Warhammer >> Opowiadania >> Ostrze Korgisa

| | A A


Autor: Marek Ambroziński
Data dodania: 2007-07-24 00:05:32
Wyświetlenia: 5246

Ostrze Korgisa

Ciemność otulająca Ziemię swym płaszczem, skrywająca w sobie najdziksze jej tajemnice stopniowo cofała się przed blaskiem pochodni tylko po to, aby zaraz zamknąć jej drogę z drugiej strony. Dwójka przerażonych wyrostków z trwogą wpatrywała się w dal próbując przeniknąć wzrokiem teren poza kręgiem światła. Cisza huczała im w uszach sprawiając, że najmniejszy trzask gałęzi pod stopami, czy szelest liści poruszonych przez spokojny podmuch wiatru sprawiał, że ciarki przechodziły im po plecach. Czas biegł powoli, gdy każdy kolejny krok był dla nich tryumfem. Wreszcie usłyszeli szmer strumyka i zaczęli pewniej zmierzać w jego kierunku. Po chwili ich oczom ukazała się niewielka polanka. W jej centrum znajdowało się wygasłe palenisko, wokół którego porozbijane były namioty. Przy strumyku leżały dwa ciała.
-Widzisz teraz, że mówiłem prawdę – Gilad szeptał, bojąc się podnieść głos choćby odrobinę. – Jeźdźcy zaskoczyli wartowników nie dając im żadnych szans do obrony. Resztę wymordowali w namiotach. Potem nagle zaczęli uciekać w panice zostawiając cały łup.
- Czemu nie zabrałeś niczego sam, tylko przyprowadziłeś tu mnie?
- Miałem stracha, że zaraz tu wrócą i ktoś mnie zauważy. Teraz szkoda czasu; Ty zajmij się ciałami wartowników, ja przeszukam namioty. Podzielimy się łupem po połowie.

Gilad z błyskiem w oku odcinał sakiewki martwym i wrzucał co cenniejsze przedmioty znalezione w namiotach do worka. Tylko jeden ze „śpiących” nie miał przy sobie nic wartościowego. Nic, poza sztyletem, któremu młody chłopak postanowił przyjrzeć się dokładniej. Pomimo ciemności zauważył, że złota rękojeść miała kształt orła, którego rozpostarte skrzydła stanowiły ochronę dla ręki. U jej nasady został umieszczony szkarłatny diament w kształcie kropli. Młodzieniec bez namysłu schował ten skarb do buta i wyszedł z namiotu. Po chwili razem z towarzyszem skradali się spowrotem przez las, znów stawiając czoła ciemności.

