Warhammer >> Opowiadania >> Płatki śniegu

| | A A


Autor: Daniel Nogal
Data dodania: 2007-07-23 23:10:05
Wyświetlenia: 4233

Płatki śniegu

Skrzące się w porannym słońcu płatki śniegu tańczyły na wietrze.

Jedyny gość gospody Pod Zielonym Kurem zaprzestał wpatrywania się weń, słysząc, iż zbliża się ku niemu śniadanie, niesione przez niecodziennie chudego karczmarza.
- Zacny panie, chleb i twaróg, jako prosiliście. I piwo najprzedniejsze.
- Zacny gospodarzu, dziękuję. A skoro już strawę podaliście, bądźcie łaskawi wziąć swą zacną gębę daleko ode mnie, bo czosnkiem parszywie cuchniecie.
- Tak, panie. Jako sobie życzycie. – Karczmarz zdusił w sobie niechęć do gościa, rozmyślając o srebrze otrzymanym z góry. Spokojnie powrócił za szynkwas.

Wtem, zima wprosiła się do gospody (wraz z wiernymi towarzyszami – wichrem i śniegiem), korzystając z otwarcia drzwi przez nowych gości. Dość szczególnych, trzeba przyznać, jak na Zielonego Kura.
- Braciszkowie zakonni, nie łaska szybciej włazić? Całe ciepło z izby ucieka! – zawołał im na przywitanie ten, który do niedawna był jedynym klientem czosnkowego gospodarza.

Czterej zakonnicy spojrzeli na niego. Potem na siebie wzajem. Po chwili, nie wymieniając ni słowa, ruszyli wprost w jego stronę.

Uniósł głowę znad spożywanego posiłku.
- Czym mogę służyć zacnym sigmarytom?
- A możesz służyć, synku, możesz – niemal szeptem odezwał się najstarszy z nich, zgarbiony dziadyga z oczyma jak ze stali. – Reinhold Schwarzstein cię wołają, nieprawdaż?
- Zdarza się czasem. To chyba jeszcze nie grzech?
- Nie, synku, to jeszcze nie. Grzechem byłoby, gdybyś nie zechciał odpowiedzieć na moje kolejne pytanie. A brzmi ono tak: gdzie ukrywa się twój przyjaciel, czarownik Adelbert Hamann?
- Musicie mi w takim razie, ojcze, grzech niewiedzy wybaczyć. Nie znam osoby, o którą zapytujecie.
- Znasz, magiku, oczywiście, że znasz! I powiesz nam o nim! Po dobroci lub nie, jeśli wolisz! – zawołał zakonnik stojący po prawicy staruszka.

Magik odwrócił ku niemu głowę. Przyjrzał się czerwonemu od świętego gniewu obliczu wiejskiego prostaka, którego do zakonu przyjęto chyba przez pomyłkę. Uśmiechnął się tak złośliwie, jak tylko potrafił. A był w tym niezły.
- Ojcze, kogoście tu przywiedli? Na cóż takich od pługa odrywać i w habity przyodziewać?

Oderwany od pługa zareagował natychmiast. Złapał czarodzieja za kubrak i pchnął na ścianę. A że był od niego ze dwa razy potężniejszy, tamten wpadł na nią z łoskotem i osunął się na podłogę.
- Dość! – zawołał starzec, gdy wściekły zakonnik ruszył ze stołkiem w ręku ku sięgającemu po sztylet czarodziejowi. – Dość!

Zydel upadł na podłogę, ostrze wróciło za pas.

- Synku, niepotrzebnie z brata Helmuta kpiłeś. Skory on do gniewu, jak widzisz. Niefortunnie nam się spotkanie ułożyło, więc mam propozycję: gdy tylko przypomnisz sobie coś o Adelbercie, z którym przecież swe sztuki tajemne studiowałeś, świątynię odwiedź i tam nam o tym opowiedz. Czekać będziem ciebie z niecierpliwością. Niech Sigmar ma cię w opiece, synku. Do zobaczenia. Oby rychłego!

Braciszkowie opuścili gospodę, nie doczekawszy się pożegnania.
- Pocałuj się w rzyć, chędożony klecho. A najlepiej Helmuta w rzyć pocałuj – zamruczał pod nosem czarodziej, masując obolałe plecy. – Zacny gospodarzu! Uprzątnijcie tu natychmiast! Stołki powywracane, cóż to za gospoda... I piwa więcej przynieście!

„Srebro, srebro, srebro...”

- Tak, panie. Wedle życzenia.

***

Skrzące się w porannym słońcu płatki śniegu tańczyły na wietrze.

