Warhammer >> Opowiadania >> Bergstadt, miasto krzyku

| | A A


Autor: Norlon
Data dodania: 2007-07-24 00:12:07
Wyświetlenia: 4164

Bergstadt, miasto krzyku

Odgłosy z dołu budynku nie dawały Ludwickowi zasnąć. Przekręcał się z boku na bok, zakrywał głowę poduszką, pozamykał nawet okna, a na drzwiach zawiesił koc, by wytłumił dźwięki. Nadal jednak słychać było śpiew, muzykę i głośne rozmowy. W końcu czego się można spodziewać po „Głowie Trolla”, pomyślał i rzucił poduszką o ścianę.

- Dosyć! – krzyknął wstając z łóżka. – Jak mam pracować, skoro od trzech nocy trwają tutaj zabawy?!

Pośpiesznie narzucił na siebie koszulę i płaszcz. Zapiął skórzany pas przy czarnych, obcisłych spodniach i szybko wyszedł z pokoju. Na dole oczywiście odbywała się zabawa. Noc była młoda, a ludzie spragnieni zabawy i alkoholu. Tutejszy minstrel całkiem nieźle radził sobie z grą na lutni, po kilku piwach jednak melodia była nieco zmieniona, mówiąc delikatnie. Człowiek trzeźwy z trudem mógł wytrzymać takie granie.

Ludwick podszedł do szynku, za którym stała Martha, jak zwykle zajęta.

- Nie, nie, nie – mówiła lekko zdenerwowana. – Żadne dwa szylingi. Kiedy mówię, że kufel „Złotego płynu” kosztuje pięć szylingów, to właśnie tyle oczekuję dostać od klienta. Jeśli jednak takiej sumy nie posiadasz, to wybacz, zmień lokal. Albo preferencje odnośnie napojów. Wiesz... szklankę wody za dwa szylingi mogę ci sprzedać, jeśli chcesz. – Podczas rozmowy nalewała piwo innemu klientowi. Całkiem dobrze radziła sobie z prowadzeniem karczmy, klienci prawie nigdy nie narzekali na obsługę. Zamówione dobra podawane były tak szybko, jak było to możliwe.

- Laluniu... – Mężczyzna z którym rozmawiała Martha, cuchnął alkoholem. Na czerwonym nosie widniała drobna blizna. – Zrobimy tak. Zisiaj dam ci te dfa szylyngi, a jutro dostarczę eszcze sztery. Zgoda?
Karczmarka otworzyła usta, by coś odpowiedzieć, ale wyprzedził ją męski głos.
- Nie, nie zgoda. Idź, wytrzeźwiej, przynieś pieniądze i wtedy porozmawiasz z Marthą o dodatkowym alkoholu. – Ludwick mocno złapał pijaka za bark. Spojrzał mu w oczy. – Zrozumiałeś?

- I to ma być miła obsługa? Ziękuję za taką karczmę! – Z urażoną miną mężczyzna odwrócił się i chwiejnym krokiem wyszedł z karczmy.
- Dzięki. Z Sebastianem jest tak zawsze. Co noc upija się tak, że brakuje mu pieniędzy na kolejną butelkę wina. Co noc się skarży i narzeka na karczmę. – Uśmiechnęła się. – I co noc też wraca. – Spojrzała na Ludwicka. – Nie wygląda pan najlepiej, może się pan czegoś napije?

- Wody. Nie wyglądam najlepiej, bo od kilku dni trwa tutaj zabawa. Nie dałoby się temu jakoś zaradzić? Rozumiem, że to karczma i każda taka noc, to okazja do zarobku, ale ja nie mogę spać. Hałas jest ogromny. Potrzebuję kilku godzin odpoczynku, a ostatnimi dniami o to bardzo ciężko. Zawsze tutaj tak jest?
Ludwick wykonał lekki ruch głową w stronę izby, gdzie wiele mieszkańców cieszyło się nocną zabawą. Młode panny uciekały od tutejszych chłopaków, udając niedostępne. Wśród ogólnego zadowolenia wciąż słychać było rzępolenie minstrela. Muzyka jednak nie przeszkadzała mieszkańcom w tańcu. Stoły ustawione zostały przy ścianach, tak by było dużo miejsca do biegania, tańczenia, czy też wchodzenie na stołek i śpiewania serenad, jak czynił to namiętnie jeden z gości.

- Nie... – Martha zaczęła wycierać ladę lewą, drewnianą dłonią, do której przymocowaną miała szarą szmatkę. – To znaczy... przez ostatni tydzień raczej tak. Wie pan, interesy. Karczma została niedawno otwarta, muszę zadbać o rozgłos i o to, by klienci byli zadowoleni. Poza tym, takie zabawy to świetny sposób na szybkie zarobienie pieniędzy, które, nie ukrywam, są mi bardzo potrzebne.

- Coś się stało? – Ludwick zmierzył karczmarkę wzrokiem. Jakby spoglądał w głąb Marthy, w jej wnętrze, sprawdzając, czy rzeczywiście stało się coś złego.
- Nie, skąd... – Zarumieniła się i spuściła lekko głowę. Czarne włosy opadły jej na ramiona, a dwa kosmyki zakryły oczy. – Chodzi o to, że budynek jest zadłużony. Wie pan, musiałam pożyczyć trochę pieniędzy, żeby zakupić stoły, krzesła, towary... Taki interes wymaga całkiem sporych sum pieniędzy. Musiałam się zapożyczyć, żeby otworzyć „Głowę Trolla”. Teraz czas spłacić długi. – Uśmiechnęła się blado i zwróciła w stronę innego klienta.
- Ach... dzięki. – Powiedział zimno, ale Martha tego już nie usłyszała.

No tak, pomyślał, a już myślałem, że może chociaż karczmarka ma dla mnie jakąś ciekawą informację. Ba! jakąkolwiek informację, cokolwiek, rzecz, którą mógłbym drążyć. Bo, w zasadzie, po co ja tu tkwię? Podszedł do jednego z wolnych stołów, tuż przy drzwiach. Usiadł, wsparł głowę na dłoniach i zaczął obserwować zabawę.