***

Akolita w skupieniu przypatrywał się nieruchomej postaci swojego mistrza. Siedział na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Gładkie, niemalże chłopięce dłonie spoczywały na kolanach. Twarz sprawiła wrażenie wykutej w skale. Chociaż głowę miał zwróconą w stronę drzwi, jego szeroko otwarte oczy nie widziały ich. Allan, kapłan Ulryka był w transie. Caen zaczął zastanawiać się ile jego mistrz ma lat. Zawsze myślał o nim jako o staruszku, jednak teraz zdał sobie sprawę, że jest pewnie jakieś dwadzieścia lat starszy od niego, nie więcej. Krótka broda przetykana pasmami siwizny, oraz zmarszczki na czole, to raczej skutki życia, jakie prowadził, a nie prawdziwe oznaki starości. Caen odegnał szybko te myśli, zdając sobie sprawę z ich trywialności i zamknął oczy, zwracając swe myśli ku Ulrykowi. Kiedy zakończył modlitwę, Allan był już przytomny. Jego twarz jak zwykle nie przedstawiała żadnych emocji.
- Ostrze Korgisa znajduje się w mieście. Niesie je młody chłopak, który jakimś cudem odebrał je magowi. W rękach nie obdarzonego sztylet ten może być niezwykle niebezpieczny.
- W jaki sposób?
- Posiada własną wolę, która potrafi zapanować nad umysłem niezdolnym do oporu. Musisz go odzyskać, jednak nie idź sam. Nie wiem, jaką moc może posiadać chłopak w momencie, kiedy go odnajdziesz. Będzie potrzebny Ci towarzysz wprawiony w fechtunku. Najlepiej, niech będzie to krasnolud, gdyż są one mniej podatne na oddziaływanie sztyletu.
- Jak rozpoznam chłopaka?
- Zamknij oczy.
Kiedy Caen posłuchał, ujrzał młodzieńca średniego wzrostu. Nieproporcjonalnie duża głowa wyglądała dość zabawnie, osadzona na rachitycznym ciele. Krótkie, blond włosy i kozia bródka tego samego koloru podkreślały ciemną karnacje skóry. Chłopak wyglądałby bardzo przeciętnie, gdyby nie jego oczy. Jasne i rozmarzone zdawały się odbijać jednocześnie błękit nieba i taflę oceanu. Akolita mógłby przysiąc, że skrywają jakąś tajemnicę. Wizja, którą ujrzał nie była osadzona w konkretnym miejscu w przestrzeni. Był to jedynie zapis tego, co widział w transie jego mistrz.
- Gdzie mam go szukać?
- Wydaje mi się, że niedługo uda się do jakiegoś zielarza. Będzie potrzebował narkotyków, żeby odurzyć umysł chłopaka i tym łatwiej kierować jego ciałem.

***

Gilad z satysfakcją obserwował, jak ciało przyjaciela padało u jego stóp. Pochylił się, aby wyjąć nóż z jego piersi. Zatrzymał się chwilę w tej pozycji, aby jeszcze raz przyjrzeć się twarzy zmarłego. Półotwarte usta, na których zamarł jęk bólu oraz szeroko, ze zdziwienia otwarte oczy wzbudziły w nim radość. „Zawsze trochę przypominał mi żabę”- pomyślał i uśmiechnął się szeroko. Wstał i wytarł z ostrza ciepłą krew. Diament na rękojeści zajaśniał własnym blaskiem. Korgis był zadowolony.

***

Caen z wahaniem przestąpił próg „Ostatniej kropli”. Gospoda ta, zwana często „knajpą rzezimieszków”, lub „ostatnią kroplą krwi” nie miała dobrej reputacji w Middenheim. Szczerze mówiąc była ostatnim miejscem, w jakim chciałby być teraz młody akolita, gdyby nie łączyły go z nią żadne interesy. Kiedy poprosił swojego przyjaciela - Bergana, aby pomógł mu znaleźć odpowiedniego towarzysza do wypełnienia swojej misji, ten skierował go do tej gospody i powiedział, żeby odszukał krasnoluda imieniem Yarrid.

Caen stał chwilę w drzwiach, dopóki wzrok nie przyzwyczaił mu się do panującego w izbie półmroku. Zawieszony u stropu żyrandol oświetlał pomieszczenie tylko w takim stopniu, w jakim było to konieczne, aby ludzie nie potykali się o krzesła w drodze do stolika. Jednak najgorszy był wszechobecny w gospodzie smród. Akolita nie zdziwiłby się, gdyby okazało się, że główną ozdobą karczmy jest zawieszony na ścianie, rozkładający się snotling.

