Warhammer >> Opowiadania >> Wahnsinn Asylum

| | A A


Autor: Mystek
Data dodania: 2007-07-23 23:21:37
Wyświetlenia: 4425

Wahnsinn Asylum

Mała struga światła wpływała przez zakratowane okienko, nie ukazując swoim blaskiem niczego poza gołą, kamienną ścianą i drobinkami kurzu tworzącymi brudną mgłę wypełniającą każdą szczelinę, drażniącą oczy, oblepiającą usta.

Ktoś w ciemności chrząknął i splunął. Poruszył się nieznacznie, a odgłos więżących go łańcuchów niósł się echem po korytarzu, który biegł za stalowymi kratami otaczającymi jego celę.

- Jak ja się w to wszystko wplątałem? – myśl ta nie dawała mu spokoju.

Drążyła umysł, najprawdopodobniej pod wpływem szoku obudzona, podawała swej ofierze dawkę bólu gorszą niż fizyczne rany jakie czuł na głowie i klatce piersiowej.

- Karczma „Chmielowa nimfa” – ściszony głos znów zabrzmiał w pomieszczeniu. – To był mój pierwszy błąd.

Skrępowany człowiek poczuł, że znowu mdleje. Poddał się całkowicie napływowi chaotycznych myśli. Umysł wypełniły mu wspomnienia ostatnich dni. Nienawidził u siebie tego, iż za każdym razem kiedy wpadał w poważne kłopoty, miast przyjąć ciosu z dumą, skanował tylko pamięć poszukując kolejnych pomyłek i potknięć jakie doprowadziły go do aktualnej sytuacji.

Nie inaczej było i tym razem. Człowiek w ostatniej chwili wypluł resztki śliny zmieszanej z krwią i kurzem, po czym poddał się napływającej fali zmęczenia.

***

Tłum na chwilę rozstąpił się, po czym znów zagęścił wokół nieznajomego. Ludzie wtapiali wzrok w dosyć niecodzienną sytuację, ciesząc się okazją do chwilowego odpoczynku od normalnych zajęć. Męczący uszy hałas dobiegający z kuźni zamilkł na chwilę, kupcy przestali przekrzykiwać się nawzajem. Jedynie w oddali usłyszeć można było krzyki żegnającego się z sakiewką nieuważnego mieszkańca obrobionego przez przedstawiciela profesji, której to jedna z podstawowych zasad mówi o tym, aby nie zaprzepaszczać okazji.

Wzrok zgromadzonych skupiony był na wysokim, dobrze zbudowanym mężczyźnie w średnim wieku. Nosił on czarny kapelusz z nietypowo szerokim rondem. Wystające spod kapelusza, sięgające ramion czarne włosy, chociaż widocznie zlepione brudem, lekko powiewały na wietrze. Szedł pewnie trzymając w mocnym uścisku linę, do której przywiązany był także niemałej postury człowiek. Fakt ten, jak i ekwipunek nieznajomego – powiewająca z boku sieć, dwie pary kajdan przy pasie, pewnie przytwierdzona do boku pochwa z długim mieczem, sugerowały zebranym gapiom jednoznacznie, jakim zawodem człowiek ów się parał.

Łowca nagród wszedł pewnym krokiem do budynku straży miejskiej, po czym poinstruowany przez jednego z żołdaków znalazł biuro gdzie miał odebrać nagrodę. Wejście do pomieszczenia nie miało drzwi, toteż łowca zmęczony pociągnął mocniej przerażonego więźnia.

Siedzący za biurkiem łysawy mężczyzna spojrzał w górę. Zauważył posiniaczoną twarz skrępowanego, co znaczyło, że jeżeli miał zamiar próbować ucieczki, to łowca głów w szybki i niezawodny sposób wyperswadował mu ten pomysł. Ten zaś podszedł do biurka kładąc pogięty list gończy, który strażnik rozpoznawał.
- Karl Roehern – odezwał się spokojnie łowca. – Poszukiwany za
morderstwo, szantaże i rozboje.
- A także gwałty, podpalenia, kradzieże i zapewne wiele innych przestępstw – dodał strażnik.
- Zapewne.
- Wedle umowy – czterdzieści pięć Karli-Franzów.
- Świetnie. Pozwolicie sierżancie, że zostawię go już pod waszą opiekę.
- Oczywiście.

Jeden ze strażników zabrał więźnia, ten zaś pożegnał łowcę garścią
przekleństw nie stroniąc od gróźb wymierzonych jego matce, siostrze, ojcu i rzeszy innych członków rodziny.

- Przemiły typek. Wybacz, ale zanim ci zapłacę muszę poznać twoje nazwisko. Chodzi o raport.
- Nie ma problemu. Nazywam się Corvin Reinhardt.
- Zamierzasz zatrzymać się w Grissenwaldzie na dłużej?
- Jeszcze nie wiem. Może i zatrzymam się na dłużej, a jeżeli jesteśmy już przy tym, możesz wskazać mi jakąś nie za drogą, ale w miarę porządną karczmę?

Sierżant uśmiechnął się.
- Oczywiście.

Corvin zatrzymał się przed budynkiem, który wskazał mu niewiarygodnie wręcz uprzejmy strażnik. Odstawił swego konia do znajdującej się obok stajni, rzucił parę miedziaków kręcącemu się tam chłopcu, po czym spojrzał na szyld. Przedstawiał on kufel oraz wyłaniającą się z piwnej piany postać nagiej kobiety.

Łowca uśmiechnął się do siebie. Na razie wszystko idzie po jego myśli, życie toczy się po gładkiej ścieżce. Miał szczerą nadzieję, że stan ten utrzyma się jak najdłużej.

Karczma nie była duża, lecz nie należała również do najmniejszych. Ponadto nie było jeszcze bardzo późno, więc wiele stolików było wolnych. Oczywiście gospodę oblegali już stali bywalcy – paru pijaczków siedzących w kącie, pijących najtańszy bimber, bekających przy tym niemiłosiernie. W powietrzu unosił się zapach smażonych ryb. „Chmielowa nimfa” nie leżała jednak w pobliżu rzeki, więc i dla nie gustującego w rybach klienta czekały inne jadła – informował o tym zapach kiełbasy, czosnku i różnorakich ziół, jaki można było poczuć jeśli podeszło się bliżej kuchni.

Corvin nie gustował w rybach.

Zaczął od zapłaty za pokój. Zamierzał spędzić noc właśnie w tym miejscu. Udał się na górę, w wynajętym pokoju zdjął swój czarny, podróżny płaszcz oraz starą już koszulkę kolczą. Podniósł tylko swój miecz, z którym nie lubił się rozstawać i ruszył do głównej izby.

Zamówił nieco jadła i dzban piwa. Nie spiesząc się z jedzeniem obserwował ludzi wchodzących do karczmy, która pod napływem klientów zaczynała się kurczyć.

Jego uwagę przykuła nagle znana mu postać.