Przysłali go tutaj trzy dni temu. „Masz dziesięć dni”, powiedział jeden z jeźdźców „potem nie masz już do czego wracać”. Ludwick był czujny, poznał mnóstwo osób, nikt z tych osób jednak nie odstawał od przyjętej przez niego definicji „normalności”. A może mam nie szukać w wiosce? W takim wypadku pozostaje mi jedynie las. Bez sensu, to zbyt niebezpieczne. Myśli kłębiły się w głowie Ludwicka, sprawiały, że nie zwracał uwagi na to, co dzieje się wokół. Zapomniał o hałasie i zabawie. Wpatrzony był wciąż w jeden, tylko jemu znany punkt. A może to Martha? Mam jeszcze siedem dni. Przecież mogę wskazać kogokolwiek, obojętnie, byle bym podał sensowny powód mojego wyboru. Później dostanę awans. Wreszcie! Przecież ten tydzień mogę spędzić na zabawie. Bo... dlaczego niby muszę dokonać słusznego wyboru? Myśli nie dawały spokoju, drążyły umysł i stawały się coraz okropniejsze. Zaczął oceniać po wyglądzie wszystkich klientów karczmy. Może ten się nada? Patrzył też na kobiety, dzieci, staruszków. Oceniał. Na jego twarzy pojawił się uśmiech zdradzający przebiegłość i niejako ulgę. Zaczął kiwać powoli głową.

- Proszę pana! – Martha lekko potrząsnęła Ludwicka za ramię. – Proszę pana! Woda.
Jakby zbudzony gwałtownie z głębokiego snu spojrzał na kobietę nieobecnym wzrokiem. Milczał przez chwilę analizując gdzie tak w zasadzie się znajduje.
- Aaa, tak, zupełnie o niej zapomniałem. Przepraszam. – Zmierzył ją od stóp do głów. Faktycznie, może się udać, pomyślał.
- To ja przepraszam, tyle czasu musiał czekać pan na kubek wody. Wszystko przez te zabawy. Na szczęście to już ostatni dzień. Wybaczy pan, ale muszę już uciekać, praca czeka. – Odbiegła uśmiechając się na pożegnanie. Była szczupłą kobietą, której gracji ruchów pozazdrościł by nawet kot.

Z drugiej jednak strony, znów pogrążał się w myślach, chyba nie godzi się postąpić w ten sposób z wcale miłą kobietą. No ale chodzi tutaj o mój awans, cóż znaczy jedno poświęcone życie przeciwko kilkudziesięciu? kilkuset? Które będę mógłby uratować.

Trzask! Na stół przy którym siedział dosłownie wleciał jakiś mężczyzna, łamiąc przedmiot w pół. Wszystkie misy i kubki pospadały na podłogę robiąc ogromny hałas.
- Dawaj go! – Ochrypły głos dobiegał z jednego z kątów sali. – Tam spadł! Bierzcie go chłopaki!
„Muzyka” ucichła. Pośród pisku kobiet dało się słyszeć również krzyk minstrela. Nie należał widać do mężczyzn lubujących się w bójkach. Ludwick błyskawicznie odskoczył od stołu i sięgnął dłonią do pasa. Już chciał zacisnąć dłoń na rękojeści miecza, ale jego ręce złapały jedynie powietrze.
- Cholera! – wycedził przez zęby. Broń została w jego pokoju, nie sądził, że sprawy przyjmą taki obrót. Miał zamiar wrócić po kilku zdaniach zamienionych z Marthą.
- Odsuń się! – Warknął jeden z mężczyzn, którzy przybiegli za ofiarą rzuconą na stół. W rękach trzymał sztylet.
- Spokojnie, nie chcę żadnych problemów. – Wzniósł ręce do góry. kątem oka dostrzegł Marthę skuloną przy szynku. Jeden z mężczyzn zbliżał się do niej.

Napastników było czterech. Dwóch przy Ludwicku, jeden przy karczmarce i jeden zbliżał się do schodów, które prowadziły na piętro. Tam znajdowały się pokoje gościnne. Tam swój pokój miał Ludwick. Tam była jego broń.
Prawie wszyscy uczestnicy zabawy opuścili lokal gdy tylko zobaczyli, że zaczęła się bójka. Każdy znał braci Barks. Tworzyli oni trzon miejscowego gangu. Kto z nimi zadarł, zadzierał z całą organizacją.

- Już odchodzę. – Ludwick mówił powoli, wyraźnie, tak by każde słowo dotarło do każdego z braci. Ostrożnie wycofywał się. Starał się jak najwięcej terenu ogarnąć wzrokiem. Do schodów – dwa metry. Stoi tam jeden z mężczyzn. Od schodów do szynku – około trzech metrów, tam jest kolejny Barks. Musi dostać się do pokoju. Musi.

Mężczyzna, który został rzucony na stół drgnął.
- Yyyyy... – pomasował się po plecach, skupiając tym samym uwagę Barksa, który stał najbliżej Ludwicka. Ten nie wahał się, wykorzystał chwilę nieuwagi i skoczył w kierunku schodów. Siłą rozpędu wbiegł w drugiego napastnika i pchnął go barkiem na schody. Złapał się poręczy i jednym skokiem przeskoczył kilka stopni. Za sobą słyszał tupot stóp. Nie oglądał się. Wbiegł na piętro. Drzwi! Pociągnął za klamkę.

- Stój, psie! – Za sobą słyszał krzyki i przyspieszone oddechy.
Otwarte! Wskoczył do pokoju i momentalnie zatrzasnął drzwi. Rygiel! Zasunął, a po chwili usłyszał uderzenie.
- Otwieraj! – Kolejne uderzenie, tym razem mocniejsze. Drzwi drgnęły.

Podbiegł do łóżka. Pod nim zawsze chował broń, nie ważne w której karczmie nocował. Sięgnął po miecz i pochwę. Szybko przypiął oręż do pasa i zaczął odsuwać łóżko. Drzwi Drgały coraz bardziej, zawiasy ledwo wytrzymywały uderzenia. Z trudem podsunął łóżko zyskując kolejne minuty na chwilę zastanowienia. Spojrzał na okiennice. Złapał sakiewkę, leżącą na stoliku i otworzył okno. Na zewnątrz było ciemno, jedynie niektóre miejsce oświetlane były przez pochodnie i latarnie. Większa część miasta tonęła w ciemności.