Rozejrzał się po izbie. Jego wejście nie zwróciło niczyjej uwagi. Większość obecnych, w raczej pustym pomieszczeniu zajętych była obserwowaniem bójki rozgrywającej się na samym środku i dopingowaniem swoich faworytów. Poza tym, przy jednym ze stolików zauważył uśmiechniętego człowieka wysłuchującego opowiadania siedzącego naprzeciw niego krasnoluda. Twarzy tego drugiego nie mógł zobaczyć, ponieważ był odwrócony do niego plecami. Jednak rzucający się w oczy, sięgający aż do karku pomarańczowy irokez zgadzał się z opisem Bergana. Nie wiedząc za bardzo co ma robić, Caen podszedł do baru i zamówił mały kufel piwa. Na szczęście, zanim zdążył wziąć pierwszego łyka, kątem oka zobaczył jak człowiek przy stoliku wręcza swojemu rozmówcy sakiewkę i zadowolony wychodzi z gospody. Teraz on mógł podejść do stolika krasnoluda. Twarz wojownika okazała się nie tak szpetna, jak opisał mu to przyjaciel. Liczne, pokrywające ją blizny były wizytówką niemal każdego rzezimieszka i nie zrobiły na akolicie większego wrażenia. Najbardziej w oczy rzucał się nos krasnoluda, przebity dość dużej średnicy gwoździem. Nadawał on twarzy wyraz groźny i ponury. Wojownik był raczej niski nawet jak na swoją rasę, co było zauważalne również wtedy, kiedy siedział. Był jednak dużo bardziej umięśniony. Szerokie barki, olbrzymie bicepsy i przedramiona przypominały Caenowi podobizny Grungniego, które pamiętał z ksiąg, które studiował. Krasnolud był ubrany dość schludnie, co było nietypowe dla najemnika. Skórzany kaftan, który nosił musiał być niedawno kupowany.
- Nazywam się… - Caen nie wiedział za bardzo jak zacząć rozmowę.
- Nic mnie to nie obchodzi. – odburknął Yarrid chrapliwym głosem.
- Postawić Ci kufel ale? – postanowił zaryzykować i od razu usiadł naprzeciwko krasnoluda. Tamten skinął głową, więc akolita zawołał barmana. Po chwili obaj sączyli swoje piwa.
- Szukam osoby, która pomogłaby mi w dość delikatnej sprawie. Bergan polecił mi ciebie.
- Nie mieszam się w sprawy czarodziei.
- Hojnie ci to wynagrodzę. – Caen nie poddawał się. - Chodzi o odzyskanie pewnego przedmiotu, który wpadł w niewłaściwe ręce. Nie powinno ci to sprawić wiele problemu. Szukana osoba znajduje się w mieście.
- W gardle mi wyschło od tego gadania. – rzucił krasnolud. Kolejne zamówione przez Caena piwo wypił duszkiem, po czym kontynuował. - 500 złotych koron. 100 teraz, reszta po wykonaniu zadania.
Na szczęście akolita był przygotowany na taką sumę. Odpiął od pasa sakiewkę i wręczył krasnoludowi. Tamten ledwo na nią zerknął i od razu schował do kieszeni.
- Nie przeliczysz?
- Nigdy byś mnie nie oszukał. – Yarrid mrugnął do niego.
- Będę ci towarzyszył w poszukiwaniach. – Caen poczuł ulgę, że tak łatwo wszystko poszło. - Spotkamy się jutro o świcie przy tablicy ogłoszeń w Altmarku.