Człowiek był potężnie zbudowany, ubrany w pięknie strojone szaty. Efekt psuła jedynie warstwa błota i kurzu je pokrywająca, zapewne w wyniku podróży. Nie przykrywała jednak dostatecznie symbolu na jego piersi, przedstawiającego młot z wyżłobieniami w kształcie komety z dwoma ogonami.
- A niech mnie zgnilce popieszczą, jeśli to nie Corvin Reinhardt! – odezwał się dudniącym głosem rycerz.
- Waldor Uto. Cóż za miła niespodzianka. Witaj!

Dwaj mężczyźni uścisnęli sobie dłonie, po czym usiedli przy stoliku. Zaraz za Waldorem dreptał młodzieniec, ubrany w podobne barwy co on.
- To Rufus. Syn pewnego szlachcica z Altdorfu. Terminuje u mnie jako giermek, obiecałem to jego ojcu.

Chłopiec ukłonił się nisko, kładąc dłoń na piersi.
- Poznaj pana Corvina Reinhardta – odezwał się do młodego Waldor. – Poczciwy to człek, a i profesję wykonuje bardzo podobną do naszej!

Giermek ukłonił się jeszcze raz.

- Honor to dla mnie, poznać człowieka, o którym to mój pan tak hojnie się wyraża – odezwał się młodzik.
- Dobra, koniec tej czczej gadaniny, napiłbym się wreszcie – odrzekł rycerz, po czym zwrócił się do giermka. – Dobra, ty idź i dopilnuj aby wymyto i nakarmiono konie, wynajmij pokój i...

W tym momencie zamyślił się, i widocznie zmęczony oczekiwaniem na piwo odrzekł tylko:
- ... i zrób jeszcze co uważasz, że ty rozkazałbyś swojemu podwładnemu w zemście za własne krzywdy i upokorzenia zaznane w okresie terminowania.

Giermek odszedł, po chwili podano więcej piwa.

- Koło nadal się toczy – rzekł Corvin. – Nauczyciel zawsze jest byłym uczniem, więc dokopmy wychowankowi w rzyć, tak jak i nam ją skopano.

- Ach, przestań. Szczeniak jest ze mną od niedawna, jeszcze nie widział jak ciężka i stresująca jest moja praca. A kiedy już to ujrzy, podwinie ogon i ruszy do tatusia, a ja zobaczę tylko jego spoconą rzyć oddalającą się w smudze kurzu.
- I tu dochodzimy do sprawy, która od kilku chwil mnie trapi.
- Zamieniam się w słuch.
- Nie rozumiem, ja wykonuję robotę podobną do twojej?
- A nie jest tak?
- Oczywiście, że nie. Ja jestem zwykłym łowcą głów, jakich wielu. Ty zaś jesteś nie kim innym, jak, wybacz mi, znienawidzonym przez wszystkich inkwizytorem.
- Jestem łowcą czarownic i jednocześnie rycerzem zakonu Sigmara. Poza tym ty także nie jesteś uwielbiany przez tłumy.
- Pierwszy człon nazwy twej profesji jest jedynym podobieństwem, jakie teraz dostrzegam. Nie..., przepraszam, jest jeszcze drugie.
- Jakie?
- Zapewne nie pożyjemy długo.
- Z tym się nie zgodzę. Mnie strzeliło jak z procy pięćdziesiąt lat, a nie zamierzam za szybko odwiedzać zaświatów.

Inkwizytor wyglądał młodziej, ale Corvin wiedział, że łowca czarownic nie kłamał o wieku.
- Podstawową różnicą między nami – kontynuował Waldor – jest fakt, że ty ścigasz ludzi dla pieniędzy, ja z obowiązku.
- Po prostu czuję się w obowiązku do zarabiania pieniędzy. Ty też nie wyglądasz na takiego, co to ma jedynie groch w sakiewce.
- Najświętszy i najpotężniejszy Sigmar Młotodzierżca jest łaskawy dla jego uniżonego sługi – uśmiechnął się Waldor.
- Za to mniej dla twoich ofiar.
- Nie nazwałbym ich ofiarami. Wysyłając ich na tamten świat chronię innych ludzi od tego, by nie stali się faktycznymi ofiarami danego delikwenta.
- Słyszałem, że dość szybko potraficie wydawać swoje osądy.
- Nie bądź wredny, Corvin. Jest wręcz przeciwnie. Wiele lat uczyłem się jak przeprowadzać odpowiednie przesłuchanie i sąd, a także mam do tego prawne pozwolenie.
- Co nie znaczy, że wszystkie twoje osądy są słuszne.
- Możliwe, ale to samo można powiedzieć o sądach, do jakich ty prowadzisz swoich schwytanych.
- Hm, słuszne spostrzeżenie.

Dawni znajomi przez chwilę przestali rozmawiać. Dopiero kiedy przyniesiono następny dzban piwa, kontynuowali dysputę.
- Widzisz, ja nie mogę sobie pozwolić na zły osąd – przerwał ciszę Waldor. – Ja pracuję z naprawdę chorymi skurwielami. Kultyści składający ofiary z dzieci dla mrocznych bogów, często, kurwa, nie istniejących. Czarnoksiężnicy zdobywający składniki do zaklęć i eliksirów z wnętrzności człowieka, często, kurwa, jeszcze żyjącego. Nekromanci ożywiający zmarłych, skazujący dusze na męczarnie, gotowi wymordować całą wioskę w momencie kiedy zabraknie im przedmiotów do badań.
- Nie wątpię, że to co robisz, jest w większości słuszne. Jednak zdarzały się pomyłki, i to udowodnione.
- Oczywiście, ale kwestię pomyłek mamy już za sobą.
- Nie myśl jednak, że moi wrogowie są w porównaniu do twoich jak zarost twego giermka, a krasnoludzkiego oficera. Łatwiej mówić o zbrodniach, jeżeli są w nie zamieszane sprawy czarnej magii lub innych wyższych mocy.
- A o czym mówić trudniej?
- O przestępcach jakich ja ścigam. O ludziach którzy dla brzęku monet zabijają całą swoją rodzinę, a po wszystkim na ich zwłokach budują dom, gdzie zakładają własną.
- Rozumiem. Więc jednak jest parę podobieństw?
- Możliwe, ale ja widzę jedną główną różnicę.
- Jaką?
- Moi więźniowie posyłani są do lochów lub od razu na szafot. Twoi są torturowani i płoną żywcem. Czy takie traktowanie nie czyni z was potworów na równi z tymi, których sądzicie?
- Tylko prawdziwy ból dojdzie na tyle głęboko, aby płomień mógł oczyścić ich dusze. Nawet jeżeli dojdzie do pomyłki, ofierze zostanie to wynagrodzone po tysiąckroć w zaświatach.
- Właśnie o to mi chodziło.
- Czasem nie ma wyboru.

Corvin zamyślił się przez chwilę i zdał sobie sprawę, że jeżeli coś łączy ich profesje, to fakt że...
- Zawsze jest wybór, inne wyjście Waldor. Zawsze.

