spoglądały na niego drapieżne oczy. Nie mógł już ufać zmysłom, jego wyobraźnia zapełniał knieję najgorszymi koszmarami. Coś bez przerwy chrzęściło w zaroślach, bliżej i bliżej. Zdawało mu się, że ktoś obserwuje go bez chwili wytchnienia czekając stosownej okazji aby zaatakować.

Wjechał w chłodny, ciemny jar. Uderzenia końskich kopyt odbiły się echem od skał i wróciły głośne i straszne jak werble nadające krok szturmowi. Ujechał może ze staję, gdy palce zsunęły mu się z łęku. Powoli, całkowicie bezradny i bezsilny, przechylał się coraz bardziej, aż spadł na ziemię pozbawiony przytomności. Zapadł w głęboki, niespokojny sen, z którego nie mógł się wyrwać, jak z narkotycznego otępienia.

Galeria postaci przewijała się przed jego oczyma. Twarze, niektóre dawno już zapomniane, inne całkiem świeże i znane, sytuacje, zdarzenia i miejsca. Towarzysze, z którymi gonił za przygodą, przychodzili jak w procesji. Stali nad brzegiem ryczącego morza, pod ciemnym, burzowym niebem. Osobno, jakby się nie widzieli.

Draugar, waligóra w zbroi Rycerzy Panter. Zdjął hełm odsłaniając twarz, trzy blizny cięły skosem jego policzek. Klęczał wsparty na mieczu, ogromnym, oburęcznym brzeszczocie z długim jelcem zakrzywionym do dołu. Jego oblicze było szare, kładł się na nim cień.

Za nim stał Garnilius. Zwinnym ruchem dobył ciężkiej szabli, jakimi walczy się w jego rodzinnym Kislevie. Stanął w pozycji do walki. Jego długie, niemal białe włosy łopotały na wietrze jak sztandar. Zielone oczy, patrzyły wrogo, przebijając nadciągającą burzę

Nieco dalej , między wbitymi w ziemię nagrobkami stał Hadrian, jego ciało okrywał czarny habit morrabitów. Patrzył z głębin naciągniętego mocno kaptura, w ręku ważył ciężką, graniastą buławę. Modlił się zawodząc jakąś jękliwą pieśń, którą porywał wiatr.

Zobaczył ją. Emilia stała najbliżej morza. Wypatrywała czegoś dalekiego, ukrytego wśród rozsierdzonych fal. Jej rude warkocze były mokre od niesionej wiatrem wilgoci. Łza, zrodzona pod zaciśniętą mocno powieką, przetoczyła się po jej policzku. Ujrzał ususzoną gałązkę wrzosu, przytroczoną mocno do majdanu jej łuku i dziwny ból przeszył jego serce.

Ogromna, czarna, spienioną fala uderzyła o brzeg. Jego towarzysze wznieśli broń jakby chcieli z nią walczyć. Woda zalała ich, zalała wszystko. Bezlitosna kipiel wdarła się daleko w głąb lądu niszcząc wszystko na swej drodze!

Cofnęła się. Powoli pełzła z powrotem do morza zostawiając za sobą krwawy ślad na wyniszczonej ziemi.

Kir ocknął się, a przynajmniej tak mu się zdawało. Czuł się koszmarnie, bezsilny, obolały, chory. Ramię, choć bezładne, nie bolało już tak bardzo, pozostało już tylko paraliżujące ćmienie.