***

Zgodnie ze wskazówkami Allana, poszukiwania zaczęli od zielarzy. Na rynku nie było sensu nikogo pytać, ponieważ przewijało się przez niego zbyt dużo osób i nikt z pewnością nie pamiętałby niczym nie wyróżniającego się chłopaka. Poza tym na stoiskach raczej nie dałby rady kupić żadnych narkotyków. Przewijało się tam zbyt dużo straży miejskiej. Pierwszym sklepem, do jakiego trafili był „Ogród Harpenfoota”. Powitał ich tu wesoły i uprzejmy halfing, który nie zraził się wyglądem Yarrida. Trajkotał bez przerwy reklamując swoje towary. Dopiero, kiedy usłyszał, że klienci nie mają zamiaru niczego kupować, a jedynie szukają jakiegoś wyrostka, mina mu zrzedła. Bąknął pod nosem, że nikogo takiego tu nie widział i nawet nie pożegnał się z niedoszłymi klientami, kiedy wychodzili. W kolejnym sklepie zielarskim przywitała ich stara kobieta. Próbowała im pomóc jak mogła i nawet wymieniła chyba wszystkich klientów, którzy kupili u niej cokolwiek w ciągu ostatnich dwóch dni. Jednak szukanego chłopaka nigdy nie widziała na oczy.
Dwójka towarzyszy kontynuowała poszukiwania, aż około południa trafili na ponure uliczki Ostwaldu. Nie wiązali z tą dzielnicą większych nadziei, dlatego zdziwili się, kiedy w niewielkiej alejce, kończącej się ślepym zaułkiem zauważyli przybitą do drzwi tabliczkę, na której napisane było po prostu „Zielarz”. Pchnęli drzwi, które stawiając lekki opór otworzyły się ze skrzypem. W środku panował niesamowity bałagan. Ampułki leżały na podłodze porozbijane po strąceniu z regałów, woreczki z ziołami były porozrywane i rozrzucone po całym pomieszczeniu. Wszędzie czuć było intensywną woń pomieszanych mikstur, która nie dawała swobodnie oddychać. Na podłodze przed ladą leżał dość otyły mężczyzny. Nosił na sobie znaki wielokrotnych cięć, z czego największe przebiegało wzdłuż szyi. Wokół jego głowy mnóstwo było zakrzepłej krwi.
- Niezły burdel – podsumował Yarrid.
- Taaa… Nasz młody kryminalista nie grzeszy subtelnością metod – Caen starał się, aby jego głos brzmiał naturalnie, jednak nie mógł powstrzymać jego drżenia.
- Co teraz?
- Właśnie, co teraz? – pomyślał młody akolita – Bardzo dobre pytanie. Jak mamy znaleźć tego chłopaka w mieście tak dużym jak Middenheim? Możemy dalej starać się rozszyfrowywać jego zamiary i iść śladem trupów, ale do czego to nas doprowadzi? Przecież trupy nie powiedzą nam dokąd udał się ich oprawca i gdzie najczęściej bywa. Mam nadzieję, że Allan coś wymyśli, bo na bystrość umysłu krasnoluda raczej nie mogę liczyć.

W tym momencie do sklepu wszedł jakiś młody halfing. Rozejrzał się po pomieszczeniu zaskoczony. Jego wzrok padł na martwego sklepikarza, potem przeniósł się na akolitę, a następnie przerażony spoczął na wojowniku. Nie czekając ani sekundy dłużej wybiegł ze sklepu. Zanim Caen zdążył zareagować, Yarrid rzucił się za nim w pogoń. Halfing bez namysłu pobiegł w stronę ślepego zaułka. Rzucił się na ziemię przed murem w miejscu, gdzie znajdowała się niewielka wyrwa, a następnie z trudem przeczołgał się na drugą stronę. Krasnolud z wściekłością uderzył pięścią w mur, po czym nie poddając się, podjął próbę wspinaczki. Nie znalazł jednak wystarczająco stabilnego oparcia, które utrzymałoby jego ciężar, więc pospiesznie wrócił do sklepu.