Zadumany Reinhold wyglądał przez okno. Patrzył na przechodzących zaśnieżoną Langen Strasse mieszczan szczelnie okrytych grubym odzieniem, na miejskich strażników marzących o zakończeniu patrolu i na tych nielicznych szczęśliwców, którzy dzięki wierzchowcom sami nie musieli brnąć w śniegu. Takich szczęśliwców, jak jeden z lokalnych szlachciców wraz z eskortą, dwu uzbrojonych po zęby najmitów, czy trzech Templariuszy Białego Wilka...

„Templariusze Białego Wilka?! W Bögenhafen?! Zimą?!” – Schwarzstein wyrwał się z zamyślenia i przysunął twarz bliżej brudnej szyby, by obserwować, gdzie zmierzają ulrykańscy rycerze.

Minęło kilka chwil, które pogłębiły stan zaskoczenia, w jakim znalazł się czarodziej. W tym czasie Templariusze weszli do karczmy i jęli zbliżać się powoli ku Schwarzsteinowi.
- Witajcie, mości Reinholdzie – odezwał się niskim, donośnym głosem jeden z nich, rosły rudzielec z brodą zaplecioną w liczne warkocze.
- Witam, rycerzu znający moje imię. W czym mogę pomóc?
- W spełnieniu mej misji.
- Tak?
- Tak, mości czarodzieju.
- Jakże ja mógłbym wspomóc takich rycerzy w wykonywaniu ich świętych zadań? Sądzę, iż mnie przeceniacie. Jedyne, co zdolny jestem wam zaoferować, to dobra rada, cobyście w innej gospodzie na spoczynek ostali, bo tu jadło kiepskie, a karczmarz czosnkiem okropnie woni.

„Srebro, srebro, srebro...” – myślał ktoś za szynkwasem.

- Nie czas nam jeszcze na spoczynek, mości czarodzieju. Czas nam zadanie wypełniać, w którym pomoc wasza może być wręcz niezbędną. Takoż, uniżenie proszę, byś szedł teraz z nami.

Reinhold miał już na końcu języka odpowiedź, którą nieskromnie uznawał za nieprzeciętnie błyskotliwą. Ale plecy wciąż bolały, a ściana, równie twarda jak wcześniej, była niedaleko za nim. Spojrzał na stojącego naprzeciw wielkiego rudzielca – i na dwu pozostałych, blondyna i łysego, nie mniej potężnych. Jeszcze krótki rzut oka na ciężkie topory i poczuł się przekonany.
- Skoro tak bardzo prosicie, rycerzu, chodźmy.

Wyszli z gospody na zaśnieżoną ulicę. Rudy Templariusz prowadził.

Reinhold intensywnie myślał. Nie wiedział, czy sytuacja jest na tyle poważna, by planować ucieczkę, czy też nie powinien czuć się zagrożony – bo właściwie i czemu? Po dłuższej chwili namysłu odrzucił, przynajmniej na pewien czas, pierwszą możliwość.

Gdy rycerze wprowadzili go w bezludny zaułek pełen brudnych zasp, przyszło mu do głowy, że podjęta niedawno decyzja mogła być najgłupszą w jego życiu. Któż wiedział, czy nie ostatnią.
- Dobrze, Schwarzstein. Przejdźmy do sedna. Przebyliśmy szmat drogi, żeby dorwać człowieka, do którego właśnie ty musisz nas doprowadzić. Nie traćmy więc czasu. Mów, gdzie ukrywa się Adelbert Hamann.
- Jak widać, rycerzu, miałem słuszność, gdy rzekłem wam, iż nie mam jak wspomóc waszej świętej misji. – Reinhold z trudem utrzymywał spokojny, hardy ton.
- Nie kpij czarowniku i nie marnuj naszego czasu. Nazbyt on cenny. Raz jeszcze spytam: gdzie jest Hamann?
- Nie kpię, rycerzu, zaś marnowania czasu sami jesteście sobie winni. Adelberta od lat nie widziałem i nie mam pojęcia czemuż z takim poświęceniem, w środku zimy, go szukacie. Co więcej, nie obchodzi mnie to wcale.
- Drażnisz mnie, Schwarzstein. Cholernie mnie drażnisz. Tak bardzo, że najchętniej tu i teraz rozwaliłbym ci łeb. Ale powiedzmy, iż rzeczywiście nie wiesz, gdzie skrywa się Hamann. W takim razie, dowiedz się jak najszybciej. A my wrócimy, by spytać.
- Dzięki za twą wiarę w mą prawdomówność, łaskawco – sarkazm Reinholda, trzymany dotąd skutecznie na wodzy, zerwał pęta nałożone mu przez instynkt samozachowawczy.

Rudy rycerz nie zdobył się na błyskotliwą kontrę. Miast tego, pchnął szczupłego czarodzieja wprost w wielką zaspę.
- Do zobaczenia, Schwarzstein.

Templariusze odeszli.