Wiedział już, że nie śpi ale koszmar zdawał się trwać dalej. Coś poruszyło się w ciemnościach, Kir dostrzegł w sączącym się przez wąski otwór blasku księżyców, duży kształt kroczący ciężko ku niemu. Przekręcił się na bok i po omacku szukał czegoś czym mógłby się bronić. Przerażenie zaciskało mu na szyi swą zimną, bezlitosną dłoń. Idąca ku niemu istota śmierdziała jak zwierzę, była wielka, porośnięta gęstą sierścią.
- Nie śpisz już? - usłyszał niski głos, który wydał mu się znajomy. - To dobrze, bo zaczynali my się martwić.
Ktoś inny zbliżył się niosąc świecę. W jej słabym, mdłym blasku zobaczył dwie brodate twarze pochylające się nad nim ciekawie.
- Bracia Ryps - westchnął z ulgą i opadł na łóżko.
Patrzył na starych, odzianych w zwierzęce futra traperów i dziękował wszystkim znanym sobie bogom za to spotkanie. Bracia Ryps, Jonatan, Udo i Winrych żyli samotnie w lesie, niedaleko Jaru Borsuka.
- Opatrzyli my ci ranę - powiedział młodszy, Udo. – Krucho już z tobą było, jak żem cię znalazł to wilki nad tobą stały. Patrzyły, z której strony cię napocząć.
Starszy pokiwał z powagą głową
- Posłałem Winrycha do wsi - powiedział. - Po znachora i Brigid, będą tutaj pewnie z samego rana
Kir oddychał głęboko ale spokojnie. Uśmiechnął się blado, na więcej nie miał sił.
- Dzięki - wyszeptał .
Zostawili go samego, okrytego skórami, pogrążonego w mocnym, zdrowym śnie.


Następny świt
Kir obudził się późno, ostrożnie uniósł obolałą głowę. Przez przesłonięte błoną okno sączyło się anemiczne światło słońca. Dzień wydawał się pochmurny i chłodny.

Braci Ryps nie było w domu, może poszli sprawdzić zastawione wczoraj pułapki?
Zdawało mu się, że słyszy jakieś głosy na podwórzu. Psy zaczęły głośno ujadać. Postanowił wstać, ale wcielenie myśli w życie przyszło mu z ogromnym trudem. Zakręciło mu się w głowie, oparł się ręką o ścianę. Ciągle się asekurując doczłapał do drzwi, pchnął je lekko.

Zobaczył niewielki, otoczony solidnym płotem podwórzec odgradzający dom od ciemnej ściany lasu. Spojrzał na duże, kosmate psy uwiązane do wspólnego palika, szczekały wściekle i szarpały powrozy. Coś było nie tak, Kir ostrożnie cofnął się w głąb domu. Dławił go strach. Co ujrzy za chwilę w furtce? Chcące się zemścić krasnoludy, ścigający go z cesarskim rozkazem strażnicy czy też idący jego tropem odmieńcy?!

Dlaczego wszyscy pragnęli posłać go do piachu, prosto w czułe objęcia Morra ?
Żwir, którym wysypana była ścieżka zachrzęścił pod czyimiś nogami. Kir, szorując plecami o ścianę przeszedł do sąsiedniej izby, na niskim stoliku zobaczył szeroki, traperski nóż. Złapał go chciwie i obrócił w ręku ostrzem do dołu. Sapiąc ciężko wrócił na miejsce przy drzwiach. Czekał.

Schody jęknęły, zaskrzypiały drzwi i na progu stanął Jonatan Ryps. Był ubrudzony w wilgotnej ziemi, w ręku trzymał łopatę. Spojrzał na puste łóżko.
- O cholera- wysapał. Rozejrzał się po izbie, jego wzrok zdradzał zaniepokojenie.
- Wstałeś już? – odetchnął widząc Kira. - Nie powinieneś, słabyś jeszcze, nawet nóż ledwie trzymiesz - ujął go lekko za zdrową rękę, ostrożnie rozbroił i poprowadził do lóżka.
- Połóż się lepiej – doradził.
- Jak łowy? - spytał Kir wystawiając nos ponad skraj skóry.- Co wlazło w wilcze doły?
- Aaa...- stęknął traper.- Szkoda gadać, musiałem grób krasnalowi wykopać. Żal chłopa, ale po kiego grzyba po lesie się włóczył? Przecież krasnoludy i insze gnomy to w ziemi ryją, nie?- spytał spoglądając przez ramie na Kira.- Coś taki blady? Kir, słyszysz mnie? Co ci, gorzej?!
Kir nie słyszał, zapadł się gdzieś w głąb siebie, w ciemną krainę własnych przemyśleń i lęków. Byli tak blisko, może już otoczyli leśny dom? Poczuł jak stryczek zaciska mu się na szyi. Jaki jest widok z wysokości szubienicy? Czy człowiek widzi wtedy cokolwiek?