- Nie wytrzeszczaj tak na mnie oczu, tylko rusz zadem. – Yarrid warknął w stronę akolity. – Zaraz tu będzie straż.
Caen nie sądził, aby straż miejska ochoczo interweniowała w takich dzielnicach, jak Ostwald. Szczególnie po tym, jak halfing opisze im wygląd Yarrida. Według niego bardziej prawdopodobne byłoby to, że strażnicy poczekaj parę godzin, aż będą pewni, że sprawcy znacznie się już oddalili i wtedy dopiero przyjdą sporządzić raport. Trup przecież im nie ucieknie. W każdym razie akolita bez namysłu ruszył za swoim towarzyszem. Nie miał pomysłu, gdzie mogliby szukać teraz prawdziwego mordercy, dlatego zaproponował krasnoludowi, aby rozdzielili się do wieczora, po czym udał się do swojego mistrza. Kiedy wszedł do jego celi, Allan studiował jakąś księgę. Gdy odwrócił się do akolity jak zwykle jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Również swoim zwyczajem pominął powitanie i od razu przeszedł do rzeczy.:
- Widzę po twojej minie, że nie odniosłeś jak dotąd znacznych sukcesów.
- Nie mistrzu. – Caen zmieszał się trochę. – Tak jak mówiłeś chłopak udał się do sklepu zielarskiego, gdzie zamordował właściciela. Nie wiem jednak, jak mam szukać jego śladów.
- Spróbuję udzielić ci jakiś wskazówek. – Allan przeniósł się z krzesła na podłogę i wbił swój wzrok w jakiś punkt na ścianie. Zaczął zapadać w trans. Zbudził się dopiero po około godzinie. – Nie widziałem go, lecz zdołałem dotrzeć do jego emocji, odczuć je razem z nim. Rośnie w siłę i tryumfuje po tym, jak całkowicie zapanował nad ciałem tego wyrostka. Zdaje sobie jednak sprawę tego, że ciągle jest zbyt słaby, a ryzyko mordowania w mieście jest zbyt wysokie, dlatego chce stąd uciec. Nie wiem kiedy i w jaki sposób chce opuścić miasto, ale to jest twoja szansa na znalezienie jego tropu.
Chwilę później Caen szedł już w kierunku „Ostatniej Kropli”, gdzie umówił się z Yarridem. Był tak pogrążony w swoich myślach, że nawet nie poczuł pierwszych kropel deszczu spadających z ciemnych, burzowych chmur zwiastujących ulewną noc. Starał przypomnieć sobie wszystkie drogi, jakimi można wydostać się z Middenheim, ale niewiele przychodziło mu na myśl. Cztery bramy i dwie windy krzesełkowe. Murami nie sposób wydostać się z miasta zbudowanego na skale. Oprócz tego istniały jeszcze podziemne tunele, którymi można podobno dostać się na zewnątrz, ale wątpliwe jest, aby ktoś ryzykował poruszania się tymi labiryntami. Musi więc wyjechać stąd którąś z oficjalnych, nieustannie obserwowanych dróg. Zatem najlepszym wyjściem wydaje się przekupienie jakiegoś strażnika przy każdej z bram, aby dał znać, jeśli poszukiwany chłopak będzie chciał wydostać się w miasta. Plan ten wydawał się akolicie zbyt prymitywny, aby mógł się powieść, jednak nie przychodziło mu na myśl nic lepszego.

W „Ostatniej Kropli” gwar i wrzaski były jeszcze większe niż ostatnio. Tym razem było tu również dużo więcej ludzi. Większość stolików była zajęta, a w rogu sali znowu toczyła się jakaś bójka. Krasnoluda nigdzie nie było widać, dlatego Caen zaryzykował wmieszanie się w tłum gapiów stawiających zakłady i dopingujących walczących. Ku swemu przerażeniu w samym środku utworzonego kółka zobaczył Yarrida przyjmującego na siebie kolejne ciosy wyższego od siebie o pół metra osiłka. Akolita nie wiedział, czy najemnik był tak wytrzymały, czy tak pijany, jednak uderzenia wydawały nie robić na nim większego wrażenia. Krew toczyła mu się z nosa, oraz z rozciętego łuku brwiowego zalewając jedno oko. Nagle wydał z siebie przerażający okrzyk i pochylony natarł na przeciwnika. Złapał go trochę powyżej kolan i natarł z całej siły przewracając osiłka na ziemię. Korzystając z jego chwilowego zamroczenia usiadł na nim okrakiem i zaczął bezlitośnie okładać go po twarzy. Z pewnością zamieniłby ją w krwawą miazgę, jednak ten poddał się na chwilę przed utratą przytomności. Yarrid wstał wydając tryumfalny okrzyk po czym chwiejnym krokiem podszedł do stolika i opadł na krzesło. Parę osób podchodziło do niego i gratulowało walki, jednak on zbywał ich gniewnym pomrukiem. Ożywił się dopiero, kiedy przysiadł się do niego schludnie ubrany halfing. Ten podał mu rękę i mówił coś uśmiechając się. Wręczył mu wygrane pieniądze, poklepał po ramieniu i odszedł do swoich kompanów. Yarrid rozejrzał się po pomieszczeniu i teraz dopiero dostrzegł przyglądającego się mu akolita. Ten podszedł do niego z niepewną miną.