Po opróżnieniu kolejnego kufla wspólnie doszli do wniosku, że czas przejść na weselsze tematy. Rozmowę przerwał im jednak stojący obok mężczyzna. Corvin nie miał pojęcia od jakiego czasu już tam stoi, winił za to piwo, którego wypił już niemałą ilość. Waldor nie wydawał się za to zaskoczony.
- Dobra skurwysynu, znalazłem cię – rozpoczął konwersację mężczyzna.

Człowiek ten ubrany był niechlujnie, czuć było od niego potem i winem. Na przedramionach założone miał kawałki świńskiej skóry z przymocowanymi doń ćwiekami. W dłoni trzymał uchwyt miecza, który jeszcze tkwił w pochwie. Corvin zauważył także, iż stoi za nim dwóch innych ludzi, najprawdopodobniej jego wspólników.
- Ech, ale heca Corvin, ojciec cię przydybał jak piwko żłopiesz! – odezwał się z uśmiechem Waldor.
- Przestań pieprzyć nieznajomy, to nie z tobą mam porachunki – odpowiedział wyraźnie zdenerwowany oprych.

Najwyraźniej człowiek ów nie zauważył emblematu widniejącego na piersi Waldora. Ten jednak nie ujawniał swej profesji, widocznie rozbawiony sytuacją.
- Przyjacielu, nie obrażaj mego ojca, czy naprawdę myślisz, że mój świętej pamięci papa miałby tak zakazany ryj? – powiedział spokojnie Corvin.
- Zaraz się doigrasz! – nie poddawał się zbój.
- Ależ proszę o wybaczenie, masz rację, nie przyjrzałem się. A i do twej matki mam szacunek. Nie wydaje mi się żeby chciała istnienie rodu tego chama kontynuować.
- Nazywam się Bono Roehern – wrzasnął mężczyzna. – A ty Reinhardt zapłacisz mi za to, co zrobiłeś z moim bratem. Widziałem cię dzisiaj. Prowadziłeś go jak psa.
- A więc prowadził go tak jak należało. A teraz odwiedź lochy, tam go prawdopodobnie możesz znaleźć – rzekł Waldor.

Łowca uśmiechnął się.

- Nic z tego drogi kolego, loch nie dla niego jest przeznaczony. Jutro rano możesz go odwiedzić, drogi Bono. Będzie dyndał na rynku.

To wystarczyło, aby wyprowadzić bandytę z równowagi. Ze świstem uwolnił klingę. Właśnie na to liczył Corvin. Wiedział, że jeżeli wyprowadzi wroga z równowagi i dobrze oceni moment w którym ten wybuchnie, będzie mógł bez problemu sparować cios i błyskawicznie przejść do ataku.

Metoda ta po raz kolejny go nie zawiodła.

Odbił cios wyciągniętym błyskawicznie mieczem. Ostrza zalśniły w górze, odbijając blask ognia tańczącego w kominku. Nie było to dobre miejsce do walki ze względu na brak miejsca, łowca głów dobrze o tym wiedział. Prawą ręką siłując się ze zbirem, w lewej trzymał już dobyty sztylet. Bono Roehern zawył i opadł na podłogę ze ostrzem wbitym w pierś.

Pomocnicy umierającego nie czekali. Waldor Uto nie dobył miecza, po prostu huknął pięścią szczękę nieprzyjaciela druzgocąc ją doszczętnie. Oponent upuścił nóż i padł na ziemię wyjąc i plując krwią.

„Trzeci, gdzie jest trzeci?” – Corvin próbował opanować zawiany alkoholem umysł.

Nagle obok niego wyrósł trzeci z atakujących. Zamachnął się mieczem i próbował ugodzić łowcę od góry. Ten zrobił obrót i modlił się do wszystkich bogów jakich znał, aby zdążył sparować.

Na szczęście niepotrzebnie. Miecz oponenta upadł na podłogę. Wyglądało na to, że przez najzwyklejszy w świecie pech zbir przegra walkę.

Zapewne kilka chwil trwało zanim pomocnik Bona pogodził się z tym, że miecz wyślizgnął mu się z dłoni. Ułatwiło to sprawę Corvinowi, który uderzył go w głowę rękojeścią miecza, ogłuszając w ten sposób.

Dłuższą chwilę trwało załagodzenie sytuacji.

Jeden trup, dwóch okaleczonych. Prawdopodobnie karczmarz znajdywał się w takich sytuacjach nie raz, gdyż zachwycająco sprawnie załatwił ze strażnikami sprawy formalne.

Nawet w oczach strażników, czyn Corvina był jak najbardziej uzasadniony. Mimo tego, łowcę nagród powinien czekać sąd. Na szczęście pozycja Waldora Uto gwarantowała jego słowu dużą potęgę. A słowo jego było stanowcze: „Corvin Reinhardt jest niewinny”.

W końcu wszystko wróciło do normy, miejsca opuszczone przez tych, którym widowisko popsuło humor, szybko zostały zajęte przez nowoprzybyłych.

Corvin i Waldor zamówili sobie kolejny dzban piwa i siedli przy innym stole, by nie czuć dobiegającego z podłogi zapachu krwi.
- To dla tego nigdy nie zostajesz na długo w jednym mieście – stwierdził Waldor.
- Taki zawód – odpowiedział mu łowca. – Ranald był dzisiaj łaskawy. Nieczęsto zdarzają się takie przypadki. Ale co się dziwić, taki cieć...
- Chodzi ci o to, że wypuścił miecz?
- Tak.
- Takie przypadki się nie zdarzają.
- Nie rozumiem.
- Powinieneś podziękować tamtej damie – powiedział inkwizytor, po czym wskazał palcem jeden ze stolików.

Corvin obrócił się. Przy małym stoliku stojącym w kącie siedziała zakapturzona postać. Przyjrzał się jej bliżej. Po chwili stwierdził, że to nie możliwe, iż wcześniej jej nie zauważył. Magia.

Stwierdził, iż jest to kobieta, bardzo urodziwa kobieta. Jej rude loki wypływały spod kaptura, próbując się uwolnić niczym węże na głowie meduzy. Jej płaszcz był rozpięty, odkrywając ciemno-niebieską suknię, niemal identyczną w kolorze co jej oczy. Spory dekolt ukazywał jej poruszające się rytmicznie piersi, na której spoczywały trzy małe medaliony zawieszone na szyi, każdy na własnym łańcuszku. Corvin nie mógł z tej odległości rozpoznać co przedstawiały. Żaden z klientów karczmy wydawał się jej nie zauważać. Żaden, z wyjątkiem Waldora.
- Jak to możliwe?
- Mnie nie oszuka. Zostałem ćwiczony, aby nie można mnie było w ten sposób oszukać.
- Magia? – odparł z wyraźnym zdenerwowaniem Corvin.
- Ta sama, która sprawiła, że brudnemu rzezimieszkowi miecz wypadł z rąk. Obserwuje cię już dość długo, lepiej spytaj się ją o co chodzi.
- Tak zrobię.
- Nie martw się o mnie, Corvin – powiedział z uśmiechem Waldor. – Myślę, że wygram samotną walkę z tym oto dzbanem.