Reinhold wyczołgał się z zaspy. Wstał. Strzepnął z odzienia cuchnący podejrzanie śnieg.

- Ja wam wszystkim, kurwa, pokażę.

***

Skrzące się w porannym słońcu płatki śniegu już nie tańczyły na wietrze.

Raz – bo już nie padał śnieg.
Dwa – bo nie było już wiatru.
I trzy – bo było już po południu.

Ubity puch, który zdążył zatracić swą nieskalaną biel, skrzypiał żałośnie pod stopami maszerującego żwawo czarodzieja. Reinhold mijał rozliczne kamienice, wybierał kolejne, coraz węższe uliczki, aż dotarł do malutkiej oberży z nieczytelnym malunkiem na drewnianym szyldzie.
- Łeb Knura. Tak, jestem na miejscu – szepnął sam do siebie, wypuszczając z ust obłok pary, po czym pchnął nędzne drzwi. Ostrożnie, żeby nie przestały działać.

Ze względu na wczesną porę ciemna izba gospody była nieomal pusta. Zważywszy na kategorię gości, jacy zwykle nawiedzają przybytki tej klasy, wcale nie martwiło to czarodzieja.
- Witajcie, gospodarzu.
- Nu. Co dać?
- Piwa nalejcie.
- Nu.

Mały, brudny oberżysta nalał małymi, brudnymi rękoma piwo do kufla. Małego i brudnego.
„Jak za dawnych lat.” – pomyślał z nostalgią Reinhold.
- Przednie, gospodarzu, przednie – pochwalił czarodziej, krzywiąc się nad kwaśnym paskudztwem.
- Nu. Dwa pensy.
- Już, już. Ale powiedzcie mi jeszcze, gospodarzu, czy gościcie tu może mości Adelberta?
- Żadnych izb dla gości nie ma.
- Jak nie ma, to coście tak krzywo na mnie spojrzeli? Oj, gospodarzu, przecież od lat dla Adelberta zawszeście pokoik znaleźli. Wiem, bom u niego nocował niegdyś, nie spamiętaliście?
- Brednie gadacie. Piwo szybko kończcie, bo zamykać i posprzątać muszę.

Kilka chwil później Reinhold stał przed zamkniętą gospodą i wyliczał intrygujące zjawiska, jakie właśnie miały miejsce.

„Gospodarz mnie nie pamiętał – dziwne, acz możliwe. Nie pamiętał Adelberta – bardzo dziwne i bardzo nieprawdopodobne. Zamknął gospodę popołudniu – niecodzienne. Ktoś rzucał zaklęcia w piwnicy – więcej niż niecodzienne...”

Czarodziej ruszył powoli przed siebie.

Nagle przystanął.

- Oberżysta nie upomniał się o zapłatę! Coś tu naprawdę śmierdzi...

***

Przyszli, gdy znużony dumaniem Reinhold właśnie układał się do drzemki. Leżąc w izbie na piętrze Zielonego Kura, bez trudu rozpoznał docierający z dołu donośny głos rudego rycerza. Usłyszał też wyraźnie, iż Templariusze zbliżali się ku schodom.

Nie spodziewał się następnego spotkania tak szybko i nie miał pojęcia, jak się zachować. Przeklął po raz kolejny swoje mierne, jak na razie, magiczne zdolności i zaczął myśleć nad tym, co powiedzieć ulrykanom.

Wtem usłyszał, że rycerze zatrzymali się jeszcze przed drewnianymi stopniami na górę. Zaraz po tym, gdy ktoś wszedł do gospody.
- Witajcie w Bögenhafen, dzielni rycerze Białego Wilka.

Głos, który przerwał trwającą przez dłuższą chwilę ciszę, również był Reinholdowi znany. Ale te słowa, wypowiedziane cicho przez starego zakonnika, dotarły do czarodzieja tylko dlatego, iż nasłuchiwał już przy uchylonych drzwiach.

- Witaj, czcigodny ojcze – zabrzmiał mocny głos Templariusza.
- Zdziwionym niezwykle waszą obecnością. W Bögenhafen. Zimą. W takiej karczmie.
- Cóż, ojcze. Wędrownym rycerzom w różnych miejscach pisane spocząć. Dziwić raczej może, co czcigodni słudzy Sigmara robią w tej gospodzie. – Także i ulrykanin nie przejął się tym, iż właściciel przybytku był świadkiem rozmowy.
- I nam czasem w gardle zaschnie, rycerzu. Nalej piwa, gospodarzu.

Braciszkowie zasiedli nad kuflami. Templariusze spojrzeli po sobie, jednak w chwilę później poszli za ich przykładem.