Kilka razy wspinał się na szafot, ale zawsze wybawiały go koneksje i znajomości brata. Seton skrzętnie kolekcjonował grube haki, kompromitujące listy i dowody machlojek w podziemnym laboratorium, do którego chcieli się włamać byli towarzysze Kira. Było to pokaźne archiwum, zajmujące trzy obszerne izby, setki dokumentów, a każdy z nich był jak morderczy grot w kołczanie łucznika.

Miesiąc temu, kiedy miał jeszcze swobodny dostęp do „biblioteki” Setona, Kir znalazł tam zeznanie pewnego strażnika, spisane prawie dekadę wcześniej, obciążające Emilie o podburzanie tłumów i szkalowanie najwyższych dostojników w państwie. Dokumenty potwierdzone pieczęcią cesarskiego instytutu genealogii i heraldyki, świadczące, że dziadek herr Draugara, fanatycznego strażnika czystości rasy i tępiciela goblinoidów, był półkrwi orkiem! Hadrian sprzeniewierzył pieniądze kultu i Seton miał na to niezbite dowody. Wykupił weksle Garniliusa opiewające na astronomiczne sumy.

Każdy dokument opatrzony był wieloma wiarygodnymi pieczątkami i podpisami, i co gorsza to był prawdziwy!

Ot, kompania! Podżegaczka i paszkwilantka; rozgoryczony, nienawidzący siebie rycerz zakonny; świątynny malwersant; hulaka pozostawiający za sobą długi i...

Było tam także zeznanie pewnego rzeźnika, naocznego świadka gwałtu. Kir pamiętał, jak złamał opór tej dziewczyny, jak przydusił ją do podłogi w starym składzie w dokach Nuln.
...i gwałciciel.
Chciał pozbyć się Setona, rosnący w siłę starszy brat był mu zbyt dużym brzemieniem. Przeszedł do części kryjówki, gdzie przeprowadzał swe eksperymenty ze zwłokami. Pchnął ciężkie, okute brantalami drzwi. Stanął na progu, ściskając w ręku miecz. Zrobił kilka, ostrożnych kroków, omijając zastawione dziwaczną aparaturą stoły.

Seton stał pochylony nad świeżo otwarto trumną. W środku leżały, nietknięte jeszcze rozkładem, męskie zwłoki. Mamrotał coś do siebie i rozkładał dziwacznie wyglądające narzędzia. Kir zamachnął się mieczem!

Starszy brat złowił kątem oka jego ruch! Nie przestraszył się, jakby się tego spodziewał. Kir był pijany i zareagował wolniej, zębate ostrze skalpela przecięło powietrze i zazgrzytało o czoło. Oślepiająca biel zalała lewe oko Kira! Osunął się na kolana, a potem na twarz...

Przeżył, ale musiał uciekać. Seton, korzystając ze swoich wpływów, rozesłał za nim list gończy, w którym oskarżono go o herezje i całą masę innych, równie bezsensownych zbrodni. Od tamtej pory ścigano go, jak zwierzę, po całym Imperium.
Furtka zaskrzypiała cichutko, Kir drgnął jak wyrwany z nieprzyjemnego snu.
- Kto idzie? – zapytał.
Jonatan podszedł do okna i wyjrzał. Uśmiechnął się i rzekł:
- Twoja żoneczka.
Kir uniósł się na łokciu i jeszcze raz próbował wstać. Traper nie powstrzymywał go. Chwycił go za łokieć i podprowadził do drzwi. Dziwny lęk opanował Kira. Co stanie się, gdy Brigid zobaczy jego okropnie oszpecona twarz.