Najważniejsze to zachować jasność umysłu. Nie dać się wciągnąć w żadne kłopoty. Nie ulec machinacjom. O czarodziejach słyszał wystarczająco dużo, aby wiedzieć, iż najlepiej trzymać się jak najdalej od nich.

Miał nadzieję, że piwo które wypił do tej pory nie zamuli mu umysłu w nieodpowiednim momencie. Nie mógł sobie pozwolić nawet na zwykłą fascynację. Nie wolno mu było myśleć o jej idealnym niemal wyglądzie. Nie wolno mu było myśleć o jej idealnych piersiach. Musiał wyrzucić z umysłu piękny zapach najlepszych perfum, które czuł wyraźniej wraz z każdym krokiem. Kołyszące się piersi cały czas próbowały zmącić mu umysł, ale nie dawał im za wygraną.

Szedł ostrożnie, uważał, aby się nie potknąć. Nieświadomie spojrzał po raz kolejny na jej biust. No i tyle jeżeli chodzi o moją silną wolę – pomyślał.
- Szukasz tam czegoś?
- Nie, skąd, przepraszam... Ja... Zamyśliłem się – odparł zmieszany.

Piwo zadziałało oczywiście w tym jakże nieodpowiednim momencie. Corvin jednak szybko odetchnął. Z wprawą odrzucił głaz leżący mu przez chwilę na głowie.
- Dziękuję za pomoc – odezwał się, tym razem pewnie.
- Nie ma sprawy. Usiądź na chwilę, proszę. Mam dla ciebie propozycję.

Wspomnienie słów babci huczało teraz Corvinowi po głowie: „Wiedźmom wiary nigdy nie dawaj, wszystkie są żmije, a do tego, wszystkie bez mała, kurwy niesamowite”.

Nie usłuchał babcinych rad. Usiadł.

- Cóż to za propozycja?
- Oferuję ci bardzo dobrze płatną pracę oraz gwarantuję, iż nie będzie ona bardzo wykraczała poza twoją dziedzinę.
- Jak bardzo?
- Daj spokój. Wiem, że nie raz wykonywałeś podobne zlecenia. Praca wyglądać będzie standardowo, jedynie to ja będę płaciła.
- Gdzie tkwi haczyk? Kim jest ta osoba? Dlaczego zgłaszasz się akurat do mnie?
- Proszę o to ciebie, gdyż z tego co widziałam, jesteś w stanie wypełnić to zadanie. Co najważniejsze, proszę o dyskrecję. Zapłacę dużo. Więc...?
- Złóż mi swoją propozycję.
- Sprawa nie jest skomplikowana. Na odludziu nieopodal Grissenwaldu wznosi się budynek zwany Wahnsinn Asylum. Jest to szpital w którym przetrzymywani są pogrążeni w obłędzie ludzie. Niestety, jeden z nich zbiegł. Ośrodek nie dostaje odpowiedniego dofinansowania, co powoduje zmniejszeniem ilości strażników. Jednak to nie czas, aby się nad tym zastanawiać. Ważne jest to, iż zbieg jest niebezpiecznym psychopatą i biega teraz na wolności. Na obrzeżach miasta miało miejsce parę brutalnych morderstw i zaginięć. Obawiamy się, że to może być jego sprawka.
- Dlaczego nie powiadomiliście straży?
- Zależy nam na dobrym imieniu ośrodka. Mamy nadzieję na dodatkowe fundusze. Dlatego właśnie zależy nam na dyskrecji.
- Nam?
- Właściciel przybytku jest moim dobrym przyjacielem. Poprosił mnie o pomoc. Mam u niego nie jeden dług do spłacenia.
- Ile?
- Sto złotych koron. Żywy lub martwy. Skradł też parę przedmiotów. Dostarcz je wszystkie z poszanowaniem cudzej własności. Nie bądź wścibski. I przestań gapić się na mój biust.

***

Mimo znacznej ilości wypitego piwa, noc ta była ciężka.

Corvin wiedział że tak będzie. Wiedział o tym już w momencie, gdy awantura w karczmie przybrała szybki obrót. Moment w którym wyciągnął ostrze gwarantował nieprzespaną noc.

Tego wieczora z jego ręki zginął człowiek.

Nieważne, że oprych był gotowy zrobić to samo z nim. Podczas swoich licznych potyczek, wiele razy zmuszony był do zabójstw. Stwierdził, że nigdy się do tego nie przyzwyczai. Może warto zmienić zawód? Ale przecież nic innego nie potrafi. Sam wybrał takie życie.

Nie.

To los wybrał za niego. Tamta noc. Brzęk stłuczonego szkła, stukot przewracanych mebli. Wrzask Allisy – jego żony. Ludzie w maskach. Pisk dzieci.

Sen... Śmierć, sen... Smród krwi, krzyk… Sen…

***

W drodze do Wahnsinn Asylum Corvin miał okazję wypytać się mieszkańców o dziwne morderstwa i zaginięcia.

Z rozmów, zdołał wywnioskować, że zabici nie mogli paść ofiarą zwierząt. Co prawda, wszystkie zdarzały się na pograniczu leżącej za bramami miasta wsi, lecz stan w jakim znajdowały się ofiary wykluczały wpływy czynników naturalnych.

Według czarodziejki Johanny, bo tak w końcu się przedstawiła, mordercą jest psychopata. Miejscowi oskarżają o to między innymi zwierzoludzi, mutanty albo inne pomioty Chaosu. Łowca nagród musiał przyznać, że to także jest prawdopodobne. Wiedział, że po niedawnej inwazji w lasach roi się od tych plugawych istot.

Za mniej prawdopodobne uważał zaś historie związane z Hexensnacht. Noc Wiedźm miała odbyć się już za dwa dni. Corvin z cierpliwością wysłuchiwał opowieści, jakoby to już pierwsze duchy wyłaniały się z zaświatów i zazdrosne porywały żywych. Narzekania babek, jakoby duchy morderców uciekły nieuważnemu Morrowi, a teraz oddających się czynnościom, do których przyzwyczaiło ich minione życie.

Pamiętał, jak za młodu razem z rodziną zamykali się tej nocy w domu. Dziadek opowiadał straszliwe historie o zjawach, po których dzieciaki miały problemy z zaśnięciem jeszcze przez tydzień. Razem z babką i matką wróżyli najróżniejszymi sposobami.

Pewnego razu, kiedy był już starszy, noc tą spędzili razem z sąsiadami. To wtedy właśnie zauważył Allisę...

Ale to już nieważne. Oto zbliżał się do ścieżki prowadzonej do ośrodku. Od głównego traktu odbijała ku wzniesieniu dróżka prowadząca do widocznego już budynku.

Corvin spojrzał na ogromny dąb wznoszący się po prawej stronie. Był majestatyczny i niewątpliwie bardzo stary. Wydawało się wręcz, że nie bardzo pasuje do tamtejszej scenerii.