Wychylił się przez okno. Na szczęście nie było wysoko. Usłyszał jak pękają drzwi. Przerzucił nogi i zaczął opuszczać się z okna wprost na twardy grunt. Upadek nie był bolesny, wylądował wprost na ziemi, przeturlał się i... Co teraz? pomyślał. Szybko! Szybko! Decyduj! Bawisz się w bohatera i ratujesz karczmę, Marthę i faceta, który złamał stół, czy...
- Jest na dole! – usłyszał i odniósł wrażenie, że temperatura jego ciała gwałtownie się obniżyła.

Ruszył pędem przed siebie, miasto znał na tyle dobrze, że mógł biec nie obawiając się, że trafi w ślepy zaułek. Wiatr targał mu włosy, serce biło coraz szybciej, a świadomość pisała okropny scenariusz. Gdzie uciekać?! Gdzie?! Jednym susem przeskoczył dwie beczki, które znalazły się na drodze, w ostatniej chwili złapał jedną z nich i wywrócił.

- Stój! I tak nie masz gdzie uciekać! Stój! – Ochrypłe głosy wciąż były blisko. Wręcz czuł wibracje powietrza. – I tak cię dorwiemy!
Zaryzykował spojrzenie za siebie. Trzech! A co z czwartym? Martha?... W skroniach czuł szybkie, mocne pulsowanie, ledwo łapał oddech, pot zaczął spływać mu na oczy. Gdzie uciekać?!
Skręcił w uliczkę, gdzie domy należały do biedaków. Gdzie teraz?! Na chwilę stracił Barksów z oczu, zaczynał odczuwać zmęczenie. Wszystkie mięśnie przypominały o swoim istnieniu a każda komórka domagała się odpoczynku.
- Szybko! Tutaj! – Usłyszał stłumiony krzyk i mechanicznie skręcił w jego kierunku. Wbiegł w przestrzeń między dwoma budynkami, w miejsce gdzie zbierane były odpadki i stare bezużyteczne już przedmioty.
- Gdzie?! – Tym razem powiedział głośno.
- Na dole. – Znowu ten sam, stłumiony głos.
Momentalnie spojrzał na dół. Była tam lekko uchylona, drewniana klapa. Przykryta conajmniej metrem cuchnących śmieci.
- Już cię mamy! Stąd nie ma ucieczki! – Znów ich słyszał, cały czas jednak był poza zasięgiem wzroku oprychów.
- Wskakuj. – Klapa podniosła się na tyle, że Ludwick mógł spokojnie wejść. Gnany strachem wbiegł w otwór w ziemi i zanurzył się w nim nie chwytając się nawet drabinki. Lądowanie było zadziwiająco twarde, poczuł piekący ból w kolanach.
- Gdzie jestem? – Spytał słysząc jednocześnie trzask opadającej klapy. Serce nadal biło z ogromną prędkością, starał się jednak uspokoić, chciał spowolnić oddech. Otarł pot z czoła i usiadł opierając się o zimną ścianę.
- Ćśśśś! – odezwał się głos. – Oni nadal węszą.
W pomieszczeniu było tak ciemno, że Ludwick nie mógł dostrzec swoich dłoni. Ciemność była jak czarna maź, jak smoła, przez którą nawet elf nie może przejrzeć.

- ...jest? Gdzie się podział? Szukajcie, szukajcie, nie mógł się rozpłynąć w powietrzu! Nikt jeszcze nie uciekł braciom Barks! Nikt!
Każde słowo napawało Ludwicka strachem. Nie ogromnym, nie paraliżującym jakikolwiek ruch. Strachem przed okaleczeniem, a nawet śmiercią. Przecież nie mógł zginąć w tak bezsensowny spokój. Nie on! Nie w takiej dziurze. Przecież... przecież jeśli wykona tę misję, jeśli w ciągu jeszcze siedmiu pozostałych dni wskaże mutanta wśród mieszkańców Bergstadt, zostanie Łowcą Czarownic. Nie, nie może zginąć w ten sposób.

Kiedy kroki i odgłosy poszukiwań całkowicie ucichły, prawie namacalną ciemność rozświetlił niewielki promyk świecy.

- Jesteś cały? – Przy tak słabym świetle widać było jedynie zarys twarzy mężczyzny trzymającego świecę. Dość długie, ciemne włosy opadały na wydatne kości policzkowe. Duże, czarne oczy wpatrywały się w Ludwicka. – Możesz chodzić?
- Tak... chyba tak. – Wstał, zrobił delikatne ruchy rękami i nogami. Prócz zadrapań nie miał większych obrażeń. – W ogóle... kim jesteś? I dlaczego mi pomogłeś?
Świeca dawała na tyle światła, że Ludwick mógł dostrzec lekki uśmiech nieznajomego.
- Chodźmy, to nie jest najlepsze miejsce na rozmowę.

Cóż, nie można się było nie zgodzić. Mężczyzna ruszył przodem, a zaraz za nim podążał Ludwick, nie odzywając się ani słowem.