Ujrzeli się. Ukochana szła powoli prowadzona troskliwie przez najmłodszego Rypsa. Biała, lniana sukienka opinała jej duży, brzemienny brzuch. Spojrzała na niego, pobladła, przystanęła na chwilę, po czym, przyśpieszyła kroku. Wyszedł jej naprzeciw. Nie zauważył idących za nią w ślad Hadriana i Garniliusa, poza granicą jego wzroku pozostał zakuty w zbroję Draugar. Widział tylko ją. Wreszcie był w domu! Zrobił kolejny krok, wyciągnął do niej rękę...

Świst! Ciemna strzała, zakończona czerwonymi lotkami, przeszyła łono Brigid. Kobieta padła na kolana, blada, przerażona. Jęknęła! Jej palce zacisnęły się wokół rany. Kir doskoczył do niej, objął w pół, podtrzymał. Spojrzał w kierunku, z którego padł strzał.

Emilia stała w lekkim rozkroku, powoli opuściła, ozdobiony ususzonym wrzosem, łuk. Oparła swoja dłoń na płaskim brzuchu, ciemnym grobie swojego dziecka. Dziecka Kira.
- Nie!!! – krzyknął Kir, patrząc na konającą żonę. Po omacku szukał jej rąk, jej dobrych rąk, które kiedyś go pieściły, Szukał jej ust, gorących, aby raz jeszcze podzieliły się z nim swoim ciepłem. Szukał jej oczu, które patrzyły w jego stronę, ale teraz zaszły mgłą. Tulił jej ciało i głaskał rozrzucone włosy. Ich ubrania nasiąkły krwią a jego serce, nie dającym się wyrazić słowami cierpieniem. Ostatnia nadzieja umarła.

Emilia patrzyła na nich przez łzy, drżały jej kolana i ręce. Kir zawodził i płakał, tak jak tego chciała, ale nie dało jej to najmniejszej satysfakcji.

Przed jej oczyma przebiegał rozmyty korowód wspomnień, najcudowniejszych chwil i najsłodszych obietnic. Słowa były słodyczą w ustach, a okazały się goryczą w brzuchu. Czuła na sobie nienawistne spojrzenie towarzyszy, szli ku niej powoli, w rękach trzymali broń.

Lubię to
 Lubi to 0 osób
 Kliknij, by dołączyć
Zobacz też
Słowa kluczowe: mgły, avalonu, marion, zimmer, bradley, zysk, recenzja

Podobne newsy:

» Krwisty wieczór w Poznaniu
17%
» "Taniec ze smokami" Martina - zwiastun książki
15%
» "Miasto i Miasto" - na półkach już 19 ...
15%
» Steam-owe premiery 11.10.12
14%
» "Miasto i miasto" - dziś premiera
11%
 
Podobne artykuły:

» Fantazyn #6 - recenzja!
22%
» Sierociniec - recenzja filmu!
22%
» The Fall - recenzja!
20%
» Dead Space - recenzja!
20%
» Mass Effect - recenzja!
20%


Dodaj komentarz, użytkowniku niezarejestrowany

Imię:
Mail:

Stolica Polski:



Twój komentarz został dodany!

Kliknij, aby odświeżyć stronę.




Artykuły

Gry komputerowe
Główne Menu

Gry RPG

Polecamy

Patronujemy
Aktywność użytkowników
madda99 zarejestrował się! Witamy!
_bosy skomentował Blood 2: The Chosen - recenzja
_vbn skomentował Mapy Starego Świata
wokthu zarejestrował się! Witamy!
_Azazello Jr skomentował Gdzie diabeł nie mówi dobranoc. "Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow - recenzja
Gabbiszon zarejestrował się! Witamy!
Liskowic zarejestrował się! Witamy!
_Kamila skomentował "Brudnopis", Siergiej Łukjanienko - recenzja

Więcej





0.067 sek