Zaczajony na piętrze czarodziej wsłuchiwał się w ciszę, która zapadła w jadalnej izbie i wyobrażał sobie spojrzenia wymieniane przez przedstawicielu dwu (jakże sobie niechętnych) kościołów, którzy przypadkiem przyszli nękać go w tym samym czasie. Uznał ten zbieg okoliczności za prezent od kapryśnej fortuny. Postanowił podarunek ów wykorzystać natychmiast, gdyby fortuna miała za chwilę zmienić zdanie.

Zbliżył się do okna i spojrzał w dół, na zaspę pokaźnej wielkości. Nabyta niedawno niechęć do nurzania się w śniegu wprawiła go w chwilową wątpliwość. Lecz tylko chwilową. Zaraz spakował swe rzeczy, zarzucił na plecy sakwę. Wrócił do okna, otworzył je szeroko i jął ostrożnie opuszczać gospodę. Po chwili wisiał już nad zaspą, by następnie wpaść w sam jej środek.

Wygrzebał się ze śniegu, uważnym spojrzeniem zlustrował podwórze.
- Pora wyschnąć w jakiejś lepszej karczmie, w której nie bywa tak szemrane towarzystwo – zwrócił się sam do siebie, jak czasem miał to w zwyczaju.

Skierował swe kroki ku wyjściu na ulicę.

***

Czarodziej stał w zaułku, skryty za dziurawymi beczkami. Właściwie to nie stał, ale kulił się z zimna, mimo kilku warstw wełnianego odzienia.

Przeżywał właśnie chwile zwątpienia. Był coraz bliższy uznania, iż czajenie się nieopodal Knurzego Łba nie przyniesie mu nic, prócz przeziębienia. A na to zdecydowanie nie miał ochoty.

Lecz z drugiej strony, coś musiał zrobić, by dowiedzieć się wreszcie czegokolwiek o tym, co działo się wokół i w co go wmieszano. By znaleźć przyjaciela z młodości i sprawić, żeby paru natrętów dało mu spokój. Przy okazji, licząc na to, że nadarzy się sposobność dania natrętom nauczki.

Łeb Knura był jedynym punktem zaczepienia. Właściwie, nie tyle sama gospoda, co raczej związane z nią wydarzenia sprzed kilku godzin – szczególnie bijąca z piwnic magia. Dokładnie taka, jak ta, którą Reinhold właśnie wyczuwał, choć (zważywszy na pewną odległość od karczmy) znacznie słabiej. To przekonało go, by jednak zostać, mimo mrozu i ciemności, i dalej obserwować wszystkich kręcących się wokół oberży.

Nagle z mroku przeciwległej uliczki wyłoniła się potężna postać. Szła powoli, bacznie się rozglądając. Przystanęła pod kamienicą sąsiadującą z Łbem Knura. Czekała, a skryty nieopodal Schwarzstein przyglądał się jej. Wielce był zaskoczony, gdy w bladym księżycowym blasku rozpoznał człowieka opartego o ścianę czynszówki.

„Templariusz!”

I w rzeczy samej, był to ulrykański rycerz. Tym razem bez topora i okryty grubą opończą, lecz bez wątpienia Templariusz – łysy, jeden z trzech przybyłych ostatnio do Bögenhafen.

Jednak w stan głębszego jeszcze osłupienia wprawiło Reinholda rozpoznanie osoby, która wyszła tylnimi drzwiami karczmy na spotkanie ulrykaninowi. Choć również odziana była całkiem inaczej niż kilka godzin wcześniej.

„Braciszek Helmut!”

Dwaj rośli słudzy zwaśnionych świątyń przyglądali się sobie wzajem przez dłuższą chwilę. Pierwszy przemówił sigmaryta:
- Witaj w Bögenhafen, bracie.
„Bracie?!”
- Witaj.
- Długą drogę przebyłeś, by dotrzeć do mistrza.
„Mistrza?!”
- Bez wątpienia. Długą. I mam nadzieję spotkać go pierwszy, nim dotrą do niego Fritz i Kohler.
- Spotkasz, bracie. Zaraz spotkasz, gdyż uznał, iż można ci ufać. Uważa również, że musi porozmawiać z tobą o pozostałych Templariuszach... Fritzu i Kohlerze, tak? I o pewnym czarowniku. Chodź ze mną.

Sigmaryta i ulrykanin (choć kwestia wyznań stawała się, w świetle zaistniałych przypadków, niezwykle wątpliwą) weszli tylnim wejściem do gospody Pod Łbem Knura.

Czarodziej stał w zaułku głęboko zadziwiony. Po chwili uznał, iż dzienny limit zdarzeń niezwykłych po prostu musiał być już wyczerpany, postanowił więc zasiąść w cieple i pomyśleć. Miał o czym.

***

Obudziło go donośne pukanie do drzwi.