***

- Śmierć! Śmierć i chaos! – W centrum miasta rozlegał się piskliwy, męski krzyk.
- Zamknij się, starcze! Jest noc, w południe wygłosisz swoje wróżby, daj ludziom spać! – Patrolujący ulice niewielki oddział strażników miejskich starał się uciszyć wieszczka.
- Sny nie kłamią! Kości nie kłamią! – Starzec wskoczył na jedną z beczek, a z niej wdrapał się na dach niskiej chatki. Pochodnia którą trzymał buchnęła czerwonym światłem oświetlając jego twarz pokrytą tatuażami. – Mieszkańcy Bergstadt! – Mężczyzna tak poszanował słowa strażników, jak Łowcy Czarownic szanują mutantów. – Strzeżcie się! Zbudziły mnie duchy i kazały, bym was ostrzegł. – Miasteczko powoli zaczynało się rozświetlać. Zaspani ludzie rozpalali świece i otwierali okiennice. Z różnych części osady słychać było przekleństwa i pogróżki.
- Dość tego, Harim! Złaź z tego budynku, albo znowu trafisz za kratki. Za późno na takie wybryki. – Głos strażnika był zdecydowany i ostry, jak brzytwa.
- Nie! Mówię prawdę! Duchy nie kłamią! W tym mieście czai się zło! – Wieszczek dmuchnął w ogień. Słup płomieni rozświetlił plac handlowy. Zapadła cisza, oczy wszystkich zbudzonych mieszkańców skierowane były na wychudzoną sylwetkę Harima. – Podczas snu przyszedł do mnie Zan-zu, duch przyszłości i wiedzy. Zdradził mi, że lepiej uciekać z tego miasta! Uciekać czym prędzej! To miejsce będzie przeklęte. Nikt nie będzie się czuł bezpieczny. Zesłał też na mnie wizję, okropną wizję. Dziecię, noworodek, zostało brutalnie zamordowane! Krew spłynęła na ziemię tworząc napis: Synthia! Później cały świat zalał wielki ogień! Płonęło wszystko, każda chata! Całe rodziny rozpaczały! Widziałem ból w oczach dzieci i żal po stracie bliskich w oczach każdego z was! Widziałem cierpienie, które wciąż się zwiększało! Widziałem początek końca!
Nadal panowała ciężka cisza. Każdy z mieszkańców bał się odezwać. Harim nie raz zaskakiwał ludzi swym zachowaniem, ale przeważnie były to chaotyczne wizje, które ogłaszał w samo południe. Dzisiejsze objawienie było bardzo wyraźne. I okrutne. Wieszczek nigdy przedtem nie mówił o śmierci. Śmierci całej wioski.

- Widziałem ciebie, Jonah! – Wskazał na jednego ze strażników. – Stałeś obok stosu ciał odwrócony plecami! Pilnowałeś porządku nie oglądając się na zniszczenie, jakie sieje zło! – Oczy starca ziały czernią, Czerwony płomień tańczył na wietrze, tworząc na ścianach budynków zdeformowane cienie. Twarz wieszczka wyglądała złowrogo, ale zdecydowanie.
Dwóch strażników podbiegło do Harima. Szybko wdrapali się na dach, gdzie znajdował się wieszczek.

- Dość tego! Idziesz z nami! – Podbiegli to starca, wykrzywili mu ręce. Pochodnia upadła na ziemię. Nie zgasła. Cały czas oświetlała trzy sylwetki. Widać było nieudolną próbę ucieczki Harima. Starzec nie mógł równać się z siłą strażników.

- Uwierzcie! – Głos wieszczka był niemal błagalny. – Kto może – niech ucieka, póki jest jeszcze czas! Niebawem to miasto stanie się bordowe od krwi. To się zaczęło!
Jeden ze strażników rozdarł łachmany Harima, zwinął i siłą wepchnął materiał do ust wieszczka.

- Wreszcie się przymkniesz! Koniec takich incydentów! Tym razem długo sobie posiedzisz. O wiele dłużej niż myślisz. – Popchnął starca tak mocno, że ten stracił równowagę i upadł twarzą wprost w błoto. – I co? Teraz duchy cię nie podnoszą?! No wstawaj, poleżysz sobie w więzieniu.

Greg, jeden ze strażników kopnął wieszczka w żebra. Starzec zwinął się z bólu i łapczywie zaczął wdychać powietrze.

- Odechce ci się nocnych wróżb, szamanie! Już my się o to postaramy. Wstawaj, idziemy!
Podnieśli go i zaczęli ciągnąć wprost do miejskiego więzienia. Pochodnia nadal się tliła oświetlając ruchy strażników. Całe miasto okryła zasłona ciszy. Wszyscy zbudzeni wsłuchiwali się we wróżby Harima, a potem przyglądali się jego pobiciu. Noc niedługo się skończy. Ale co przyniosą kolejne dni?

***

- Także widzisz, stałem się szczęśliwym dziedzicem tego tunelu. – Szczupły mężczyzna podszedł do półki, na której stało kilka butelek jakiegoś wina. – Napijesz się jeszcze, Ludwick?

Izba w której się znajdowali była skromnie wyposażona. Okrągły stół zrobiony z jasnego drewna nie chwiał się ani nie skrzypiał pod ciężarem kilku butelek trunku oraz tac z jedzeniem. Zdobiona szafa, w którym przechowywany był alkohol, to, jak powiedział Bernard, pamiątka rodzinna. Jedyna rzecz, jakiej nigdy by nie sprzedał. Cały dom był drewniany. Na pierwszy rzut oka można było ocenić, że budynek przetrwa jeszcze niejeden rok.

- Nie, dziękuję, znam swoje granice. – Mężczyzna uśmiechnął się, po czym ziewnął i rozejrzał się po pokoju. – Robię się śpiący, mogę tutaj zostać? Niezbyt przyjemna ta noc. Najpierw bracia Barks, potem ten wasz wioskowy wieszczek, a teraz... – Spojrzał na opróżnione butelki wina. – Teraz walka z alkoholem. Moja głowa nie wytrzyma tak dużo wrażeń jednego wieczoru.

Bernard wstał z krzesła.

- Jasne, możesz tu zostać do kiedy chcesz. – Przyniosę ci koce. A Harimem się nie przejmuj, jego wybryki są słynne na całą okolicę. Podobno nawet niektóre plotki dochodzą do wielkich miast. Niektórzy z Middenheim mówią o naszej mieścinie: „Bergstadt, miasto krzyku”. To wszystko przez „wizje” wieszczka.
- Dzięki za pomoc, jutro się wynoszę. – Spojrzał na wychodzącego Bernarda sennym wzrokiem i starał się nie zasnąć, nim nie dostanie koców.
Drzwi frontowe otworzyły się z hukiem. W wejściu stanęła szczupła sylwetka szczelnie okryta płaszczem.
- Ash! – Bernard podbiegł do przybysza. – Wreszcie jesteś! Gdzie się podziewałaś? Martwiłem się o ciebie. Nie możesz tak znikać, rozumiesz?

