Warhammer >> Opowiadania >> Niech opadnie młot!

| | A A


Autor: Piotr Orliński
Data dodania: 2007-07-23 23:15:35
Wyświetlenia: 2870

Niech opadnie młot!

Tupot ciężkich, podkutych żelazem buciorów przebrzmiał i ucichł. Gottlieb przyklejony do chłodnej, popękanej ściany zrujnowanego budynku westchnął z ulgą, ale jeszcze nie odważył się poruszyć. Wciąż bał się, że ścigający go orkowie mogli się rozdzielić i kiedy tylko wystawi głowę ze swojej kryjówki, spadnie na niego cios. Przez chwilę starał się zapanować nad przyspieszonym oddechem łapiąc w płuca rozgrzane letnimi upałami powietrze. Ubranie kleiło mu się do ciała, a na umorusanym czole szkliły się kropelki potu. Czuł potworne zmęczenie i najchętniej położyłby się tutaj gdzie się zatrzymał, i odpoczął chociaż przez chwilę. Wiedział jednak, że nie może sobie na to pozwolić. Pościg mógł w każdej chwili zawrócić i znaleźć go w tej prowizorycznej kryjówce. Musiał się ruszyć i musiał to zrobić szybko. Zastanawiał się, gdzie mógłby uciec, gdzie znalazłby schronienie na zbliżającą się noc. Zdawał sobie sprawę, że nie ma najmniejszych szans, aby wydostać się z miasta i dotrzeć do jednego z otaczających go obozów, które powoli same zaczynały przypominać małe miasteczka. Można w nich było znaleźć niemal wszystko, nie tylko schronienie, ale również strawę i najróżniejsze towary z całego Imperium, a także spoza jego granic, często z tak odległych krain, jak Kitaj, czy Arabia.

W jednej chwili zdecydował, że musi się ruszyć. Z każdą chwilą niebezpieczeństwo, że jego prześladowcy wrócą, wzrastało. W ruchomy cel trudniej trafić i jeśli dopisze mu szczęście, to znajdzie jakieś schronienie gdzieś po drodze. Mordheim oferowało wiele opuszczonych, zrujnowanych budynków, o które ich dawni lokatorzy na pewno się nie upomną. Odkąd miasto zostało niemal w całości zmiecione z powierzchni ziemi przez gniew niebios, które zesłały na nie kometę, można było je określić tylko jako pole bitwy, nieustającej walki każdego dnia o pogrzebane w ruinach skarby, bogactwa i najcenniejszą rzecz, jaką można tu było znaleźć, czyli wyrdstone. Kawałki meteorytu rozrzucone były po całym Mordheim, zagrzebane w zwałach gruzu, ukryte w podziemiach, kanałach, piwnicach domów i rezydencji bogaczy, których tutaj nie brakowało. Teraz działało niczym magnez na wszelkiej maści poszukiwaczy przygód i osobników różnego pochodzenia, którzy liczyli na szybki łup. Ściągali tutaj nie tylko ludzie, ale również przedstawiciele innych ras i kultur, a nawet najgorsze bestie, wysłane z misją zleconą przez ich władców – zdobyć jak największe ilości tajemniczych odłamków komety, których moce nie zostały jeszcze do końca poznane i chyba już nigdy się to nie uda. Każdy miał jakiś cel, każdy wierzył, że w Mordheim odnajdzie to czego szuka i dlatego każdego dnia na ulicach i placach miasta, pośród ruin budynków, pośród powalonych pomników, połamanych drzew, między nagrobkami toczyły się niezliczone potyczki, walki i zwykłe bijatyki.

Gottlieb przemykał ostrożnie wzdłuż naznaczonej pęknięciami ściany budynku, w którym przed chwilą znalazł tymczasowe schronienie. Przybył do Mordheim nieco ponad dwa tygodnie temu i już zdążył się wpakować w nieliche kłopoty i narazić kilku niezbyt przyjemnym typkom, a także bandzie orków noszących na tarczach znak czerwonego półksiężyca. Tutaj każdy szybko uczył się zasad panujących w mieście i jego okolicach. Jeśli ktoś był zbyt oporny na wiedzę na temat niepisanych praw i zwyczajów Mordheim, prędko kończył gdzieś między kamieniami rozpadającego się budynku lub w jakimś cuchnącym rynsztoku. Jemu, jak do tej pory sprzyjało szczęście i dziękował za to wszystkim dobrym bogom spoglądającym na niego z góry. On nie szukał tutaj bogactw. Miał inny cel, na którym zależało mu bardziej niż na garści złotych koron, czy jakichś błyskotkach. Szukał swojego brata, skuszonego tak jak wielu innych sławą i łatwym łupem. Wiedział tylko tyle, że wybrał się on tutaj z grupą kilku podobnych sobie podrostków z różnych części Imperium, którym marzyło się, że staną się częścią historii opowiadanych przy obozowych ogniskach, a przy tym niewyobrażalnie bogaci.

Gottlieb czuł jednak, że nie poszczęściło im się, zresztą tak, jak wielu innym przedtem. Kilka razy miał sny, w których widział swojego brata cierpiącego, który próbował mu coś powiedzieć, ale on nie słyszał jego głosu. Wreszcie postanowił, że może zrobić tylko jedno – wyruszyć do Miasta Przeklętych i odnaleźć brata. To dodawało mu siły i utrzymywało przy życiu. Mocno wierzył, że mu się uda, nawet jeśli cena będzie wysoka. Ale jedyną rzeczą, jaką udało mu się do tej pory znaleźć były kłopoty, w które z każdym dniem pakował się coraz głębiej.

Narobił już sobie kilku wrogów, o co wcale nie było trudno w mieście, gdzie każdy myślał i troszczył się tylko o siebie. Tutaj każdy miał jakiegoś wroga, każdy miał z kimś zatargi, ale wszystko dzięki temu pozostawało w równowadze.

Teraz Gottlieb puścił się biegiem wąska uliczką pomiędzy stojącymi po obu stronach budynkami, które zachowały się w stanie niemal nienaruszonym. Biegł przed siebie w jedyne bezpieczne miejsce, które w tej chwili przychodziło mu do głowy.