Łowca poprawił kapelusz i ruszył przed siebie.

Budynek był otoczony murem, przez co przypominał nieco więzienie . Był zbudowany z grubej, szarej cegły, nadającej mu nieprzyjemną atmosferę. Na placówkę składały się dwa skrzydła połączone blokiem z wznoszącą się w centrum dwupiętrową wieżyczką, najprawdopodobniej przeznaczoną na pokoje mieszkalne służby.

Corvin przeszedł przez pusty dziedziniec. Zdobiła go brudna, nieużywana od lat fontanna oraz zapuszczony ogródek, pełen chwastów i wysokiej, żółtawej od słońca trawy.

Drzwi otworzył wysoki, młody mężczyzna. Ubrany był w biały frak, identyczny jakie przyodziewali felczerzy w armii. Z tym, że we wspomnieniach jakie zostały z jego służby w wojsku, kitle te miały głównie purpurową barwę.

Ten był czysty.

Chłopak poinformował, iż jest pomocnikiem ordynatora, po czym zaprosił podróżnika do środka.
Corvinowi od razu nie spodobało się to miejsce. Przy drzwiach zauważył stolik i siedzącego przy nim zbrojnego. Był bez wątpienia ochroniarzem tego miejsca, znudzonym do granicy możliwości.

Pomocnik prowadził łowcę przez korytarz otoczony celami, skąd dobiegały odgłosy uwięzionych w nich ludzi. Nie były to przyjemne dźwięki. Ciche pojękiwania, kasłania, szepty. Czasem wykrzykiwane całe zdania, w których nie można było doszukać się żadnego sensu. Zaczął żałować biedaka, który za stalowymi drzwiami bredził coś o wielkich, biegających na dwóch nogach szczurach, jakie widział ponoć w kanałach pod swoim miastem.

W pewnym momencie minęli drzwi, z których dobiegał już nie krzyk, ale wręcz wrzask człowieka. Brzmiało to tak, jakby go ktoś torturował.

- Najgorsze przypadki musimy trzymać w piwnicach – odrzekł młody człowiek, po czym zamknął drzwi. – Denerwują pozostałych pacjentów. Gabinet ordynatora jest już niedaleko.

W końcu doszli do drzwi za którymi mieściło się biuro. Chłopak powiadomił ordynatora o przybyciu gościa, po czym ukłonił się i odszedł.

Corvin wszedł do środka i zamknął drzwi.

Pokój był skromny, stało w nim jedynie biurko, fotel oraz pokaźna szafka wypełniona tubami oraz leżącymi wolno rolkami pergaminu.

Za biurkiem siedział pulchny mężczyzna o inteligentnych oczach. Jego łysina, jak i zmarszczki świadczyły o podeszłym wieku. Mężczyzna, ubrany podobnie jak jego młodszy pomocnik, wstał i wyciągnął dłoń.

- Nazywam się Sigric Tilmann, dyrektor tej placówki – odezwał się spokojnie głębokim głosem. – Pan jest zapewne najemnikiem wynajętym przez Johannę?
- Owszem. Corvin Reinhardt, łowca nagród.

Uścisnęli sobie dłonie.

- Chciałbym się dowiedzieć jak najwięcej o osobie, którą mam odnaleźć.
- No cóż... Nie znamy jego imienia. W sumie to nic o nim nie wiemy. Jedyne w czym będę mógł panu pomóc, to w ustaleniu rysopisu.
- Kto płaci za jego leczenie?
- Nikt. Pomimo, że mamy małe fundusze zdecydowałem się wziąć tego nieszczęśnika pod swój dach. Był to naprawdę trudny pacjent.
- Na czym polegała jego choroba?
- Tak naprawdę, to bardzo trudno odkryć przyczyny takich psychoz. Pacjent ten nie ma jednego oka, sądząc po wyglądzie blizny od dawna. Może to dramat spowodowany częściową utratą wzroku spowodował takie zmiany w psychice. Znaleziono go znęcającego się nad zwierzętami, pogrążonego całkowicie w obłędzie. Pomyślałem, że warto zbadać taki przypadek. Ewentualne uszkodzenia mózgu i tym podobne. Nie będę panu zawracał głowy lekarskimi sprawami.

Corvin zamyślił się. Nie mógł odrzucić od siebie wyobrażonej sceny, jak to doktor Sigric Tilmann rozcina czaszkę pacjenta i zaczyna badania na mózgu, a ten nagle wstaje i wychodzi drzwiami.

- W jaki sposób wam uciekł? – zapytał się po chwili.
- W momencie kiedy odprowadzany był do pokoju, zdołał wyrwać się strażnikowi. Niestety okazało się, że jest bardzo zwinny. Zwiał przez tylne drzwi prowadzące do kuchni. Faktycznie, wiele lat nieużywane, były w okropnym stanie. Ślusarz przybywa za parę dni, więc takie wypadki nie będą miały miejsca.
- Musiał być w ciężkim stanie...
- Musisz o czymś wiedzieć. Organizm tego człowieka zaczął się dziwnie zachowywać. Istnieje możliwość, że był to początek mutacji. Istnieje prawdopodobieństwo, iż ten biedak jest skażony Chaosem.
- Jak on wygląda?
- Jest bardzo wysokim, dobrze zbudowanym człowiekiem. Jest całkowicie łysy. Jego cechami charakterystycznymi są blizny, jakie zdobią niemal całą jego czaszkę, oraz wspomniany już wcześniej brak oka.

Doktor przestał na chwilę i nalał im obu wina. Po tym jak opłukał sobie gardło, kontynuował.
- Jest ubrany w szare ciuchy. Każdy nasz pacjent ubrany jest jednakowo, w szare spodnie i koszulę. Na pewno go pan rozpozna, najbardziej rzucać będzie się w oczy jego obłęd.
- Czarodziejka wspomniała coś o skradzionych rzeczach...
- Tak. Zanim uciekł zdołał ukraść parę akt. W sumie są one już nieaktualne, ale jesteśmy zmuszani prowadzić dokumentację, więc rad był bym z ich odzyskania.

Corvin ucichł, sprawa była jasna. Wiedział już wszystko, co wiedzieć potrzebował. Z relacji mieszkańców znał rejon, w jakim grasuje morderca. Jedyne co pozostało, to złapanie psychopaty.
- To wszystko, co chciałem wiedzieć. Wezmę się zatem za robotę.
- Życzę powodzenia. Niech pan na siebie uważa.

Łowca nagród najszybciej jak tylko mógł opuścił budynek. Schodząc w dół drogą spojrzał jeszcze raz na majestatyczny, stary dąb wznoszący dumnie gałęzie wysoko nad jego głową. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek jeszcze dane będzie mu go ujrzeć.

***

Noc zapadła szybko. Zimno cięło twarz w momencie, kiedy Corvin Reinhardt biegł w stronę obłąkańczych wrzasków dobiegających od jednej z chałup.

Podszedł to zbiegowiska otaczającego przykucniętą na ziemi kobietę. Łkała w niebogłosy drapiąc szaleńczo ziemię. Corvin odepchnął stojących wieśniaków i przykucnął obok kobiety.