Dziewczyna zdjęła płaszcz. Jej jasne włosy były suche i straciły swoją puszystość. Ash z trudem łapała oddech, była zmęczona a całe jej ciało drżało, jakby spędziła pół nocy na mrozie.
- Co się stało? Kotku? Ktoś cię napadł? Powiedz. – Bernard momentalnie podbiegł do kobiety i objął ją ramieniem. Wtuliła się w jego piersi, czekając aż się uspokoi.
- Byłam... – zaczęła cicho. – Byłam u Nadiene. – Zrobiła pauzę i wzięła głębszy oddech. – Od początku była jakaś nerwowa, wciąż oglądała się za siebie, rozglądała. Nie zwracała uwagi na to co do niej mówię. Jakby była nieobecna. Siedziałyśmy w ogrodzie... Tam jest taka fontanna w kształcie ogromnej ryby, oparłyśmy się o nią, a Nad... – Dziewczyna mocniej wtuliła się w potężne ciało Bernarda. – A Nad powiedziała coś, czego nie rozumiem. Mówiła, że to wszystko przez jej ojca, że przez niego się zaczęło, że to on jest wszystkiemu winien. Berni, ja nie wiedziałam co powiedzieć, jak jej pomóc. Nie wiedziałam o co jej chodziło. Nagle Nad przestała opowiadać, zastygła w bezruchu... A po chwili krzyknęła, żebym uciekała. – Spojrzała Bernardowi w oczy. – Ale gdybyś ją widział. Gdybyś mógł zobaczyć jej oczy. Pełne determinacji i przerażenia, oczy matki, która chce uratować swe dziecko przed niebezpieczeństwem. Oczy pełne strachu i gotowości poświęcenia własnego życia. – Opuściła wzrok. – Bernard, ja uciekłam. Stałam przez chwilę wpatrując się w nią, przytuliłam, i uciekłam. Prosto przed siebie. Ich ogród otacza wysoki, ciernisty żywopłot, rozdarłam ramię. – Skinęła głową w lewą stronę. Ciemne stróżki krwi docierały do nadgarstka. – To nic takiego, ale... – Przełknęła ślinę i spojrzała na Bernarda. Jej wzrok był, jak spojrzenie sędziego, który ogłasza wyrok. Pozornie pozbawiony uczuć, ale w rzeczywistości pełen napięcia. – Bernard, boję się, że Nadiene coś się stało...

Mężczyzna przytulił Ash z całych sił, uważając by nie naciskać na zranione ramię. Chciał przekazać jej część własnego ciepła i spokoju. Chciał dać jej nie tylko fizyczne, ale i psychiczne wsparcie. Chciał, by w jednej chwili dziewczyna uspokoiła się i przestała dygotać. Chciał jej pomóc.

- Spokojnie Ash, wszystko będzie dobrze. – Pogładził ją po włosach. Lubiła to. Czuła się wtedy, jak dziecko uspokajane przez ojca. Przez osobę starszą, bardziej doświadczoną, która nie może się mylić. Powoli jej serce zaczęło bić wolniej, a tempo oddechu zmniejszało się z każdą chwilą. – Przygotuję ci kąpiel, łóżko jest już gotowe. Przyniosę jedzenie i coś do picia. – Bernard podszedł do drzwi i zasunął rygiel.
- Bernard?
- Hm?
- Wiesz, że cię kocham. – Mimo roztrzęsienia udało jej się szczerze uśmiechnąć.
- Wiem, kotku. Wiem. – Już zmierzał w kierunku kuchni, gdy zatrzymał się w pół kroku. – Ach... zapomniałbym. – Podszedł do zdejmującej poszarpaną bluzkę, Ash. Zniżył głos. – W piwnicy jest mężczyzna. Ci przeklęci Barksowie go gonili. Pomogłem mu, czeka teraz na koce.
- Barksowie? – Ton głosu Ash był mieszanką zdziwienia i zaniepokojenia. – Mam nadzieję, że cię nie widzieli...
- Nie, skąd. – Bernard uśmiechnął się, co uspokoiło dziewczynę. – Znowu przydał się tunel. Zaraz wracam, dam tylko Ludwickowi te koce i już się tobą zajmuję.
- Pospiesz się. Nie będę długo czekała. – Dobry humor wracał szybciej niż mogła by się spodziewać.

Bernard szybko wszedł do swojego pokoju, a po chwili schodził do piwnicy trzymając dwa brązowe koce na rękach. Przywitał go głos Ludwicka.

- Żona późno wróciła?
- T... tak. To znaczy, jeszcze nie żona. Ale faktycznie, późno wróciła, to się raczej nie zdarza. – Położył koce na ziemi. – Proszę, okryj się. Jeśli jeszcze będziesz czegoś potrzebował, daj znać.
Ludwick wziął koce, jeden położył na ziemi, a drugi narzucił na siebie.
- Nie będę wam przeszkadzał. – Uśmiechnął się wymownie. – Pilnuj dziewczyny, nie pozwól nikomu, by ci ją zabrał.
- Będę... – Odparł niechętnie. Miał wrażenie, jakby głos Ludwicka był nieco zmieniony. Bardziej... podejrzliwy? Złowrogi? Lecz ta niepokojąca barwa była jedynie cieniem, jakby elementem tła. Bernard odrzucił od siebie tę nieprzyjemną myśl i wyszedł życząc, gdy odchodził, dobrej nocy.

Kilkoma długimi susami Bernard wskoczył na piętro i zachęcony wizją Ash w kąpieli wszedł szybko do ich wspólnego pokoju. Woda w balii ustawionej na środku pomieszczenia parowała gorącem. Prawie przezroczysta halka oplatała zgrabne ciało Ash, falując podczas każdego, nawet najdelikatniejszego ruchu kobiety. Bernard stał i wpatrywał się w wybrankę swego serca nie mogąc wyjść z podziwu. Przetarł oczy. Zrobił to jeszcze raz.