***

Niebo miało kolor, jakby je ktoś podpalił; mieniło się czerwienią, żółcią i złotem. Tam, gdzie zachodziło słońce, kolory były najintensywniejsze. Jego ostatnie promienie podświetlały sunące powoli skłębione chmury i nadawały całemu, rozpostartemu w dole wzgórza obozowisku piękna, którego nigdy tam nie było i nigdy nie będzie. Pomiędzy wozami, straganami i namiotami kręcili się ludzie, elfy, krasnoludy, a nawet niziołki; to przy ich ogniskach, co wieczór gromadziły się największe tłumy. Kto jak kto, ale niziołki znają się na gotowaniu lepiej niż krasnoludy na wojaczce, czy elfy na magii. Dla strudzonych całym dniem pracy, miska pożywnej i co najważniejsze smacznej strawy, była ważniejsza niż wszystko inne.

Siedzący na powalonym pniu Wolf Schuster spoglądał na zachód słońca i wszystko, co działo się w dole, poniżej wzgórza, na którym się znajdował. Widział płonące, migotliwe ogniska, przy których gromadził się osoby różnego pochodzenia i różnych profesji. To było jak maleńka oaza spokoju i bezpieczeństwa, niczym ziemia neutralna, na której nie toczy się bojów, nikt na nikogo nie poluje i nie morduje. Dla tych rzeczy przeznaczone było Mordheim, które znajdowało się po drugiej stronie wzgórza, za wypalonym niemal do cna laskiem, gdzie teraz pełno było połamanych i okopconych resztek drzew. Tam jednak wzrok Wolfa nigdy nie kierował się, gdy nadchodziła noc, kiedy miał szansę obejrzeć zachód słońca. Poza tym jego obowiązkiem, jako strażnika, było pilnowanie porządku w obozie, po zapadnięciu zmroku, a ten zbliżał się nieubłaganie.

Słońce zniknęło już za postrzępionym, nierównym horyzontem, a ze wschodu nadciągała powoli ciemność, która wkrótce miała przykryć swoim rozgwieżdżonym płaszczem wszystko dookoła. Wolf powoli podniósł się z leżącego drzewa i nabrał w płuca ciepłe, wieczorne powietrze. Czuć w nim było ogniska, strawę i wszelkie inne obozowe zapachy; ale nawet te, których się nie toleruje miały dla niego znacznie. Po tylu latach spędzonych pośród obozowisk wokół Mordheim, jak i na ulicach Miasta Przeklętych, wszystko to miało dla niego znaczenie, potrafił wyczuć wszystkimi zmysłami, kiedy coś działo się nie tek jak powinno, kiedy zbliżało się jakieś niebezpieczeństwo, a kiedy z kolei można było spać spokojnie, bez obawy o własne życie.

Mordheim było najlepszą szkołą życia, jaką mógł sobie tylko wymarzyć i nie wyobrażał sobie, że mógłby znaleźć się w innym miejscu i robić coś innego, nawet prowadzić spokojne życie, gdzieś na farmie w samym sercu Imperium. To nie było życie dla niego. Ciągła obawa, że każdy następny dzień może się okazać tym ostatnim, że może skończyć gdzieś pomiędzy zrujnowanymi budynkami, albo w opuszczonych kanałach pod Mordheim, wszystko to sprawiało, że czuł pełnię życia, że każdy dzień przeżywał tak, jakby miał być jego ostatnim.

Wąska ścieżka poprowadziła go pomiędzy starymi, nagimi drzewami, które nigdy nie kwitły, w dół wzgórza niemal na sam skraj obozowiska. Pomimo zapadającego zmroku panował tutaj gwar, tak jak w dzień, a miejscami może nawet głośniejszy. Każdy miał gdzieś tutaj swoje lokum, swoje miejsce, do którego wracał, kiedy czuł, że szczęście na ulicach Mordheim chwilowo odwróciło się od niego. W takich momentach lepiej było przeczekać, odzyskać siły, może nawet zwerbować nowych członków do bandy, aby po jakimś czasie wrócić do miasta w poszukiwaniu fortuny. W obozowiskach takich jak to, którego pilnował Wolf i kilku innych strażników, zaczynało się karierę, to stąd wyruszały wszelkie wyprawy do ruin po złoto i wyrdstone’a. To były oazy, do których wracało się aby odpocząć. Tutaj obowiązywało zawieszenie broni i choć zdarzały się przypadki, że dwie wrogi sobie bandy spotykały się w obozie i rozpoczynała się potyczka, to jednak były to wyjątki i większość respektowała „neutralność” obozowisk. Tworzyły się nawet rady obozowe, które miały sprawować pieczę nad przestrzeganiem tych wszystkich praw i zwyczajów, które wydawały się odpowiednie.

Wolf był przedstawicielem takich władz i do jego obowiązków należało kontrolowanie, czy w obozie panuje spokój, a pewnych przypadkach wkraczanie do akcji i zaprowadzanie porządku. Nie była to praca lekka, ale dawała przynajmniej minimum spokoju. Kiedy mężczyzna miał ochotę na większą dawkę emocji, wynajmował swój wysłużony, ale budzący respekt miecz, którejś z band i razem z nią ruszał do Miasta Przeklętych. Z każdym dniem przychodziło mu to jednak coraz ciężej i ostatnimi czasy niechętnie zaciągał się jako najemnik. Wolał spokojnie spędzać czas w obozie i rozstrzygać spory pomiędzy Niziołkami kłócącymi się o miejsce przy stole. Coraz częściej wybierał się na samotne wędrówki po okolicach i chociaż często nie było to najbezpieczniejsze – zwłaszcza, gdy w pobliżu pojawiały się bandy zwierzoludzi, albo zielonoskórych – to podejmował ryzyko. Czasami po prostu chciał być sam, odpocząć od zgiełku i hałasów, tych małych miasteczek, w które powoli zamieniały się obozowiska.

Wreszcie wszedł powoli pomiędzy namioty, drewniane chaty i kryte wozy, między którymi kręcili się ludzie i nieludzie. Był w domu.

***

Czyjaś szorstka, wielka dłoń zakryła mu usta i stłumiła okrzyk przerażenia. Gottlieb targnął się, ale drugie ramię obcego objęło go w pół mocnym uściskiem; poczuł się tak, jakby ktoś ściskał go żelaznymi kleszczami. Tuż przy lewym uchu ktoś wionął mu nieświeżym oddechem, w którym można było wyczuć woń cebuli i podłego alkoholu.

- Nie ruszaj się i ani słowa, jeśli chcesz przeżyć. Mamy towarzystwo.