- Będziesz w stanie wyruszyć w dalsze poszukiwania? – zapytał Caen.
- Daj odpocząć. Napij się z Yarridem, dziś ja stawiam.
Akolita odmówił trunku i wyszedł z gospody. Był trochę zdenerwowany, jednak pomyślał, że z drugiej strony może łatwiej będzie mu się rozmawiało ze strażnikami nie mając przy sobie tego rzeźnika.

***

Orrin zaklął pod nosem widząc zbliżającą się ulewę. Zawołał do kolegi, który wracał się do koszar, żeby przyniósł mu jakiś płaszcz. Po chwili okrył się nim, zakrywając częściowo mundur straży miejskiej. Oparł się o bramę. „Jeszcze jedna cholerna godzina i zamykamy bramę. Niech ta chędożona ulewa poczeka jeszcze chwilę” - mruczał pod nosem patrząc na niebo. Nagle zobaczył gnający w jego stronę rozpędzony wóz. Na nim stała postać wymachująca wściekle batem, aby ponaglić konie. Cała była okryta płaszczem, z którego wystawały skrzydła. Wiatr zrzucił z jej głowy kaptur ukazując chłopięcą twarz. Widać było na niej szaleństwo. Dziki śmiech. Błyszczące, szkarłatne oczy.
- Na Ulryka… - bezgłośnie szepnął Orrin stojąc w miejscu, jak gdyby był wryty w ziemię – To demon.
Dwóch strażników, którzy widocznie nie przyjrzeli się siedzącej na wozie postaci stanęli na środku karząc się jej zatrzymać w imię prawa. Nie zdążyli uciec przed kopytami koni, które przygniotły ich do ziemi. Orrin ocknął się jako pierwszy i zaczął krzyczeć na alarm patrząc na oddalający się wóz.

***

Zanim Caen dotarł do Wschodniej Bramy, pogoń zdążyła już wyruszyć za wozem. Na dworze panował półmrok, a ulewa, która rozpoczęła się już na dobre dodatkowo pogarszała widoczność. Akolita dowiedział się od jednego ze strażników co się stało i bez wahania wrócił do karczmy po Yarrida. Ten siedział samotnie przy stoliku na którym stały cztery puste kufle, w ręku dzierżąc kolejny opróżniony do połowy. Skrzywił się widząc Caena i początkowo nie miał zamiaru wychodzić z nim na tą ulewę. Dopiero, kiedy usłyszał o całym zajściu zerwał się na równe nogi. Alkohol wzburzył w nim krew i podsycił jeszcze pragnienie walki. Żaden z towarzyszy nie potrafił jeździć konno, dlatego zmuszeni byli wypożyczyć wóz. Udali się do siedziby Kompani Przewozowej Winhund z pośpiechem, aby zdążyć przed zamknięciem bram. Wynajęli zaprzężony wóz, oraz woźnicę płacąc za wszystko z góry i udali się w pogoń. Caen wątpił, aby mieli jakieś szanse znaleźć tego dziwnego młodzieńca, jeśli nie uda się to straży miejskiej, ale to był jedyny trop, którego musiał trzymać się kurczowo. Wyjechali z miasta na szeroki trakt. Zapadł zmrok i rozpętała się prawdziwa wichura. Jedynym źródłem światła była lampa oliwna, która niewiele poprawiała widoczność. Niemalże na ślepo pędzili do przodu. Wóz nieustannie podskakiwał na wybojach, sprawiając wrażenie, jakby miał się zaraz rozpaść. Woźnica przekrzykując wiatr i dudnienie kół przekazał akolicie, że musi zwolnić, ale zrezygnował gdy ten wsunął mu do kieszeni garść złotych monet. Po jakimś czasie, gdzieś w oddali usłyszeli, jak strażnicy zaczęli nawoływać się wzajemnie. Widocznie postanowili nie ryzykować podróży w taką pogodę i zabierali się do powrotu. Caen zamknął oczy i zwrócił się ku Ulrykowi. Przywołał zapamiętany przez siebie obraz chłopaka i zaczął wyobrażać sobie wszelkie okropności jakie będzie zdolny niedługo uczynić. Przepełniło go poczucie żalu i pragnienie powstrzymania tej maszyny śmierci. Prosto z jego serca popłynęła modlitwa do boga o natchnienie i pomoc w odnalezieniu Ostrza Korgisa.