- Nie, jednak nie śnię. „A oczom jego ukazał się anioł o kształtach subtelnych, istota, niczym sen tańczyć zaczęła tylko dla niego.” – Zacytował z pamięci Friedericka Alberta, staroświatowego poetę, którego liryki cieszyły się dużą popularnością w całym Imperium.
Kobieta spojrzała na niego i wykonała ruch ręką, jakby odpędzała natrętną muchę.
- Och, przestań. – Uśmiechnęła się zalotnie. – Albo... lepiej nie przestawaj. Tylko podejdź tutaj, do mnie. Chyba też potrzebujesz kąpieli.
Wskazała dłonią na balię i sprawdziła palcem u stopy, czy woda nie jest zbyt gorąca. Bernard odnajdywał w każdym jej ruchu ideał. Ruch ramion, zachwianie się gdy stanęła na jednej nodze, poruszanie głową. Wszystko miało swój sens, swój rytm, który hipnotyzował. Mężczyzna zdjął z siebie ubranie i podszedł do Ash. Delikatnie, bardzo powoli zaczął zdejmować z niej przewiewną halkę i namiętnie całować nagie ciało.

- Książę, a może najpierw wejdziemy do balii? – Pokiwał tylko głową i razem zanurzyli się w gorącej wodzie. Nim jednak pogrążyli się w cielesnych rozkoszach, Ash, spojrzała na mężczyznę, jakby sobie o czymś przypominając. – Bernard? – Spytała, a ton jej głosu był chyba bardziej poważny, niż zamierzała.
- Słucham?
- I naprawdę nie przeszkadza ci to, że jestem mutantką?
- Naprawdę. – Uśmiechnął się patrząc jej prosto w oczy. – I tak cię kocham, i chcę być przy tobie. I proszę, nie pytaj więcej o takie rzeczy. Zaufaj mi, będziemy razem, nigdy cię nie opuszczę.
Spojrzała na niego. Zastygli w tym bezruchu przez dłuższy czas. Jakby obydwoje zobaczyli się po raz pierwszy. Jakby chcieli wyczytać z głębi oczu jakieś informacje. Patrzyli na siebie, jakby tylko to wystarczało im do życia.
- Ja ciebie też nie zostawię. Nigdy. Za bardzo cię kocham.
Pokój wypełniły uśmiechy i przyspieszone oddechy. Kochankowie zespolili się w beztroskim tańcu dwóch spragnionych siebie ciał.
Księżyc zaglądał do pokoju oświetlając skrawki pomieszczenia. Ciszę nocną przerywało jedynie zawodzenie dobiegające z miejskiego więzienia.
- W mieście zalęgło się zło! Uciekajcie, póki możecie.

***

- Śmierć w domu kupca Garvina! Kto jest mordercą? Straż miejska wszczęła śledztwo! Wyznaczono nagrodę za złapanie mordercy! Śmierć w domu... – Chłopiec sprzedający „Kurier poranny” krzyczał najgłośniej jak mógł. Mieszkańcy Bergstadt zbudzeni nawoływaniami pospiesznie kupowali gazetę. Garvin był najbogatszą osobą w miasteczku, prowadził również wiele interesów z handlarzami spoza tej mieściny. W posiadaniu miał niewielką drukarnię, której Bergstadt zawdzięczał „Kurier poranny”.

W miasteczku mnożyły się pytania. Kto zabił? Kogo? Dlaczego? Jak wysoką nagrodę wyznaczył kupiec?
- Panie Bernardzie! Tym razem nie bierze pan „Kuriera”? Wstrząsające wieści. Śmierć w domu kupca Garvina! – Mężczyzna rzucił chłopcu kilka srebrnych monet. – Dziękuję panu, miłego dnia! – I znów zaczął swoją litanię. – Kto jest mordercą? Śmierć!...

Kilkustronicowa broszurka zawierała przeważnie jeden, dwa artykuły. Dotyczyły one głównie informacji handlowych oraz opisywały smaczki lokalnego życia. Dla mieszkańców Bergstadt wiadomości zawarte w „Kurierze” były często bardzo istotne. Dowiedzieć się mogli jakiego towaru zabraknie, kiedy przyjedzie karawana z konkretnymi dobrami, czy też jakie zbiory będą w tym sezonie najdroższe. Słowem, niezbędnik każdego mieszkańca.

Im dłużej Bernard czytał, tym bardziej artykuł wydawał mu się przerażający. Zmarła Nadiene, najlepsza przyjaciółka Ash. Wczoraj w nocy, tuż przy fontannie w ogrodzie w posiadłości Garvina. Zabójca zbiegł, nagroda za jego głowę – sto złotych koron. Sto koron... Sto. Bernard zastanawiał się co zrobiłby z tak dużą ilością gotówki. Te pieniądze wydawały mu się sumą, której nigdy nie zarobi, o której może jedynie pomarzyć.

Wchodząc do domu, zostawił gazetę na drewnianej szafce przy drzwiach i udał się do pokoju jeszcze śpiącej Ash. Podszedł cichutko do łóżka i powoli się nachylając, pocałował ją w usta. Niechętnie otworzyła oczy uśmiechając się szeroko. Przeciągnęła się i spojrzała na Bernarda. Wyglądała zupełnie jak „normalna” kobieta. Jej „odmienność” była niemożliwa do zauważenia. Każdy obserwator, ba! nawet bliski znajomy nie pomyślałby, że Ash może być skażona Chaosem. Jej mutacja była praktycznie niedostrzegalna. Dwa górne siekacze miały wydrążone wewnątrz siebie kanaliki. Tą drogą doprowadzany był jad i trucizna. Gdyby Ash kogoś ugryzła i wypuściła truciznę, ofiara w jednej chwili zostałaby sparaliżowana a przez kilka następnych sekund krew przestałaby krążyć. Ciało zrobiłoby się zimne i blade. Zgon nastąpiłby po paru chwilach.

- Ash... – Zaczął powoli Bernard. Spojrzał na ramię dziewczyny, na którym teraz widać było jedynie czerwone, podłużne strupki. – Wczoraj... miałaś rację. Coś złego stało się w domu Nadiene. Ona... – Nie wiedział jak to powiedzieć. Opuścił głowę, zacisnął dłonie w pięść. Nie chciał ranić Ash, wiedział, że były z Nadiene bardzo zżyte. Były przyjaciółkami na dobre i na złe. Wiele razem przeżyły i nawet nie dopuszczały do siebie myśli, że ich przyjaźń mogłaby się skończyć. – Ash, ona nie żyje. – Powiedział szybko, z mocno zaciśniętymi oczami.