Kątem oka Gottlieb dostrzegł, jak głowa obcego mężczyzny kiwnęła wskazując brodą coś przed nimi. Młody mężczyzna podążył wzrokiem w kierunku wskazywanym przez obcego. Przez dziurę ziejącą w ścianie budynku, w którym na noc schronił się Gottlieb, w półmroku mglistego poranka poruszały się jakieś postacie. Jednak w ich ruchach było coś nienaturalnego, jakby nie robiły tego z własnej woli, ale wykonywały czyjeś rozkazy. Były jak kukiełki zawieszone na sznurkach; przy każdym ruchu podrygiwały i powłóczyły nogami. Gottlieb widział już wcześniej postacie, które poruszały się w podobny sposób i miał nadzieję, że już nigdy więcej nie będzie ich musiał oglądać, że już nie staną mu na drodze.

Obcy mężczyzna powoli odsłonił usta młodzieńcowi i poluzował chwyt. Gottlieb nabrał w płuca powietrza i wypuścił je najciszej jak tylko potrafił. Mężczyzna przysunął się i kucnął obok niego. Teraz młodzieniec miał możliwość przyjrzeć mu się; mężczyzna miał zmęczoną, nieogoloną twarz, pooraną bruzdami i bliznami, i jedynie głęboko osadzone ciemne oczy błyszczały mu ogniem mimo panującego dookoła półmroku. Ubrany był w znoszone, skórzane spodnie i narzuconą na czarną koszulę przeszywanicę, a przy pasie miał młot bojowy, po którym widać było, że nie służy tylko jako ozdoba.

- Pomożesz mi, a ja pomogę tobie – powiedział szeptem mężczyzna. Gottlieb czuł jego wilgotny oddech tuż przy uchu, ale bał się odsunąć czy choćby poruszyć.

Kolejne pokraczne postacie przesuwały się przed jego oczami rozdzielając powłóczącymi nogami mgłę na długie, wąskie pasma snujące się tuż nad ziemią. Skoro byli tutaj ożywieńcy, gdzieś w pobliżu powinien być kontrolujący ich czarodziej, albo istota o wiele straszniejsza, mająca nad nimi władzę. Gottlieb wzdrygnął się na samą myśl o tym, ale szybko zapanował nad uczuciami, kiedy zobaczył przycupniętego tuż obok mężczyznę, który zachowywał zupełny spokój i nie okazywał żadnych emocji.

- Co zamierzasz zrobić? – zapytał Gottlieb. Miał dziwne przeczucie, że odpowiedź obcego wcale mu się nie spodoba. I nie mylił się.
- To grupa Hansa Zimmermanna, nekromanty z Nuln, którą tropię już od dłuższego czasu – mężczyzna mówił szeptem. – Niejednego udało mi się już ubić, ale widzisz chłopcze z ożywieńcami jest ten problem, że łatwo uzupełnić straty. Dlatego jedynym sposobem jest dorwanie tego, kto ich przywołuje i ożywia. Mam przeczucie, że dzisiaj wreszcie szczęście się do mnie uśmiechnęło i Zimmermann jest tutaj razem ze swoimi sługami. Tylko na nim mi zależy i tylko jego chcę mieć.
- A co to ma wspólnego ze mną? – zdziwił się Gottlieb, a niepokój stopniowo narastał w jego sercu.
- Ty mi w tym pomożesz – odparł mężczyzna. – Sam nie dam sobie rady, a widzę że ty nie jesteś ułomkiem i poradzisz sobie z niejednym. Poza tym widzę, że masz przy sobie miecz i pewnie wiesz jak się nim posługiwać? Pewnie, że wiesz, inaczej nigdy nie zawitałbyś do Mordheim – uśmiechnął się mężczyzna.
- Szukam brata. Tylko po to tutaj jestem.

Obcy zajrzał młodzieńcowi głęboko w oczy, jakby chciał w nich wyczytać, czy to, co przed chwilą powiedział było prawdą, czy zmyśleniem, a potem powiedział:

- Ty pomożesz mi, a ja pomogę tobie. Stary Klaus wie o wielu rzeczach i ma wielu znajomych. Mordheim to mój dom. Razem znajdziemy twojego brata, ale najpierw pomożesz mi pozbyć się tego przeklętego nekromanty. Zgoda?

Gottlieb przez chwilę zastanawiał się nad słowami mężczyzny. Prawdę mówiąc nie miał innego wyjścia, jak wejść z nim w spółkę. Był w Mieście Potępionych od ponad dwóch tygodni i tak naprawdę nie wpadł jeszcze na żaden trop, który choćby w minimalny stopniu przybliżyłby go do odnalezienia brata. Teraz, z pomocą obcego, który twierdził, że doskonale zna Mordheim, miałby przynajmniej jakieś szanse na powodzenie swojej misji.

- Zgoda – powiedział wreszcie. Rzucił jeszcze jedno spojrzenie na mężczyznę, który uśmiechnął się tajemniczo i klepnął młodzieńca w ramię.
- Dobry chłopak z ciebie. Razem damy radę, czuję to w kościach. A teraz łap za miecz, czas zacząć zabawę – po tych słowach wyciągnął zza pasa swój wysłużony młot i mocno uchwycił go obiema dłońmi.

Gottlieb sięgnął po miecz, a jego wzrok skierowany był już w stronę, gdzie człapiące nienaturalnie istoty, które kiedyś były ludźmi, powoli znikały za zrujnowanym murkiem jakiegoś rozsypującego się domu. Czuł, jak zimny pot występuje mu na czoło, jak dłoń zaciśnięta na rękojeści miecza robi się śliska, a w ustach zaczyna brakować śliny. Ale wiedział, co musi zrobić, jeśli nie dla tego obcego mężczyzny, czy dla siebie, to przynajmniej dla swojego brata.

***

Wolf odepchnął na bok jednego z dryblasów starego kowala Schulza i przecisnął się pomiędzy pozostałymi dwoma i resztą cisnących się ze wszystkich stron gapiów. Gdyby to zrobił ktoś inny w te samej chwili leżałby na ziemi żałując, że w ogóle przyszło mu do głowy rodzić się. Ale Wolf znał tutaj każdego, kto przebywał w obozie dłużej niż tydzień, a większość stałych mieszkańców traktowała go niemal jak członka rodziny. Dlatego, gdy wielkolud Schulz zatoczył się do tyłu, a miecz strażnika ze zgrzytem wysunął się z pochwy, reszta całkiem sporego tłumu rozstąpiła się potulnie, chociaż Wolf wolałby, żeby wszyscy zniknęli zupełnie.