Ta wrzeszczała co sił w płucach.

- Dlaczego, dlaczego pytam?! Sigmarze! Cośmy uczynili, iż tak nas znienawidziłeś? Dlaczego?!
- Kobieto, co się stało – łowca starał się dotrzeć do kobiety. – Uspokój się!
- Morze, po cóż ci on jest. Dlaczego zabrałeś akurat jego?! – kobieta nie dała się uspokoić. – Przeklinam was wszystkich!

Corvin poczuł nagle czyjś dotyk na plecach.

Wstał i obejrzał się. Był to jeden z wieśniaków. Wskazywał milczącą, ponurą twarzą werandę domu. Łowca podszedł bliżej.

Leżał na niej martwy, starszy mężczyzna. Był okrutnie pokaleczony. Widok był przerażający. Oczy zostały najwyraźniej wydrapane, zaś krew wyciekająca z otwartych na oścież ust przykuwała uwagę do połamanych szczęk. Najwyraźniej morderca wsadził doń całą dłoń. Corvin rozejrzał się. Język leżał jakieś trzy metry dalej.

- Zaraza, psia jego mać – ryknął w stronę łowcy jeden z chłopów. – Trza co z nim zrobić, widziałem jak ten skurwiel biegł w stronę sadu.

Człowiek wskazał na spory sad za domem.

- Zbierzem się, to ubijem odmieńca chędożonego.
- Nie – warknął Corvin. – Idę sam. Zabiję go. Wy biegnijcie do Grissenwaldu po straż miejską. Tylko szybko. Uspokójcie tą kobietę, bo jeszcze gotowa zrobić sobie krzywdę.

Łowca nagród poprawił dokładnie kolczugę, zacisnął dobrze pas. Poprawił przyczepioną doń pochwę ze sztyletem. Nie zamierzał brać więźniów, więc odłożył kajdany do torby, którą to położył z boku. Tak odciążony wyjął tylko sieć. Trzymając ją w lewej dłoni dobył miecza. Zanim ruszył dalej poprawił swój nietypowy kapelusz, splunął i odetchnął.

Szedł pomiędzy drzewami powoli, bacznie rozglądając się na boki. Mannslieb wraz z Morrsliebem świeciły na nieboskłonie dostarczając mu dostatecznie dużo światła pomiędzy rzadko sadzonymi drzewami.

Nagle dostrzegł go siedzącego pod jedną z jabłoni.

Nie było wątpliwości, iż to co siedziało przed nim, było jego celem. Człowiek, o ile tak można go jeszcze nazwać, faktycznie był ubrany w szpitalne ciuchy, brudne, podarte i zakrwawione. Nie miał jednego oka, a jego łysą czaszkę pokrywały blizny. Corvinowi wydawało się, że są one całkiem świeże. Zauważył również, że całe ciało zabójcy pokrywały czarno-zielone plamy, zaś z brwi i ramion wyrastały mu kolce.

„A jednak jest mutantem” – ocenił w myślach.

Łowca spojrzał na dłonie mordercy. Z jego palców wyrastały nienaturalne, długie szpony. Na całej długości pokryte były krwią, która kapała na trzymaną przez nie książkę. To najbardziej zdziwiło Corvina.

Niestety nie miał czasu się nad tym zastanowić. Potwór zauważył go i staną na równe nogi.

Łowca spojrzał na jego oko. Przez chwilę miało zwężone źrenice, słupki niczym kot. Jednak w jednej chwili zmieniły się pod wpływem nieznanej mocy, w normalne, ludzkie. W tym momencie mutant upuścił książkę.

- Czy to ta część ciebie zdołała przetrzymać ten dziennik przez cały ten czas? – krzyknął Corvin. – Dopóki jesteś w stanie, pozwól mi zakończyć twoje cierpienie!

W momencie kiedy wykrzykiwał te słowa, mutantowi po raz kolejny zmieniły się źrenice. Ze zwierzęcym rykiem rzucił się na człowieka.

Corvin zauważył, że pędzi za szybko. Zręcznym młynkiem nie tylko odpędził od siebie szpony przeciwnika, ale także zdołał ugodzić go w ramię. Mutant tylko zaskrzeczał. Ku uciesze łowcy nie był sprytniejszy od człowieka. Impet szarży poniósł go dalej, zmusił do powolnego odwrotu, co dało szansę Corvinowi. Podbiegł w stronę bestii markując szarżę. W momencie kiedy wojownik się zatrzymał, mutant mimowolnie odskoczył, odkrywając się na chwilę. Reinhardt wykorzystał to, trafił bestię pod ramię prostopadłym pchnięciem.

Bestia zaryczała, odbiegła do tyłu i zręcznymi ruchami błyskawicznie wspięła na drzewo. Corvin zaklął. Obserwował jak mutant skacze po gałęziach niczym kot. Nie dał się zdenerwować, cierpliwie czekał.

W końcu bestia skoczyła. Łowca, który trzymał już w pogotowiu sieć przygotował się, wymierzył i rzucił. Sieć oplątała potwora, kiedy ten jeszcze nie dotknął podłoża. Mutant upadł i zaczął się szamotać, tnąc sieć szybkimi ruchami. Corvin cicho go okrążył. W momencie kiedy zdezorientowana bestia wstała na nogi, zasyczała klinga. Ramię mutanta upadło na ziemię tonąc w kałuży krwi.

Potwór w ogromnym wrzasku wpadł w szał. Drugą ręką ciął powietrze. Corvin cierpliwie unikał kolejnych ciosów, aż w końcu wyprowadził swój własny, taki który nie mógł chybić. Kolejne ramię upadło na ziemię.

Bestia stała przez chwilę rycząc w niebo, machając tryskającymi krwią kikutami. Łowca nagród podbiegł i oddał dwa ciosy w uda przeciwnika. Potwór opadł na kolana.

W tym momencie jego oko przybrało po raz kolejny ludzki wygląd. Corvin przyjrzał się w nim przez chwilę, po czym z ulgą oddał cios.

W momencie kiedy głowa mutanta upadła na trawę, z drzew zerwało się stado wron, dotychczas cierpliwie oglądających pojedynek.

***

„Raport w sprawie domniemanego wpływu Chaosu i innych sił nieczystych
na terenie miejscowości Grissenwald, leżącej w prowincji Reikland.

Zdarzenie miało miejsce 30 dnia Przedwiedźmia.

W okolicach miasta już od paru tygodni odnotowywane były zaginięcia
wśród ludności cywilnej, a także krwawe mordy.
Jednakże, nie łączono ich ze sobą.

Śledztwo w tej sprawie, chociaż prowadzone wszystkimi dostępnymi środ-
kami, nie dawało pełnych rezultatów. Na pewno zostałoby sprawnie za-
kończone, gdyby nie zesłany niewątpliwie przez Sigmara nagły obrót zda-
rzeń.
Otóż społeczeństwo mając okazję samodzielnego rozwiązania sprawy –
zrobiło to.
Po zabójstwie jednego z cywili (niech Morr ma w opiece jego duszę), zła-
pania mordercy podjął się podróżnik, niejaki Corvin Reinhardt.