Otworzył oczy. Rozejrzał się po izbie wynajmowanej Pod Zielonym Kurem, do której przez nieszczelne okiennice sączyły się pierwsze promyki zimowego słońca.
- Kto tam?
- Brat Helmut, panie magu. Wpuście mnie, proszę. Porozmawiać chciałem. I przeprosić.
„Tak, jasne!”
- Zaraz, odziać się muszę.

Minęło kilka chwil. Czarodziej odsunął zasuwę, uchylił drzwi i wyjrzał na korytarz.
- Witajcie, panie Schwarzstein – zakonnik, tym razem znów w habicie, przemówił niezwykle grzecznym (jak na chłopa oderwanego od pługa) tonem.
- Witam.
- Wpuścicie mnie do izby, panie?
- Skoro nalegacie, wpuszczę.

Reinhold szerzej otworzył drzwi i odsunął się, robiąc miejsce bratu Helmutowi. Zakonnik powolnym krokiem wszedł do środka.

W pewnej chwili czarodziej dostrzegł coś niepokojącego. Błysk metalu u krańca rękawa porannego gościa. Nie był zaskoczony. Więcej nawet, spodziewał się. I postanowił nie czekać na to, by łże-sigmaryta miał okazję skorzystać ze skrywanego ostrza. Skoczył ku niemu, kierując kolano prosto w krocze. Zakonnik zareagował błyskawicznie. Usunął się, unikając kopnięcia. Wyciągnął sztylet z rękawa i, mając poczucie miażdżącej przewagi, uśmiechnął się paskudnie.

Ale i Reinhold miał już w ręku ostrze, które wsunął za pas, nim wpuścił Helmuta. Stali teraz obaj, czarodziej i zakonnik, z bronią w dłoniach – nadal jednak to poranny gość miał przewagę. Był po prostu znacznie większy.

I to właśnie on zaatakował pierwszy. Wciąż z wrednym uśmieszkiem na obliczu wiejskiego prostaka, rzucił się ku czarodziejowi... I potknął się o stołek, który kopnął mu pod nogi Reinhold. Miast wpaść na Schwarzsteina, Helmut wylądował na ścianie. Utrzymał się na nogach i natychmiast odwrócił. Cóż, prawie natychmiast.

Czarodziej prędkim ruchem wbił ostrze pod żebra zakonnika.

Sztylet z brzękiem upadł na podłogę, braciszek osunął się na kolana. Klęczał przez chwilę, obficie brocząc krwią z boku i z ust. Wreszcie, przewrócił w szkarłatną kałużę.
- I co ja mam, do cholery, teraz z tobą zrobić?!

Reinhold postawił kopnięty niedawno zydel. Usiadł. Zaczął myśleć.

Wstał. Zamknął drzwi. Zasunął zasuwę.

Wrócił do rozmyślań.

***

Ubity śnieg skrzypiał żałośnie pod stopami maszerującego żwawo czarodzieja. Reinhold mijał rozliczne kamienice, wybierał kolejne, coraz węższe uliczki, aż dotarł do malutkiej oberży z nieczytelnym malunkiem na drewnianym szyldzie.

Zapadał zmierzch.

Tymczasem martwy brat Helmut leżał na sienniku w izbie Pod Zielonym Kurem, od stóp do głów okryty kocem – tak, jakby mógł jeszcze zmarznąć...

O dziwo, tego dnia nikt już nie niepokoił czarodzieja. Ani ulrykanie domagający się informacji o Hamannie, ani sigmaryci, którzy spytać mogliby również i o Helmuta. Ale to nie mogło trwać zbyt długo, dlatego Reinhold postanowił o zmroku zacząć działać. Martwy zakonnik w jego izbie stanowił wystarczającą motywację do pośpiechu.

Zbliżający się ku wejściu do Knurzego Łba czarodziej usłyszał, jak ktoś skrada się za nim po zmarzniętym śniegu. Skrada dość nieudolnie. Reinhold postanowił nie wchodzić do oberży. Minął ją i skierował swe kroki ku głównym ulicom Bögenhafen.

W pewnej chwili zdał sobie sprawę, iż popełnił błąd. Pomylił uliczki i znalazł się w takiej, z której nie było drugiego wyjścia. A ktoś się zbliżał... Schwarzstein odwrócił się i zobaczył kroczącego ku niemu powoli, acz zdecydowanie, człowieka, który już wcale się nie skradał. Człowieka potężnego, z pasującym doń jak ulał toporem w ręce.
- Witajcie, rycerzu.

Łysy Templariusz, zamiast odpowiedzieć, przyspieszył kroku.

Reinhold nie zastanawiał się długo, nie było na to czasu. Zaczął inkantować zaklęcie.

Słysząc szepty czarodzieja i widząc jego gesty, rycerz przyspieszył jeszcze bardziej. Zaczął biec.

Reinhold czarował.