Po środku tłumu leżała na ziemi stara, pomarszczona i powykręcana przez reumatyzm kobieta, którą Wolf rozpoznał od razu, jako wiedźmę Margarit. Nie podobało mu się określenie „wiedźma”, ale wszyscy w obozie tak o niej mówili, a ona nigdy nie protestowała. Zajmowała się przygotowywaniem leczniczych ziół dla wszystkich, którzy wierzyli w działanie takich specyfików, opiekowała się również chorymi zwierzętami, a czasem nawet odbierała porody, co było nie lada wydarzeniem w okolicach Mordheim. Jednym słowem nigdy nikomu nie przeszkadzała i nie wadziła. Teraz zaś leżała na ziemi, umorusana i potargana, w swoich zwykłych zniszczonych ubraniach, na które składała się sukienka wykonana chyba z parcianego worka oraz leżąca teraz tuż obok kobiety chusta o wyblakłych kolorach. Na jej szarej twarzy Wolf dostrzegł wielkiego siniaka. Z wściekłością obrócił się dookoła mierząc wszystkich zebranych wzrokiem, który ciął skuteczniej niż jego wysłużony miecz. Zgromadzeni z trwogą zrobili jeszcze jeden krok do tyłu, odwracali oczy i większość z nich udawała, że ich tutaj nie ma, albo że znaleźli się tutaj zupełnie przypadkiem. Ale Wolf nie wierzył w takie przypadki, znał na tyle dobrze tych wszystkich ludzi, że wiedział, co tak naprawdę ich tutaj sprowadziło i czemu wyciągnęli starą, schorowaną kobietę z jej nędznego szałasu. Wiedział, że to nie mógł być ich pomysł i że gdzieś wśród tych twarzy znajduje się przynajmniej jedna obca, ta która jest odpowiedzialna za podjudzenie tłumu, za posianie ziarna niepewności, zwątpienia i nienawiści do wszystkiego co obce i niezrozumiałe. Ktoś taki zawsze czerpał przyjemność z obserwowania, jak tłum potrafi w jednej chwili odwrócić się plecami do kogoś, kogo zna i szanuje, aby go znienawidzić.

Większość twarzy była znajoma, część z nich Wolf znał lepiej, część widział po raz drugi czy trzeci, ale dostrzegł też kogoś, kto był tutaj zupełnie nowy. Młoda kobieta o ostrych rysach twarzy i długich, czarnych włosach opadających swobodnie na ramiona, ubrana w skórzany kubraczek, obcisłe spodnie i wysoki jeździeckie buty. Ponad prawym ramieniem sterczała rękojeść zakrzywionej, przewieszonej przez plecy szabli. Tylko ona, jako jedyna osoba spośród całej tej tłuszczy nie spuściła wzroku i wytrzymała spojrzenie strażnika. W jej oczach nie było strachu czy obawy, ale pewność siebie, a nawet rodzaj buty. Zgromadzeni zauważyli, że Wolf przypatruje się kobiecie i ostrożnie rozsunęli się tak, że po chwili została ona sama. Stała z rękami skrzyżowanymi na piersi i wyzywająco patrzyła na strażnika.

Wolf schował miecz do pochwy i powoli podszedł do niej. Część ze zgromadzonych zaczęła się rozchodzić do swoich zajęć. Strażnik zatrzymał się o kilka kroków od kobiety i nie spuszczając z niej wzroku zawołał do pozostałych gapiów, rozkazującym tonem:

- Wracajcie do swoich zajęć. Nikt nie będzie wymierzał samosądów, kiedy ja jestem na służbie. Macie szczęście, że trafiliście na kogoś takiego, jak ja, a nie jakiegoś bardziej popędliwego. Rozejść się!

Tłum zaszemrał, ale ruszył się, najpierw powoli i z ociąganiem, ale po chwili już nikogo nie było, pozostał tylko Wolf i dwie kobiety – jedna leżąca na ziemi, a druga stojąca przed nim. Strażnik nie mógł nie zauważyć, że stojąca przed nim kobieta jest niesamowicie piękna ze swoimi połyskującymi włosami i piwnymi oczami. W kąciku pełnych, kształtnych ust igrał uśmieszek, który w innych okolicznościach pewnie byłby zachętą do czegoś więcej, ale teraz działał na niekorzyść kobiety. Zamiast niego Wolf widział naigrywanie się z jego postępowania i rodzaj pogardy.

- Lepiej, żebyś miał coś na swoje usprawiedliwienie – powiedział strażnik, po czym wskazując na leżącą za jego plecami Margarit, dodał. – Nie pozwolę, żeby takie rzeczy działy się w obozie, gdzie ja jestem strażnikiem. Nie wiem kim jesteś, ale jeśli chcesz podburzać tłum i zwracać jednych przeciwko drugim, to powinnaś jak najszybciej stąd odejść. Bo ja nie pozwolę na takie zachowanie.
Kobieta przestąpiła z nogi na nogę i nie spuszczając wzroku z mężczyzny odparła dźwięcznym głosem, w którym słychać jednak było, że nie lubi kiedy ktoś zwraca się do niej w ten sposób, albo sprzeciwia się jej.

- Jestem Andrea Wellenstein i to, gdzie się zatrzymuję, na jak długo i co robię, jest moją prywatną sprawą, panie strażniku.
- Nie wydaje mi się, żeby to, co się tutaj odbywało było twoją prywatną sprawą, skoro zaangażowało się w to tak wiele osób – rzekł Wolf. Zaczynał mieć dość tej panienki i sposobu w jaki się do niego odnosiła. Czuł się przy niej jak ktoś z najniższych warstw społeczeństwa stojący przed obliczem samego imperatora. – Jeśli Margarit zrobiła coś nie tak, to powinna się tym zająć rada obozowa, a nie osoba z zewnątrz.
- Nie wiesz z czym masz do czynienia, strażniku – przerwała mu Andrea. – Ta kobieta jest czarownicą. Praktykuje zakazaną magię i kontaktuje się z siłami ciemności, o których pewnie nie masz zielonego pojęcia. Ale uwierz mi, lepiej dla ciebie będzie, jeśli dasz mi wolną rękę i przestaniesz przeszkadzać.

W jej słodkim głosie zabrzmiała groźba, tym mocniejsza, że kobieta była przekonana i wierzyła w to, co mówiła. Wolf zawahał się słysząc ton jej głosu. Ostrożnie obejrzał się na starą kobietę, która podniosła się z trudem z ziemi i spoglądała na nich swoimi zapadniętymi, błyszczącymi oczami.