Bernard niemal widział, jak z dziewczyny ulatuje jakaś część niej samej. Jakby wraz z długim, ciężkim oddechem wyparowało z niej kilka lat życia. Ash usiadła, krzyżując nogi, odsunęła się od Bernarda. Stojący przy łóżku flakon chwyciła mocno i cisnęła nim z całej siły o drzwi.

- To chore! – Mówiła przez zaciśnięte zęby. – To jest chore, rozumiesz?! Najpierw rodzice, teraz Nadiene! Czy nade mną nie czuwają bogowie?! Sigmar, Maanan, Taal?! Gdzie oni wszyscy teraz są, co?! Gdzie te wszystkie boskie istoty?! Widzą co się dzieje? Wiedzą co czuję?! Bernard, do cholery, ja powoli tracę wszystko, co dla mnie ważne! Z każdym dniem próbuję znaleźć nadzieję, z każdą chwilą pocieszam się, że wszystko będzie w porządku, że jednak potrafię normalnie żyć, ale... To niemożliwe, Bernard! Czy ja czymś zawiniłam? Czy zrobiłam coś źle?! Czy... – Łzy zaczęły spływać po jej okrągłych policzkach. – Czy to, że jestem mutantką, znaczy, że nie mogę być szczęśliwa?!
Drzwi do pokoju otworzyły się powoli. Poranne słońce oświetliło twarz Ludwicka patrzącego na łóżko.
- Przepraszam, usłyszałem krzyki, myślałem, że coś się stało. – Odwrócił wzrok, gdy zobaczył w jakim stanie jest kobieta. – Chciałem tylko powiedzieć, że wychodzę. Chciałem też podziękować. Uratowałeś mi życie, Bernard. Jesteś dobrym człowiekiem. Znajdziesz mnie w „Srebrnym kufrze”, zapraszam na piwo. – Głos Ludwicka był, jakby mechaniczny. Brakowało w nim emocji.
- Nie ma za co, wpadnę na pewno. Trzymaj się! – Odprowadził go wzrokiem czując zimne kłucie w sercu.
Przysunął się do Ash i objął ją, przytulił do siebie.
- Będzie dobrze, kotku, obiecuję. Wiesz, że masz mnie. Nie oddam cię nikomu, nie pozwolę cię skrzywdzić.
- Dziękuję. – Spojrzała na niego oczami, w których tliła się nadzieja. – Dziękuję, że jesteś. – Wtuliła się w niego. Była tak bezbronna i samotna. Tak bardzo potrzebowała teraz pomocy, wiary. Całą swoją osobą chciała wyrazić miłość do Bernarda. – Potrzebuję cię, wiesz o tym.

Uśmiechnął się.

- Chodźmy na dół, musisz coś zjeść.
Ash narzuciła na siebie koszulę i wyszła zaraz za mężczyzną. Poszła do kuchni, gdzie zaczęła robić śniadanie. Bernard stał na środku pokoju. Ogarniał całe pomieszczenie wzrokiem. Czegoś mu brakowało...
Wraz z Ludwickiem zniknął też „Kurier poranny”.

***

- Proszę tędy. – Lokaj ubrany w czarną koszulę i spodnie tego samego koloru prowadził przybysza przez ciemny, kamienny korytarz. Miękki dywan sprawiał, że z przyjemnością robiło się kolejny krok. Na dębowych szafkach ustawionych co kilka metrów, wzdłuż korytarza stały świece, rozświetlając nieco mrok panujący wewnątrz pomieszczenia. – Jest to jedyna droga do ogrodu. Oczywiście, można wyjść przez żywopłot, narażonym się jest jednak wtedy na dość znaczne otarcia i rany. No i jesteśmy na miejscu. – Powiedział otwierając solidne, wyjściowe drzwi. – Pan Garvin zaraz zejdzie, proszę zaczekać w ogrodzie.

Musiał przymknąć oczy, słońce świeciło intensywnie i drażniło źrenice. Zbyt szybka zmiana oświetlenia, najpierw tunelowy półmrok, teraz jasność południa. Ludwick przetarł oczy i z lekko zmrużonymi powiekami spojrzał na zieleń miejsca w którym się znalazł. Kilkanaście metrów przed nim stała wysoka, około dwumetrowa fontanna. W wielkiej niby-misie wyrzeźbiona była ogromna ryba stojąca na tylniej płetwie. Z jej ust tryskała woda srebrząc się w promieniach słońca i spadając do „misy”. Za fontanną znajdował się korytarz, stworzony z żywopłotu. Roślinny tunel prowadził do niewielkiej altanki, w której, jak dowiedział się od lokaja, uwielbiała przebywać Nadiene. Fontanna, na którą spoglądał tworzyła środek okręgu jakim była pierwsza część ogrodu, ta w której czekał na Garvina. Przy zbiorniku wodnym leżało zakrwawione ciało młodej kobiety. Ludwick zatrzymał wzrok na martwej Nadiene.
- Kazałem nie ruszać ciała, dopóki ktoś nie podejmie się znalezienia mordercy. Lada moment powinien być tutaj medyk. – Gruby głos kupca wyrwał Ludwicka z rozmyślań. – Wczoraj wieczorem w swoim biurze usłyszałem krzyk. Zbiegłem tak szybko, jak mogłem, ale Nadiene była już martwa. Całe to miejsce jest do pana dyspozycji, proszę się spieszyć, medyk niedługo przyjdzie obejrzeć ciało. Mam dzisiaj ważne spotkanie, to wszystko co chciałem panu przekazać. Żegnam. – Skinął głową i odwrócił się na pięcie. Jak na człowieka o takiej tuszy porusza się całkiem szybko, pomyślał Ludwick.
- Tak... już się zajmuję tą sprawą. Do widzenia. – Odpowiedział, lecz kupiec nie mógł tego usłyszeć, zniknął w mroku tunelu.
Mężczyzna podszedł do ciała. Wokół prawie nie było krwi, jedynie kilka zaschniętych na źdźbłach trawy kropel. Blisko trupa trawa była połamana i wygnieciona.
- Szarpali się. – Skierował głowę w lewo. – Żywopłot połamany, napastnik uciekał tędy. – Odwrócił się w prawo. – Z tej strony również... może uciekł w tę stronę?