Templariusz biegł.

Czarodziej niemal skończył, wykonywał ostatni gest.

Rycerz niemal dobiegł, wznosił ciężki topór.

Z dłoni Reinholda wystrzelił ku Templariuszowi kulisty płomień, w zaułku zrobiło się jasno jak za dnia. Rycerz natychmiast przemienił się w żywą pochodnię i pofrunął do tyłu, pchnięty mocą zaklęcia. Skończył swój żywot nim zdążył wrzasnąć z bólu.

Zwęglone szczątki upadły na śnieg. W powietrze wzbiły się kłęby pary, uliczka wyglądała jak spowita albiońską mgłą.

Lecz czarodziej już tego nie widział. Biegiem oddalał się od miejsca zdarzenia, słysząc nadchodzący patrol miejskiej straży.

***

Reinhold przystanął i oparł się o wilgotną ścianę. Spoglądał na pobliskie drzwi, wypaczone i pełne szczelin, przez które sączyło się blade światło. Myślał o tym, jak właściwie udało mu się tu dostać. Bez wątpienia, miał wiele szczęścia.

Oddalił się z miejsca starcia z Templariuszem, po czym okrężną drogą powrócił Pod Łeb Knura, nie napotykając po drodze strażników. Potem, w gospodzie pełnej najbardziej parszywego elementu miejskiej społeczności, nie został przez nikogo zaczepiony. Nawet wtedy, gdy (korzystając z zamieszania powstałego podczas bójki) zakradł się do kuchennej izby. Stamtąd do spiżarni, następnie do piwnicy, gdzie odnalazł skryte za beczkami małe drzwiczki. A za nimi krótki i wąski korytarz o ociekających wodą, tu i ówdzie pokrytych pleśnią ścianach.

Czarodziej lekko pchnął drzwi. Były otwarte.

Znajdowała się za nimi niewielka piwniczna izba, już na pierwszy rzut oka przywodząca na myśl pracownie alchemiczne, których Reinhold tak wiele w swym krótkim życiu widział. Pełna była szklanych naczyń o przeróżnych, egzotycznych kształtach, wypełnionych kolorowymi płynami; zagadkowych pudełeczek, skrzynek i beczułek; zasuszonych fragmentów roślin i zwierząt...

I zwierzoludzi.

Ich paskudne łby szczerzyły się ze wszystkich stron do nieproszonego gościa, a łapy, szpony i macki wiszące u ścian, wyglądały, jakby chciały sięgnąć ku jego gardłu.

Pośrodku tego wszystkiego stała zakapturzona postać okryta ciemną opończą. Nawet nie odwróciła się w stronę nieproszonego, niewzruszenie pochylając się nad blatem i mieszając coś energicznie.
- Witaj, Reini.
- Witaj, Bert.

Zapadła cisza. Kapturnik wciąż stał odwrócony plecami do czarodzieja.

- Skoro już tu jestem – odezwał się wreszcie Reinhold – może mi powiesz, o co w tym wszystkim chodzi?
- W czym?
- Bert... – Schwarzstein westchnął. – Czemu szukają cię sigmaryci i rycerze z drugiego końca Imperium? Co robisz w tej piwnicy? Czemu mnich i Templariusz gadają o jakimś mistrzu, a potem rzucają się na mnie z nożami i siekierami?
- Jak rozumiem, obaj nie żyją?
- Nie żyją.

Znów cisza.

- Cóż... Wiele pytań zadałeś, Reini. Aż nie wiem od czego zacząć.
- Od początku.
- Od początku? Dobrze – wciąż odwrócony plecami Adelbert zdjął z głowy kaptur.

Reinhold cofnął się o krok. Zamrugał, ale to, co widział, wcale nie było złudzeniem. Dwa niewielkie, jakby kozie rogi wyrastające z głowy Hamanna były jak najbardziej rzeczywiste.
- No widzisz, Reini, to już wiele wyjaśnia, prawda?

Schwarzstein milczał.