- Margarit żyje w tym obozie odkąd tylko pamiętam i nigdy nikomu nie wyrządziła krzywdy. Wręcz przeciwnie. Pomogła tylu osobom, że bez jej opieki, ziół i lekarstw, pewnie nikogo by już tutaj od dawna nie było. A co do ciebie, panienko, to lepiej będzie, jeśli pójdziesz ze mną i wszystko mi opowiesz. Nie chcę podejmować pochopnych decyzji, tak jak ci nieszczęśni ludzie, którzy cię posłuchali i zrobili całe to przedstawienie – powiedział Wolf. Jego zaciśnięta na rękojeści miecza dłoń była dość czytelnym znakiem, że odmowa nie wchodzi w grę.

***

Gottlieb z obrzydzeniem odepchnął nogą martwe ciało ożywieńca, którego przed chwilą przebił na wylot mieczem. Rozkładające się zwłoki opadły na wilgotną od cuchnącej posoki ziemię tuż obok innych bezwładnych ciał. Jego przypadkowy towarzysz Klaus stał tuż obok, ciężko łapiąc oddech. Na jego czole perlił się pot, a policzki płonęły czerwienią. Walka nie była długa, ale męcząca. Zombie nie stanowili specjalnego zagrożenia dla kogoś, kto wiedział jak posługiwać się bronią, a zaskoczenie zadziałało jeszcze na korzyść dwóch mężczyzn. Nawet nekromanta, który ukrywał się pośród swoich podwładnych był tak zaskoczony tym nagłym atakiem, że nie zdążył zareagować, nie miał chwili czasu na przygotowanie czaru, który w jakikolwiek sposób pomógłby mu.

Młodzieniec dziękował bogom, że nie doszło do użycia magii. Nie cierpiał wszelkiej maści magików i nie miał zaufania do ich sztuki. A kiedy przychodziło do konfrontacji z kimś, kto posługuje się zakazaną magią i igra z mocami, których żaden człowiek nie jest w stanie pojąć, czuł się zupełnie bezradny. Dlatego był wdzięczny, że miał przy boku doświadczonego łowcę czarownic, który wiedział niejedno o wszelkiej maści czarodziejach i ich sztuczkach, i co najważniejsze, potrafił się przed nimi skutecznie bronić.

Teraz Klaus stał nad nekromantą na szeroko rozstawionych nogach i spoglądał na niego z góry. W jego płonęły ogniki podniecenia. Po tylu miesiącach poszukiwań i łowów w końcu udało mu się dopaść czarnoksiężnika. Teraz miał go na swojej łasce i nie pozwoli mu ujść z tego cało. Potrzebował go jednak na razie, żeby dowiedzieć się, czy przypadkiem Zimmermann nie pracował dla kogoś innego, czy nie był po prostu zwyczajną marionetką w rękach istot potężniejszych i dysponujących o wiele potężniejszymi mocami, niż zwyczajni ludzie parający się magią, którzy, aby w ogóle poznać jej tajniki, muszą poświęcić długi lata żmudnej pracy.

Wampiry, o których krążyły niezliczone opowieści, często wysyłały swoje sługi do Miasta Potępionych, aby zdobywać wyrdstone’a. Te pełne tajemnych mocy kamienie były najbardziej pożądaną rzeczą, która dawała niesamowitą potęgę, pod warunkiem, że wiedziało się jak z niej skorzystać i ukierunkować. A „dzieci nocy” poznały sekrety, o których ludzkim czarodziejom tylko się śniło.

- Zbliża się twój koniec, Zimmermann – warknął Klaus. Jego młot kołysał się tuż przed twarzą leżącego na ziemi nekromanty, który nie ośmielił się nawet poruszyć. – Nie ocalisz już swojego ciała, o nie, ale możesz jeszcze uratować swoją duszę. Wystarczy, że powiesz mi komu służyłeś. Wyznaj mi to i nie pozwól, aby twoja śmierć była bezcelowa.

Gottlieb dostrzegł, jak na bladej, wychudłej twarzy czarodzieja pojawił się grymas trwogi, jak jego ciało wydawało się kurczyć, a długie palce macały podłoże, jakby w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby go ocalić. Również młodzieniec zbliżył się do nekromanty z mieczem w dłoni. Zimmermann nerwowo spojrzał na niego, a jego oczy błysnęły. Wydawało się, jakby zobaczył kogoś, kogo nie spodziewał się spotkać w takim miejscu i takich okolicznościach. Również Klaus dostrzegł reakcję nekromanty. Szturchnięciem nogą zwrócił jego uwagę na siebie i zapytał:

- Coś się stało? Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha.
- Widziałeś mojego brata? – krzyknął Gottlieb, któremu przyszła właśnie do głowy szalona myśl i postanowił się jej uchwycić. – Odpowiadaj, nekromanto, albo posmakujesz stali! – ostrze jego miecza dotknęło nagiej szyi leżącego mężczyzny, po której po chwili pociekła wąska stróżka ciemnej krwi.

Zimmermann znieruchomiał i spoglądał to na jednego, to znów na drugiego mężczyznę. Wiedział, że nie ma najmniejszych szans na atak, czy wykonanie jakiejkolwiek akcji, która ocaliłaby mu życie. Musiał grać na zwlokę i liczyć na to, że dzięki temu młodemu człowiekowi, który pytał o swojego brata, uda mu się zyskać na czasie, a może nawet ocalić życie.

- Widziałem kogoś podobnego do ciebie – powiedział drżącym głosem czarodziej. Z trudem przełknął ślinę i kontynuował. – Kilka dni temu, przy południowej bramie dopadliśmy bandę jakichś nowicjuszy, którzy w ogóle nie byli przygotowani na nasz atak.
- Zupełnie jak ty dzisiaj, co? – uśmiechnął się Klaus.
- Gdzie jest mój brat! – Gottlieb robił się coraz bardziej nerwowy.
- Większość z nich wycięliśmy, ale kilku zostało przy życiu, między innymi ten podobny do ciebie – odpowiedział Zimmermann. – Nasza pani chciała kilku żywych.
- Wasza pani? O kim mówisz?
- Mówię o lady Katrinie Mallendorf – słowa zabrzmiały niczym syk węża, a błysk w oczach czarnoksiężnika stał się jeszcze bardziej intensywny, jakby imię, które wymówił dodało mu siły. – Nasza pani lubi świeżą krew – dodał z satysfakcją widząc wyrazy twarzy obu mężczyzn.
- Wampirzyca – jęknął cicho Klaus, jego oblicze wyraźnie poszarzało.

Gottlieb przestąpił nerwowo z nogi na nogę. W jednej chwili zrobiło mu się chłodno pomimo ciepłego poranka, który zwiastował naprawdę pogodny i upalny dzień. Jeśli było coś, czego nie lubił bardziej niż magii, były to z pewnością wszelkiego rodzaju istoty nadprzyrodzone, których nie można było nazwać ludźmi. Miał przeczucie, że jego brat wpakował się w naprawdę poważne kłopoty i że potrzebuje jego pomocy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, ale gdzieś w głębi serca Gottlieb czuł, że jeszcze nie jest za późno i że jeszcze może go ocalić przed losem gorszym niż śmierć.