Akolita nakazał woźnicy zawrócić. Nie wiedział czy robi dobrze, ale postanowił zaufać swojemu przeczuciu. Jeszcze nie nauczył się odróżniać głosu boga, od własnej wyobraźni, która czasami wydaje się go naśladować, ale teraz nie widział po prostu innego wyjścia. Jechali jeszcze kilka chwil, kiedy za plecami usłyszeli stukot kopyt. Strażnicy przejechali galopem obok nich i zniknęli w dali. Niedługo po tym, Caen nakazał zatrzymać wóz. Podziękował woźnicy i wraz z krasnoludem skręcili w las zanurzając się w ciemności. Ubrania przemokły im już dawno, a teraz jeszcze buty zapadające się w błocie dodatkowo utrudniały marsz. Yarrid nie odezwał się słowem od czasu wyjścia z gospody. Pewnie dzierżył w rękach swoje dwa, potężne topory. Ani razu żaden grymas nie skrzywił jego twarzy. Oczy błyszczały mu na myśl o nadchodzącej walce. Akolita marzył o zachowaniu takiego spokoju. Sam trząsł się w równym stopniu z zimna, co ze strachu. W przeciwieństwie do krasnoluda, jego wzrok nie przenikał z taką łatwością ciemności, które pobudzały jego wyobraźnię stawiając mu przed oczami wizję najprzeróżniejszych bestii. Miał ochotę uciec stąd do swojej suchej, spokojnej celi. Jedynie świadomość, że Ulryk jest przy nim pozwalała mu iść wciąż przed siebie na spotkanie z wrogiem. Mimo to, chciał mieć już wszystko za sobą.
Nie musiał czekać długo. Wkrótce Yarrid odbił lekko w prawo widząc dość niskie, lecz szerokie wejście do jaskini. Caen podążał za nim ufając całkowicie wzrokowi krasnoluda. Jeszcze raz zwrócił się z modlitwą do Ulryka i przed wejściem do jaskini pojawił się krąg światła. Zwabiona tym postać wysunęła się z jej wnętrza i stanęła naprzeciw towarzyszy. Akolita, który do tej chwili był przekonany, że opowieści strażników o pędzącym demonie były mocno przesadzone, teraz sam zamarł z przerażenia. Postać, którą miał przed sobą w niewielkim stopniu przypomniała chłopaka, jakiego pamiętał z wizji zesłanej mu przez mistrza. Zagadkowe, błękitne oczy zostały zastąpione przez pełne nienawiści, szkarłatne ślepia. Zęby wydłużyły się i wyostrzały, przypominając kły pantery przystosowane do rozszarpywania ofiar. Podobnie palce lewej ręki przekształciły się w ostre niczym brzytwy szpony stając się śmiercionośną bronią. W drugiej ręce dzierżył sztylet będący źródłem tego przekleństwa. Z pleców wyrastały skrzydła, które jednak nie wydawały się jeszcze zdolne do tego, aby unieść ciało w powietrze. Najbardziej przerażające w demonie było to, że ciągle miał wiele cech człowieka. Caen wolałby już mieć przed sobą samego władcę piekieł niż tą złowieszczą karykaturę człowieka, która do niedawna była zwykłym, przestraszonym wyrostkiem.