- Okropność, nieprawdaż? Zaczęło rosnąć, gdy byłem w Middenheim. Przez długi czas, rzecz jasna, ścierałem je, a to, co zostawało, kryłem pod włosami. Później rogi przestały być największym problemem... Musiałem znaleźć lekarstwa na stałe. I szukałem. W różnych miejscach, u różnych ludzi. Sam wiesz, jak to się kończy, tyle się w młodości nasłuchaliśmy...
- Kultyści?
- Spytałeś retorycznie, prawda? Cóż, oni pomagali mi, a ja im. Dostawałem księgi, rzadkie składniki do mikstur, czego tylko sobie zażyczyłem. A oni dostawali pomoc maga. Właściwie nie obchodziło mnie wiele więcej, poza poszukiwaniem sposobu na pozbycie się tego paskudztwa. Nawet nie wiedziałem, że wciąż zyskiwałem w ich oczach. I nie zdawałem sobie sprawy, jak wielu wrogów narobiłem sobie w Mieście Białego Wilka. Właśnie z tych powodów, któregoś dnia wyekwipowali mnie w sakiewkę wypełnioną złotem i skromną eskortę, po czym wysłali do Bögenhafen. Ach, i zaczęli nazywać mnie mistrzem. Tu miałem zajmować się ich nową, jak zwykli to określać, komórką. Cóż, o zdanie mnie nie pytali, pojechałem.
- Chcesz mi wmówić, że, niemal przypadkiem i bez wiedzy i chęci, zostałeś mistrzem jakiegoś chaosyckiego kultu? Bert...
- Dobrze, może nie do końca bez wiedzy i chęci... Ale to nieważne. Ważne, że zostałem. Że dotarłem do Bögenhafen i zorganizowałem sobie kryjówkę. I że z pomocą kilku sług zjednałem sobie nieco tutejszych mieszkańców. Potem spokojnie mogłem zająć się dalszym poszukiwaniem leku.
- Nieco tutejszych mieszkańców? W tym zakonników Sigmara, tak?
- Jednego zakonnika.
- Więc urządziłeś się tu miło, ale coś zaczęło się sypać. Sigmaryci się wywiedzieli, przypomniano sobie o tobie w Middenheim.
- Zbyt wiele rzadkich manuskryptów i egzotycznych składników płynęło z różnych okolic do Bögenhafen. A później znikało bez śladu... Ja już prawie wiedziałem, jak sobie z tym poradzić, Reini!
- A co na to twoi współtowarzysze? Przecież nie przybyłeś tu, by zająć się sobą na ich koszt.
- I nie tylko sobą się zajmowałem. Wiele tu się działo z moim udziałem. A swoje koszty pokrywałem sam, o to również potrafiłem się zatroszczyć.
- Tak jak i o to, żeby na przyjaciela nasłać zabójców.
- Reini... Nie będę się tłumaczył. Zresztą, nie musiałem nikomu niczego nakazywać. A powstrzymywać nie miałem zamiaru.
- Cóż, oni nie żyją i nie myślę, że to przewidziałeś. Ale przecież pozwoliłeś mi tu dotrzeć. Nawet nie zamknąłeś drzwi. Czemu, Bert?
- Nie przewidziałem, że zginą. Ale chyba... Chyba chciałem, żeby tak było... I chciałem, żebyś tu przyszedł. Bo widzisz, Reini, jak już wspomniałem, naprawdę myślałem, że wiem, jak rozwiązać mój paskudny problem. Lecz to jednak okazało się niemożliwe. Nie ma na to szans, zwodzili mnie inni i sam się zwodziłem. Teraz już straciłem złudzenia. Więc co mam robić? Siedzieć jak rogata maszkara w podziemnej jamie, czekając, aż upoluje mnie jakiś paladyn? Nie przewidziałem, Reini, że zabijesz Helmuta i Jensa i nie przewidziałem, że znajdziesz się tutaj. Ale, do cholery, chciałem tego! I chciałem, żeby było właśnie tak, jak teraz, żebyś stał za mną ze sztyletem, gotów do zadania śmiertelnego ciosu.

Zapadła cisza. Słychać było tylko krople kapiące z sufitu pobliskiego korytarza.

- Zrób to, Reini. Zrób to teraz. Natychmiast!

***

Skrzące się w porannym słońcu płatki śniegu tańczyły na wietrze.
Jedyny gość gospody Pod Zielonym Kurem zaprzestał wpatrywania się weń, słysząc, iż zbliża się ku niemu śniadanie, niesione przez niecodziennie chudego karczmarza.

Gospodarz postawił strawę na stole, po czym oddalił się bez słowa. Ponura i zmęczona twarz czarodzieja przekonywała do milczenia.

Reinhold znów zwrócił głowę w kierunku okna. Ale nie skupiał uwagi na zaśnieżonej ulicy, ani na przechodzących mieszczanach. Nie przyglądał się niczemu. Rozmyślał. Miał za sobą ciężką noc.

Właściwie, powiedziałby ktoś, powinien się cieszyć. Był już po spotkaniach z sigmarytami i ulrykanami, którzy nie mieli powodu, by go dalej dręczyć. Na piętrze nie leżał już trup zakonnika-chaosyty, a sprawa Adelberta była rozwiązana.

Właśnie, sprawa Adelberta. Tego, którego Reinhold znał niemal od dziecka. Tego rudego, piegowatego młodzika, zawsze skorego do najgłupszych żartów. A nieco później, do pochłaniania każdej ilości piwa, kiedy tylko im obu udało wyrwać się spod nadzoru mistrza Wolfganga. Tego Adelberta, z którym Reinhold po raz pierwszy w życiu wybrał się na dziwki.