- Co z moim bratem? – zapytał drżącym głosem młodzieniec.
- Kiedy widziałem go po raz ostatni, jeszcze żył – nekromanta wykorzystał chwilę, aby nieco się odsunąć od obu mężczyzn, ale zamarł z szelmowskim uśmiechem na ustach, kiedy ostrze miecza ponownie znalazło się przy jego gardle. – Od tego czasu minęły przynajmniej trzy dni. Nie wiem, co się z nim dzieje teraz. Przysięgam.
- Gdzie jest legowisko twojej pani, Zimmermann? – Klaus kucnął tuż obok leżącego nekromanty. Mocno uchwycił jego szatę i docisnął go do ziemi. – Lepiej będzie dla ciebie, jeśli mi to powiesz, zaoszczędzisz sobie niepotrzebnych cierpień, a uwierz mi, potrafię wymyślić naprawdę ciekawe sposoby na zakończenie czyjegoś życia.

Uśmiech zniknął z ust czarownika. Wiedział, że przegrał i że nawet atut jakim była osoba brata młodszego z mężczyzn, na niewiele mu się teraz przyda. Musiał teraz grać na zwłokę i jak najdłużej odwlekać to, co wydawało się już nieuniknione. Tylko on znał drogę do siedziby lady Katriny i tylko on mógł dostać się tam bez problemów. Jeśli chcieli dopaść jego panią, on był jedyną osobą, która mogła ich do niej zaprowadzić.
- Zaprowadzę was do niej – rzekł wreszcie Zimmermann. – Zaprowadzę was.

***

Mimo, że kobiecie udało się przekonać do swojego postępowania całą radę obozu, to Wolf nadal jej nie ufał, a przynajmniej nie ufał jej do samego końca. Andrea okazała się być łowcą czarownic, która przybyła do Mordheim na łowy. Jej celem była wampirzyca, która od kilku lat ciągle wymykała się łowczyni, myliła tropy, zostawiała fałszywe ślady. Ale teraz, po kilku miesiącach poszukiwań, tutaj w ruinach Miasta Potępionych, wreszcie odnalazła to, czego szukała. Ślad był wyraźny i nie mogło być wątpliwości, że znalazła tą istotę, której tak długo szukała. Z informacji, które Andrea przekazała radzie, a o których nikt wcześniej nie poinformował strażnika, stara Margarit od jakiegoś czasu kontaktowała się z wampirzycą i udzielała jej pomocy. Najgorsze w całej tej sytuacji było jednak nie to, że łowczyni czarownic działała za jego plecami, ale że nie był świadomy, że nie wyczuł, jak stara wiedźma utrzymuje kontakty z taką istotą. Przez cały czas Wolfowi zdawało się, że we o wszystkich sprawach dziejących się w obozie, a często i poza jego granicami, że wie kto obecnie stanowi najsilniejszą grupę w Mordheim. A pomimo to nie wiedział, co działo się niemal pod samym jego nosem.

Strażnik był na siebie zły. Kiedy opuszczali wraz z Andreą obozowisko w drodze do miasta, czuł na plecach spojrzenia osób, które poprzedniego dnia odganiał od starej Margarit. Przez głowę przemknęła mu myśl, że może jednak nadszedł najwyższy czas i trzeba pożegnać się z Mordheim, poszukać innego miejsca, gdzie mógłby wykorzystać swoje umiejętności. W tych ponurych czasach nie było wcale trudno znaleźć zajęcie dla miecza, zwłaszcza jeśli posługiwało się nim z wprawą. Tutaj jego reputacja nieco się pogorszyła i wiedział, że nieprędko ją odbuduje. Miał tylko nadzieję, że teraz, kiedy zdecydował się towarzyszyć łowczyni czarownic w jej polowaniu na wampirzycę, ludzie przynajmniej na jakiś czas zapomną o tym, co zrobił, jak się ośmieszył.

Andrea wyciągnęła ze starej wiedźmy wszelkie potrzebne jej informacje i miała już przygotowany plan działania. Wiedziała, gdzie w ruinach Miasta Przeklętych znajduje się siedziba wampirzycy i czego się spodziewać. Mimo młodego wieku wykazywała zdumiewającą wiedzę na temat tych nadprzyrodzonych istot, ich zwyczajów i słabych punktów. To miało dać im nie tyle przewagę, co raczej cień szansy w walce z potworem.

Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy postawili pierwsze kroki w Mordheim.

***

- Księżyc jest w pełni – zauważył Klaus spoglądając w bezchmurne, granatowe niebo. – Z jednej strony to dobrze, bo nie będziemy potrzebowali pochodni i nie zostaniemy zbyt szybko wykryci. Z drugiej jednak, podczas pełni wampiry dysponują większą mocą i są silniejsze. Będziemy musieli działać szybko i zdecydowanie, nie możemy sobie pozwolić choćby na odrobię zwłoki. Inaczej marnie skończymy.

Gottlieb również spojrzał na lśniący jasno księżyc, który stał wysoko na niebie rzucając w dół blade światło. Stojące dookoła budynki wyznaczające kiedyś uczęszczaną ulicę odcinały się czernią na tle nieba, ich cienie kładły się przed dwoma mężczyznami i nadawał wszystkiemu upiornego wyglądu. Większość z budynków w ogóle nie miała dachów, a część była pozbawiona również ścian. Tu i ówdzie na drodze leżały sterty gruzu, nie wszystkie uprzątnięte i zgarnięte w jedno miejsce.

Droga nie była łatwa. W Mordheim nie było łatwych i bezpiecznych dróg, ale kiedy szło się zapolować na wampira wszystko stawało się wielokrotnie trudniejsze i nawet zwykła sterta kamieni mogła okazać się śmiertelną pułapką, za którą mogli ukrywać się przeciwnicy.