Yarrid, nie oglądając się na swojego towarzysza ruszył szarżą w stronę potwora. Tamten, w ostatniej chwili usunął się z zadziwiającą prędkością i pazurami rozszarpał polik wojownika. Krasnolud wykonał szybkie cięcie na wysokości szyi monstrum, jednak przeciął jedynie powietrze. Demon po błyskawicznym uniku, zrobił krok w przód i znów stanął twarzą do przeciwnika. Doskoczył do niego, wbijając mu nóż w pierś. Ostrze jakimś cudem przebiło się przez skórzany kaftan i ukrytą pod nim kolczugę, ale nie dosięgło serca. Yarrid nawet nie próbował blokować ciosu. Korzystając z tego, że miał przeciwnika tuż przy sobie uderzył go głową rozbijając nos. Demon zrobił krok w tył, wystawiając się na kolejny atak wojownika. Ten uniósł oba topory w górę i ponownie ciął na wysokości szyi monstrum. Tym razem ostrza napotkały opór i wbiły się w ciało demona. Odrąbana głowa potoczyła się po ziemi.
Caen nie mógł nadziwić się odwadze i sile krasnoluda. W jeszcze większe zdumienie wprawił go jednak sposób walki potwora. Spodziewał się raczej magii i niezwykłej siły, a zobaczył jedynie pokaz zręczności i szybkości. Cała walka wydawała mu się całkowicie nierealna. Wszystko zdawało się tu być zbyt proste. Może faktycznie demon był jeszcze zbyt słaby… Wyjął Ostrze Korgisa z jego ręki i natychmiast oddał kompanowi. Wspólnie udali się w drogę powrotną.

***

Deszcz ustał i w mroku nocy słychać było jedynie szelest liści poruszanych przez dwójkę podróżników. Nagle ciszę przerwał rozpaczliwy krzyk jednego z nich i śmiech drugiego. Samotna postać pewnie poruszała się w ciemności zmierzając w stronę traktu. Korgis był zadowolony.
Lubię to
 Lubi to 0 osób
 Kliknij, by dołączyć
Zobacz też
Słowa kluczowe: namiestnik, sylvania, stary, świat, warhammer, rpg.zmierzch

Podobne newsy:

» Aktualizacja sekcji RPG!
31%
» Startuje Pafhammer!
25%
» Nowy Świat Gier Planszowych
22%
» Konkurs w realiach Świata Mroku
22%
» Warhammer 2ed - karta postaci on-line
22%
 
Podobne artykuły:

» Zaufanie w Starym Świecie
55%
» Smoki w Starym Świecie!
55%
» Historia Sylvanii!
40%
» W służbie władców Sylvanii!
40%
» Wampirzy Emisariusz
40%


Dodaj komentarz, użytkowniku niezarejestrowany

Imię:
Mail:

Stolica Polski:



Twój komentarz został dodany!

Kliknij, aby odświeżyć stronę.




Artykuły

Gry komputerowe
Główne Menu

Gry RPG

Polecamy

Patronujemy
Aktywność użytkowników
madda99 zarejestrował się! Witamy!
_bosy skomentował Blood 2: The Chosen - recenzja
_vbn skomentował Mapy Starego Świata
wokthu zarejestrował się! Witamy!
_Azazello Jr skomentował Gdzie diabeł nie mówi dobranoc. "Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow - recenzja
Gabbiszon zarejestrował się! Witamy!
Liskowic zarejestrował się! Witamy!
_Kamila skomentował "Brudnopis", Siergiej Łukjanienko - recenzja

Więcej





0.100 sek