Tego, któremu wbił w plecy nóż.

Nie mógł inaczej i nie żałował, lecz to wcale nie poprawiało mu grobowego nastroju.

A do tego ten koszmar, który nie dał mu się wyspać. Najgorszy z możliwych koszmarów, bo wcześniej widziany na jawie, później dopiero we śnie.

Twarz Adelberta...

Nie, mimo największych chęci, Reinhold nie mógł nazwać tego twarzą.

Odrażający półzwierzęcy pysk Adelberta...

„Dosyć!”

Czarodziej sięgnął po kufel. Pociągnął kilka potężnych łyków i uznał, iż najwyższa pora zająć się posiłkiem. Ale i tym razem przerwano mu śniadanie.

- Witaj, Schwarzstein – powiedział nowoprzybyły, przysiadając się bez pytania.
- Witaj, Templariuszu. Czego chcesz tym razem? Myślałem, że wszystko sobie wyjaśniliśmy ostatniej nocy.
- Mów mi Kohler. Cóż, może i wyjaśniliśmy, lecz uznałem, że coś należy dodać.
- Tak?
- Tak. Ale przy piwie. Oberżysto!
Po chwili na stole stał drugi kufel i dzban pełen złocistego napitku.
- Więc co chciałeś dodać, Kohler?
- Że porządny z ciebie człowiek, Schwarzstein. Źle cię oceniłem. Porządny, jak na czarownika, oczywiście. – Rudy rycerz uśmiechnął się szeroko.
- Oczywiście. A czy pozwolisz, że i ja coś dodam?
- Śmiało.
- Kawał sukinsyna z ciebie, Kohler. Jak na Templariusza, oczywiście. – Tym razem czarodziej wyszczerzył zęby.

Rycerz wbił groźne spojrzenie w oczy Reinholda... Po czym roześmiał się gromko.

- Schwarzstein, brak mi słów.
- To u ciebie typowe, prawda? Jaka szkoda, że nie ma w gospodzie żadnej zaspy. – Czarodziej nie przestawał się uśmiechać.
- A co, masz ochotę znów ponurzać się w śniegu?
- Nie, ale ciebie z chęcią rzuciłbym w jakąś zaspę. Szkoda, że taki duży urosłeś. To się właśnie nazywa kawał sukinsyna. Jak już wspomniałem.
- Po takich słowach, albo muszę obić ci mordę, albo więcej z tobą wypić.

Reinhold uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Gospodarzu, więcej piwa! – zawołał.
- Słuszna decyzja, Schwarzstein. Jednak zdarza ci się być rozsądnym.

Karczmarz pojawił się z dwoma kolejnymi dzbanami.
- Piwo, jako sobie życzyliście, zacni panowie. – Skłonił się i wrócił za szynkwas.
- Schwarzstein?
- Co?
- Miałeś rację.
- Tak?
- Ten karczmarz okropnie cuchnie czosnkiem.

Tym razem obaj roześmieli się jednocześnie.

„Srebro, srebro, srebro...” – pomyślał ktoś.
Lubię to
 Lubi to 0 osób
 Kliknij, by dołączyć
Zobacz też
Słowa kluczowe: wolsung, rpg, kuźnia, gier, wywiad

Podobne newsy:

» Layout podręcznika Wolsung RPG
80%
» Wolsung RPG - testerzy poszukiwani!
80%
» Wolsungowa tapeta
75%
» Konkursowa Slawia
75%
» Wolsungowe tapety
75%
 
Podobne artykuły:

» Garnek i Lucek o Wolsungu - część 1/2
100%
» Wolsung, The Boardgame - recenzja!
55%
» Wolsung: Magia Wieku Pary - recenzja
55%
» Inwigilacja Luksusowa - recenzja!
44%
» Recenzja "Na sygnale"!
40%


Dodaj komentarz, użytkowniku niezarejestrowany

Imię:
Mail:

Stolica Polski:



Twój komentarz został dodany!

Kliknij, aby odświeżyć stronę.




Artykuły

Gry komputerowe
Główne Menu

Gry RPG

Polecamy

Patronujemy
Aktywność użytkowników
madda99 zarejestrował się! Witamy!
_bosy skomentował Blood 2: The Chosen - recenzja
_vbn skomentował Mapy Starego Świata
wokthu zarejestrował się! Witamy!
_Azazello Jr skomentował Gdzie diabeł nie mówi dobranoc. "Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow - recenzja
Gabbiszon zarejestrował się! Witamy!
Liskowic zarejestrował się! Witamy!
_Kamila skomentował "Brudnopis", Siergiej Łukjanienko - recenzja

Więcej





0.063 sek