- Jesteśmy już blisko – powiedział szeptem Zimmermann. Przez cały czas szedł przed dwoma mężczyznami z rękami skrępowanymi na plecach i z powrozem na szyi. – Widzicie tamtą pochyłą wieżyczkę na budynku przed nami – wskazał kiwnięciem głowy duży dom stojący w pewnym oddaleniu od pozostałych budynków. – To jest kryjówka lady Katriny. Znajdziecie ją w środku, ale na waszym miejscu w ogóle bym tam nie wchodził. Nie uda wam się jej zaskoczyć, nie teraz kiedy jest pełnia, nie na jej terytorium – nekromanta umilkł powalony na ziemię kopniakiem wymierzonym przez Klausa.
- Zamknij się, Zimmermann – warknął mężczyzna i pociągnął za sznur. Nekromanta zacharczał, zakrztusił się własną śliną i potoczył po ziemi. – Teraz już nie jesteś nam do niczego potrzebny, przeklęty magiku. Masz szczęście, że ta suka jeszcze żyje. Najpierw skończę z nią, a dopiero później zajmę się tobą.

Klaus podszedł do leżącego czarnoksiężnika, który z trudem próbował złapać oddech, co nie było wcale takie proste, zważywszy na fakt, że leżał z twarzą skierowaną ku ziemi. Mężczyzna pochylił się nad nim i zamachnął się ręką ubraną w czarną, skórzaną, nabijaną ćwiekami rękawicę. Gottlieb usłyszał głuche uderzenie, kiedy pięść z mocą opadła na głowę nekromanty. Zimmermann jęknął krótko i stracił przytomność. Po chwili leżał ze związanymi rękami i nogami oraz z kneblem w ustach. Dwaj mężczyźni wspólnymi siłami przywiązali go dodatkowo do jakiejś drewnianej belki sterczącej z kupki gruzu – jedynej pozostałości po ścianie budynku, który tutaj kiedyś stał.

- Na razie mamy go z głowy – powiedział lekko zziajany Klaus. – Teraz możemy zająć się tym, po co tu tak naprawdę przyszliśmy. Nie możemy pozwolić, żeby wampirzyca się nam wymknęła. To może być jedyna szansa na unicestwienie tej istoty i nie możemy jej zaprzepaścić. Wiem, że chcesz ocalić brata, jeśli oczywiście jeszcze żyje, ale aby to zrobić musimy pokonać wampirzycę. Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?

- Tak – odparł Gottlieb. Doskonale wiedział, co trzeba zrobić. Bał się jednak, że przybył za późno i że jedyne co mógł jeszcze zrobić dla brata, to pożegnać go i pochować w godny zmarłego sposób. – Zróbmy to.

Widział jak oczy Klausa uśmiechnęły się w świetle księżyca. Był to uśmiech osoby, która doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że mogą to być jej ostatnie chwile na tym świecie, a mimo to nie traci wiary w powodzenie przedsięwzięcia.

- Ruszajmy – skinął na młodzieńca. – Tym nędznikiem zajmiemy się później – dodał i szturchnął nogą nieprzytomne ciało nekromanty.

***

Nie był to zwyczajny dom, jakich pełno było w Mordheim przed uderzeniem komety, ale raczej dworek, otoczony murem, z bramą z metalowych prętów, której jedno skrzydło leżało teraz na ziemi, a drugie smętnie zwisało na jednym, dolnym zawiasie. Do samego budynku prowadził wysypany żwirem szeroki podjazd, w którym odciśnięte były świeże ślady kół powozu. Księżyc wisiał niemal nad samą posiadłością, nadając jej upiornego wyglądu. We wszystkich oknach panował zupełne ciemności i wyglądało na to, że posiadłość jest zupełnie opustoszała. Jednak Andrea twierdziła, że wiedźma Margarit nie kłamała i że w środku ukrywa się wampirzyca. Wolf nie miał innego wyjścia, jak tylko uwierzyć w słowa łowczyni.

Skradali się ostrożnie wzdłuż muru, a w miejscu gdzie przy budynku sterczały z ziemi uschnięte krzaki i kilka połamanych drzew, skręcili i skierowali się prosto w stronę głównego wejścia. Kiedy byli niemal przy samy dworku, gdzieś spomiędzy otwartych na oścież, powiewających strzępami firanek okien, wystrzeliły w noc nietoperze i przemknęły chaotycznie nad dziedzińcem posiadłości, aby zniknąć daleko w mieście.

- Wcale mi się to nie podoba – szepnął Wolf. Miecz w jego dłoni wydał mu się niesamowicie ciężki i nieporęczny.
- Nikt ci nie kazał tutaj przyłazić ze mną – warknęła również szeptem Andrea. – prawdę mówiąc wolałabym, żebyś w ogóle ze mną nie szedł. Będziesz mi tylko przeszkadzał. Zawsze pracuję sama. Nie wiem czemu się na to zgodziłam.
- Może dlatego, że nie miałaś innego wyjścia – odparł strażnik. – Ty wiesz jak się rozprawić z wampirem, a ja znam Mordheim. Gdyby nie ja nigdy byś tutaj nie trafiła.
- W porządku, rozumiem – burknęła nieco już poirytowana kobieta. Powoli miała dość przedłużającej się rozmowy, która nie prowadziła do niczego. – Jesteśmy sobie potrzebni. Ale teraz musimy zachować szczególną ostrożność. Polowanie na wampira to nie zwyczajne podchody. Łatwiej upolować smoka niż taką istotę. Uwierz mi. Dlatego rób, co ci powiem, a może dożyjemy poranka.
- Miejmy nadzieję – westchnął Wolf i poprawił uchwyt na rękojeści miecza.

Ruszyli dalej posuwając się wzdłuż ściany budynku. I wtedy nagle nocne powietrze i głuchą ciszę nad Miastem Potępionych rozdarł potworny, rozedrgany krzyk. Było w nim słychać nie tylko ból, ale przede wszystkim przerażenie i niewyobrażalną grozę. Krzyk trwał i świdrował uszy łowców. Andrea puściła się biegiem w stronę wejścia do dworku, a Wolf cedząc niezrozumiałe przekleństwa biegł za nią.

Kiedy wpadli do środka pogrążonego w niemal zupełnych ciemnościach ogromnego holu, krzyk wzniósł się jeszcze bardziej w górę, zawirował i ucichł. Przed sobą mieli rozległą przestrzeń z niknącym gdzieś wysoko w górze sufitem. Po obu stronach znajdowały się schody prowadzące na górę, gdzie była otoczona barierką galeria. Przez chwilę stali zdezorientowani i nerwowo rozglądali się na wszystkie strony szukając jakiejś wskazówki, która pomogłaby im określić skąd dochodził krzyk, który przed chwilą słyszeli.