Zapewne mając za sobą trening wojskowy, udało mu się zabić przestępcę,
który to ukazał się pomiotem Chaosu. Sekcję zwłok mutanta dostarczam
razem z owym raportem.

Uczeni doszli do wniosku, że obecność mutanta w rejonach miasta, była
jedynie dziełem przypadku. Pomiot zawędrował tutaj zapewne z półno-
cy, gdzie jak wiadomo ostatnia inwazja pozostawiła bruzdy, które trud-
no zatrzeć.

Nie stwierdzono innych kontaktów z mutantami w rejonie.

Pan Corvin Reinhardt został oczywiście uhonorowany skromną zapłatą za
heroiczną walkę sam na sam w imieniu Imperium i jego mieszkańców.

Niech Sigmar ma w opiece
nas i nasze święte ziemie.

Albus Ethelnor,
Kapitan straży miasta Grissenwald.”


***

Skromna zapłata za heroiczną walkę sam na sam w imieniu Imperium wystarczyła Corvinowi w sam raz na duży, smaczny, ciepły posiłek, a także na gorącą kąpiel i czyszczenie ubrania.

Właśnie leżąc w balii pełnej czystej, gorącej wody wziął do ręki dziennik, który to pokonany przeciwnik początkowo ściskał w dłoni.

Im bardziej wgłębiał się w jego treść, tym bardziej opuszczał go dobry humor. Szczególne dreszcze wywołały w nim ostatnie zapisane strony książeczki.

„Wpis.
Wybrałem pacjenta do nowego projektu. Pierwsza dawka została zaimpli-
kowana.

Wpis.
Pacjent dobrze się trzyma, jest silny. Dwie dawki zostały zaimplikowane wprost do mózgu. Widoczne były niewielkie drgawki ciała.

Wpis.
Pacjent po kolejnych dawkach stał się bardziej agresywny. Mniej śpi.
Postanowiłem zamknąć mu czaszkę.

Wpis.
Pacjent stał się wrażliwy na światło. Widoczne zaczynają być pierwsze
mutacje.”

Corvin zerwał się na równe nogi. Zaklął pod nosem, po czym zaczął się czym prędzej ubierać.

- Gdzieś się wybierasz? – usłyszał damski głos za plecami.

Odwrócił się i spojrzał na kobietę, która stała w wyprostowana wpatrując się w niego. Kobietę, którą powinien już dawno zauważyć.
- Długo tutaj jesteś, Johanna?
- Czyżbym zauważyła rumieniec? – odpowiedziała spokojnie czarodziejka.
- Nie pochlebiaj sobie dziwko. Dobrze wiesz co wyrabia się w tym szpitalu, prawda?
- Prawda. Prawdą jest też fakt, że ty nie masz najmniejszego pojęcia co tam się dzieje. A za ten epitet, którym mnie tak ochoczo obdarzyłeś, powinieneś już nie żyć. Oddaj dziennik.
- Ani mi się śni. Ciekawi mnie, czy Kolegia Magii wiedzą o twoich poczynaniach...
- Nie wiedzą. Czy ta odpowiedź satysfakcjonuje twój apetyt na wiedzę? Czy do twojego tępego umysłu dotarła już ta wiadomość?
- Nie, ale myślę, że wiadomość ta jest na dobrym tropie. Przyjdź jutro w porze obiadowej. Powinna tam już być.
- Niestety nie mam tyle czasu. Oddaj dziennik.
- Jak już powiedziałem – nie mam zamiaru.

Stał za daleko, wiedział o tym.

Jednak postanowił zaryzykować. Nigdy nie zdarzyło mu się walczyć z magiem, ale podejrzewał, że musi zdążyć zanim Johanna skończy inkantację.

Nie zdążył. Czarodziejka skończyła wypowiadać dziwnie brzmiące zdanie, zauważył nienaturalny gest dłoni. Powietrze zawibrowało, a łowca nagród oczekiwał najgorszego. Zgodnie z historiami jakie słyszał, spodziewał się kuli ognia, płomienia otaczającego całe pomieszczenie, spalającego go żywcem. Możliwą byłaby także śmierć od trafienia błyskawicą wystrzeloną z czubka palców wiedźmy.

Nie. Tego co się stało, nie spodziewał się nawet w najgorszych koszmarach.

W przeciągu kilku sekund znalazł się na podłodze. Zalany potem... i łzami. Fala okropnych uczuć napłynęła niewiadomo skąd. Jesteś zerem. Jesteś nikim. Nie ma dla ciebie tutaj miejsca. Jesteś sam. Te słowa nie mogły go zranić. Nie w normalny sposób. Ale to nie była naturalna sytuacja. Wiedział o tym, ale jedyne co mógł zrobić, to zwinąć się w kłębek i płakać. Magicznie wywołane emocje zawładnęły jego myślą. Przejęły kontrolę.

Nic nie zrobił sobie z tego, iż kobieta stojąca obok, z twarzą pełną nienawiści wlewa mu do ust nieznaną substancję.

***

Nieważne jak w to się wplątałem. Należy się zastanowić, jak się z tego wyplątać.

Usłyszał huk otwieranych drzwi i odgłos ciężkich kroków. Z prawej strony wyłonił się znany mu już doktor Sigric Tilmann.
- Och, pan Reinhardt raczył się obudzić.
- Przysięgam ci skurwielu, jak się stąd...
- Nie, nie, nie, ciiiicho... Nie mogę pozwolić, aby złożył pan obietnice, jakich dopełnić nie jest pan w stanie.

Na jego okrągłej twarzy pojawił się obleśny uśmiech. Dłonią przetarł zaplute wąsiska, a potem koszulę na opasłym brzuchu.

- Przepraszam za stan pokoju – odezwał się znowu. – Szykuję dla pana coś wygodniejszego. Ostatnio zwolniło nam się jedno miejsce.

Zaśmiał się.

- Chodź malutka, koniec tych zabaw. Pora na sen, ja mam jeszcze sporo pracy.

Po tym jak to powiedział, Corvin ujrzał nastoletnią dziewczynę wychodzącą z pokoju za Tilmannem. W jej spojrzeniu widział przerażenie. Nie wiedział skąd, ale wydawało mu się, że dziewczyna jest niema, podobnie jak jedna z jego sióstr. Sióstr, których już nie ma.

Co więcej, zauważył plamy krwi na długiej koszuli w jaką była ubrana.

Obiecał śmierć doktorowi Sigricowi Tilmannowi.

Ból w nadgarstkach nie pozwalał zasnąć. Susza panująca w ustach stawała się nie do zniesienia. Kurz opadający na język powoli nabierał smaku. Corvin niemal stracił nadzieję na ocalenie. Musiałby wydarzyć się cud.