W tej samej chwili z góry, tam gdzie po środku galerii znajdowały się dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do pokoi na piętrze, dały się słyszeć czyjeś szybkie kroki, które w momencie umilkły. A potem drzwi eksplodowały i razem z resztkami barierki oraz ciałem mężczyzny przeleciały w powietrzu i opadły na ziemię kilka stóp od pary łowców. W dziurze po drzwiach pojawiła się bladolica piękność o ostrych rysach twarzy, które wyraźnie odznaczały się w ciemności. Jej długa, sięgająca ziemi suknia poruszała się przy każdym kroku. Kiedy kobieta dostrzegła dwie stojące na dole postacie z jej płuc wyrwał się warkot, jakby wcale nie była istotą ludzką, ale jakimś dzikim zwierzęciem.

- To ona! – krzyknęła Andrea. – Nie pozwól jej uciec, Wolf!

I niemal w tej samej chwili kobieta biegła już w stronę schodów i zaczęła się po nich wpinać na górę. Ale wampirzyca syknęła tylko i jednym miękkim, pełnym gracji skokiem znalazła się na dole, tuż obok ciała mężczyzny, który leżał pośród resztek drzwi i barierki z szeroko rozrzuconymi ramionami. W prawej dłoni wciąż ściskał młot, tak jakby miał go przyrośnięty do niej.

Dzika piękność otworzyła usta, w których błysnęły idealnie białe, długie kły. Jakaś dziwna moc odepchnęła Wolfa do tyłu i zachwiała nim. Z trudem udało mu się zachować równowagę, ale nie przez to nie był w stanie zaatakować, czy zrobić cokolwiek innego. Przeżył na tym świecie niejedną wiosnę i widział wiele naprawdę okropnych rzeczy, ale w tej chwili strach zupełnie zawładnął jego ciałem i kompletnie go sparaliżował. Słyszał krzyk łowczyni czarownic dobiegający gdzieś z połowy schodów, która już zawróciła i biegła w dół, ale nie potrafił rozróżnić słów. Stał wpatrzony w hipnotyzujące, wielkie, piękne oczy wampirzycy, które przypominały bezdenną studnię, w której chciałoby się utonąć. Tak też się czuł, jakby się zapadał coraz głębiej i głębiej.

Wampirzyca zbliżała się do niego, nie poruszała przy tym nogami i wyglądało to tak, jakby płynęła w powietrzu podczas gdy cały świat się zatrzymał. Andrea krzyknęła jeszcze raz. Wiedziała, że nie zdąży i że jedyną szansą na ocalenie dla strażnika będzie wyrwanie go spod hipnotycznego działania wampirzego spojrzenia.

Wtedy jednak stało się coś niespodziewanego. Leżący do tej pory mężczyzna podniósł się z głośnym stęknięciem. Kawałki drzwi opadły z niego na ziemię, a on odwrócił się i zamachnął swoim młotem. Zimna stal świsnęła w powietrzu. Wampirzyca zdążyła odwrócić głowę, ale tylko po to, aby opadł na nią druzgocący cios. Jej czaszka eksplodowała strzępami zimnego ciała i fontanną krwi. Smukłe ciało osunęło się na podłogę podrygując spazmatycznie. Andrea dopadła do niego i wyciągnęła zza paska na plecach kołek, który z rozmachem wbiła w pierś wampirzycy. Ciało znieruchomiało w jednym momencie, a Wolf z głośnym westchnieniem, jakby wypłynął na powierzchnię wody po zbyt długim wstrzymywaniu powietrza, odzyskał władzę nad swoim ciałem.

Wszyscy odetchnęli z ulgą. Łowy zakończyły się powodzeniem.

***

W sali na piętrze znaleźli martwe ciało młodego mężczyzny, niemal chłopca, nad którym pochylał się inny młodzieniec. Trwał w milczeniu tuląc do piersi głowę martwego. Klaus, Wolf i Andrea stali przez chwilę nieruchomo i w zupełnej ciszy. Przez otwarte okno, w którym poruszały się leniwie delikatne jak pajęczyna firanki, wpadał do wnętrza blady blask księżyca. W jego srebrzystych promieniach widać było wirujące drobiny kurzu.

- Już po wszystkim, Gottlieb – przerwał ciszę Klaus. Wspierał się na swoim młocie i spoglądał zmęczonym wzrokiem na klęczącego młodzieńca. Miał wrażenie, że boli go każda kość i każdy mięsień w ciele, ale oddychał z ulgą.
- Tak – odezwał się bardzo cicho młodzieniec. – Już po wszystkim. Już po wszystkim.

***

W miejscu, gdzie zostawili nieprzytomnego nekromantę, znaleźli jedynie poprzecinane sznury i ani śladu Zimmermanna. Klaus przez długą chwile przeklinał głośno i miotał się wściekle zły na cały świat, ale przede wszystkim na siebie. Nie mógł sobie darować, że popełnił taki błąd okazując miłosierdzie czarnoksiężnikowi. Wiedział jednak również, że któregoś dnia ich drogi znowu się skrzyżują i tym razem nekromanta nie będzie miał tyle szczęścia. Zwłaszcza, kiedy jego tropem ruszy nie tylko Klaus, ale również jego nowi towarzysze, wszyscy skazani na życie i śmierć w Mordheim, Mieście Przeklętych.

Bembridge, lipiec 2006

Lubię to
 Lubi to 0 osób
 Kliknij, by dołączyć
Zobacz też
Słowa kluczowe:

Podobne newsy:

» Blok RPG na ZSzeFie!
100%
» Twórczość własna
100%
» Science Fiction Fantasy i Horror #59 - konkurs!
100%
» Dyskusje na IRCu
100%
» Najlepsze książki historyczne wiosny!
50%
 
Podobne artykuły:

» Artefakty - zwieńczenie
100%
» Artefaktów część druga
100%
» Wysyp artefaktów!
100%
» Nowości w sekcji cRPG!
100%
» Nowości w sekcji cRPG!
100%


Dodaj komentarz, użytkowniku niezarejestrowany

Imię:
Mail:

Stolica Polski:



Twój komentarz został dodany!

Kliknij, aby odświeżyć stronę.




Artykuły

Gry komputerowe
Główne Menu

Gry RPG

Polecamy

Patronujemy
Aktywność użytkowników
madda99 zarejestrował się! Witamy!
_bosy skomentował Blood 2: The Chosen - recenzja
_vbn skomentował Mapy Starego Świata
wokthu zarejestrował się! Witamy!
_Azazello Jr skomentował Gdzie diabeł nie mówi dobranoc. "Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow - recenzja
Gabbiszon zarejestrował się! Witamy!
Liskowic zarejestrował się! Witamy!
_Kamila skomentował "Brudnopis", Siergiej Łukjanienko - recenzja

Więcej





0.075 sek