Usłyszał jak jego cud, powoli, małymi kroczkami zbliża się do jego krat. Ujrzał dziewczynkę, którą to doktor na nieszczęście wybrał jako swoją prywatną pacjentkę. W dłoniach trzymała klucze. Otworzyła celę, następnie łańcuchy więżące mężczyznę.
- Dziękuję – powiedział. – Ty... Przecież ty jesteś całkowicie zdrowa, prawda?

Próbował dotknąć jej głowy, lecz dziewczyna zwinnie uchyliła się przed dłonią i szybko czmychnęła w stronę pokoju doktora.

- Nie, czekaj! – odpowiedział głośnym szeptem Corvin, po czym zaklął cicho i pobiegł w drugą stronę.

Przekradał się cicho korytarzami, modląc się, aby drzwi kuchni nie zostały jeszcze naprawione. Miał nadzieję, że drzwi owe, przez które zbiegł znany Corvinowi nieszczęśnik, były jedynie prowizorycznymi deskami do czasu, aż przyjedzie ślusarz.

Zdawał sobie sprawę, że jest blisko celu.

Usłyszał przed sobą dwa męskie głosy, niewątpliwie strażników. Zbliżając się, próbował uchwycić jakieś zdania.

- Popatrz no jaka czapa! Przed deszczem może to i uchroni, ale dupy córeczki czcigodnego młynarza Adolfa ni cholery nie dojrzysz!

Po sali rozległ się śmiech. Oprócz dowcipnisia znajdowała się w pomieszczeniu jeszcze jedna osoba.

- Sieć, kajdany... – odezwał się ten drugi. – Mam nadzieję, że doktorek tym razem nie przesadził i nie dorwał kogoś ważnego, na przykład znajomego kapitana straży.
- Gadasz bzdury, ten włóczęga nie ze straży. Ja się cieszę, widziałem go, twardy jest. Może nie będzie tak wył po nocach jak inni.
- Mam już tego dość, doktorek będzie musiał mi dodać monet ponad ten ekwipunek.

Korytarz pogrążony był w niemal całkowitej ciemności. To ułatwiło łowcy nagród skradanie. Postanowił podjąć ryzyko. Wściekłość wygrała z rozsądkiem.

Wyłonił się z mroku niczym zjawa.

Chwycił za rękojeść miecza twardo siedzącego w pochwie przeciwnika. Zaskoczenie dawało mu dużą przewagę. Udało się.

Rozbrojonego przeciwnika odrzucił gwałtownie na stronę, drugi otrzymał cięcie od dołu, tracąc połowę żuchwy i sporą część gardła. Ten na podłodze nie zdążył się podnieść, miecz przybił go do podłogi. Corvin nie wyciągnął go, uznał to za bardzo ciekawą kompozycję.

***

Dobiegł do znanego mu rozstaju dróg.

Mroczne wzgórze wznosiło za jego plecami. Poczuł się bezpiecznie. Jednocześnie poczuł wstyd. To powinno się skończyć inaczej. Przynajmniej jedna osoba w tym budynku zasługiwała na wolność. Na Życie.

Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni płaszcza buteleczkę zakupioną „na czarną godzinę”. Pomimo zniechęcenia do magii wypił jej zawartość. Ciepło wypełniło jego ciało, poczuł jak siła częściowo powróciła.

Zawsze jest jakiś wybór. To jego własne słowa.

Dokonał wyboru.

Poprawił kapelusz i miecz przy pasie. Ruszył w górę mijając majestatyczny, stary dąb.

Corvin atakował z ciemności. Zabijał bez litości. Wśród jęków, wycia, pełnego obłędu śmiechu pacjentów wyłaniał się zza zasłony cienia. Po tym jak polała się krew. znikał z powrotem.

Był pewien, że tej nocy nie będzie miał koszmarów.

Jedyny strażnik jaki przeżył, wylądował później w podobnym przytułku.

Mówił jedynie o rządnym krwi demonie z ciemności.

O śmierci, wychodzącej ze ścian.

O aniele zemsty, zesłanym aby karać ich za grzechy.

Tej nocy, Hexensnacht, Nocy Wiedźm, w ośrodku Wahnsinn Asylum polała się krew winnych.

Potwór skoczył na niego niespodziewanie. Corvin ledwo zdążył uskoczyć przed ciosem. W szale zaczął rąbać zdezorientowanego przeciwnika.

Istota, która niegdyś była Waldorem Uto upadła na podłogę zamroczona. To dało czas Corvinowi na złapanie dziewczynki i wypuszczenie jej z pokoju. Wymierzył jeszcze jeden cios Sigricowi Tilmannowi. Pięścią, tak aby nie zabić. Gdy wybiegł zamknął drzwi pracowni na klucz. Z uśmiechem patrzył, jak bestia będąca niegdyś łowcą czarownic podnosiła się.

Uciekając nakazał trzymanej w ramionach dziewczynie zatkać uszy.

Nie słyszała wrzasków rozrywanego na strzępy doktora.

***

Byli już na dworze.

Potrzebowali pomocy lekarskiej, głównie dziewczyna. Wiedział, że muszą udać się do najbliższej świątyni.

Nagle zauważył siedzącego na murze, wpatrującego się w nich białego gołębia.

Ptak nagle wzbił się na niewielką wysokość i zaczął fruwać nad ścieżką, tak jakby wskazać chciał właściwą drogę.

Corvin nie mógł uwierzyć własnym oczom.

Uśmiechnął się tylko i ruszył drogą, jaką wskazywał mu gołąb.
Lubię to
 Lubi to 0 osób
 Kliknij, by dołączyć
Zobacz też
Słowa kluczowe: warhammer, rpg, zmierzch, złe, ziemie

Podobne newsy:

» Aktualizacja sekcji RPG!
50%
» Nowa karta postaci!
44%
» Koniec Warpstone w 2009 roku!
44%
» Otwarty indeks polskojęzycznych opracowań do ...
40%
» Lyonesse: Miasto, Mgła, Maszyna
29%
 
Podobne artykuły:

» Autorski projekt na łamach UF
75%
» Aktualizacja sekcji RPG
67%
» Historia Sylvanii!
67%
» Wampirzy Emisariusz
67%
» W służbie władców Sylvanii!
67%


Dodaj komentarz, użytkowniku niezarejestrowany

Imię:
Mail:

Stolica Polski:



Twój komentarz został dodany!

Kliknij, aby odświeżyć stronę.




Artykuły

Gry komputerowe
Główne Menu

Gry RPG

Polecamy

Patronujemy
Aktywność użytkowników
madda99 zarejestrował się! Witamy!
_bosy skomentował Blood 2: The Chosen - recenzja
_vbn skomentował Mapy Starego Świata
wokthu zarejestrował się! Witamy!
_Azazello Jr skomentował Gdzie diabeł nie mówi dobranoc. "Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow - recenzja
Gabbiszon zarejestrował się! Witamy!
Liskowic zarejestrował się! Witamy!
_Kamila skomentował "Brudnopis", Siergiej Łukjanienko - recenzja

Więcej





0.062 sek