Przykucnął przy ciele. Ubranie było poszarpane, suknia rozdarta na lewym ramieniu. Przybliżył się do barku. Znać było na nim ślady zębów, ugryzienie. Nie żadnego drapieżnika, a zwyczajne, ludzkie zęby, jak sądził Ludwick. Na szyi zauważył niewielkie nacięcie, z której spływała kropla gęstej, zielonkawej mazi.
Spojrzał na dłonie Nadiene. Pod paznokciami wisiały grube i długie płaty ciemnej skóry. Zamyślił się.

Pod jedną z dłoni martwej dziewczyny znalazł zakrwawiony nóż. Kamienie szlachetne na rękojeści mieniły się w słońcu, prezentując całą gamę barw. Ostrze było prawie nieużywane, niemal czysto białe i zupełnie nie wyszczerbione.

- Całkiem ładna broń, szkoda, że użyłaś jej tylko raz, słonko. Taki nóż wytrzymałby niejedno starcie. – Skrawki skóry oraz zakrwawiony przedmiot schował do kieszeni płaszcza. – Cóż, pora szukać podrapanego jegomościa, z raną ciętą, bądź kłutą. Jegomościa, który posiadał truciznę tak mocną by zabić w przeciągu kilku chwil. Osoby, której nikt nie lubi. Czas poszukać ofiary. – Usta wykrzywił we wrednym uśmiechu. Wstał i ruszył w stronę drzwi.

- Hej! – Momentalnie się zatrzymał. Odwrócił głowę w stronę, skąd dobiegał głos. – Chyba o czymś zapomniałeś.
Przy żywopłocie stał mężczyzna z kilkudniowym zarostem. Dość długie, ciemne włosy opadały na przekrwione oczy i czerwony, haczykowaty nos. Koszula falowała na wietrze, ukazując tors i okrągły brzuch mężczyzny.
- Czego chcesz, pijaku? I kto ci pozwolił tutaj węszyć? – Ludwick rzucił ostro.
Nieznajomy zaśmiał się.
- Nie potrzebuję pozwolenia, by przebywać we własnym domu. – Odparł spokojnie. – Mimo twojego wrogiego nastawienia, nadal chcę ci coś pokazać. Spójrz! – Wskazał na połamany żywopłot. – Podjedź tu.
Nieco z mniejszym zdecydowaniem, lecz nadal z odrazą Ludwick powiedział twardo:
- Daj sobie spokój. Wracaj do knajpy, tam twoje miejsce. Nadal nie wiem jak udało ci się tu wejść, widocznie masz szczęście, pijaczku. Zajmij się własnym życiem, nie angażuj się w sprawy o których nie masz pojęcia.
Zarośnięty mężczyzna podbiegł do Ludwicka. Ten odruchowo złapał za rękojeść miecza.

- Nie radzę. – Usłyszał głos lokaja pokrywający się ze skrzypieniem drzwi. – Kupiec byłby zrozpaczony, gdyby stracił także i syna.
- Y... – Ludwick zastygł z otwartymi ustami. Ten pijak, to syn najbogatszego człowieka w Bergstadt? Jak to... Jak to możliwe? Myśli zderzały się z rzeczywistością.
Chłopak spojrzał na mężczyznę, który niechętnie zwalniał uchwyt z rękojeści miecza.
- Teraz mi wierzysz? Wiem, że nie wyglądam, ale nie mam chyba obowiązku codziennych kąpieli w kozim mleku i wylewania na siebie całych flakoników perfum, prawda? – Uśmiechnął się krzywo. – Dziękuję Harry, możesz odejść.
- Do usług. – Odszedł niechętnie, jedynie przymykając drzwi.
- Proszę pana...
- Erkin.
- Erkin... chciałem cię przeprosić. Nie miałem pojęcia... sam wiesz, nie spodziewałem się, że ty... synem... – Cały czas jednak z dumą patrzył chłopakowi w oczy.
- Nie szkodzi, nie jesteś pierwszym, który mi nie uwierzył. Podejdź. – Znowu podszedł do żywopłotu. – Spójrz.

Tym razem Ludwick spokojnie podszedł na prawo od fontanny, do miejsca, gdzie gałęzie były mocno naruszone. Zwrócił wzrok na gałąź, którą wskazywał Erkin. Słońce oświetlało podłużny skrawek czarnej, dość grubej skóry. Stalowe ćwieki odbijały promienie słoneczne rażąc oczy dwojga mężczyzn.

- Kawałek bransolety? – Ludwick raczej zadał pytanie sobie, niż Erkinowi.
- Możliwe. Albo zbroja ćwiekowana. Trzeba rozejrzeć się po mieście, kto nosi podobne rzeczy. I komu brakuje kawałka „odzienia”. W „Głowie Trolla” serwują całkiem niezłe trunki, może wybierzemy się na coś mocniejszego? Kto wie, kogo tam spotkamy.
- Chętnie, ale nie do „Trolla”. – Zaśmiał się sztucznie. – Nie jestem tam mile widziany, jak sądzę. Może „Srebrny kufer”? Jest nawet niedaleko.
- Prowadź.
Wyszli korytarzem i opuścili posiadłość Garvina. Żar stawał się nie do zniesienia. W centralnej, handlowej części miasteczka mnóstwo było mężczyzn nagich do pasa. Dzieci biegały praktycznie bez ubrań. Powietrze niemal stało w miejscu. Ludwick odnosił wrażenie, że z trudem może oddychać. Jakby cząsteczki tlenu zostały zamrożone i za nic nie mogły być wciągnięte w płuca. Karczma, do której się udali była jedną z dwóch takich budynków w Bergstadt. Standardem obie oberże były do siebie zbliżone, choć „Srebrny kufer” uchodził za nieco gorszą gospodę, w której przesiadują raczej agresywni klienci.

Prawie każdy stół był zajęty. Mężczyźni starali się ochłodzić zimnym, złocistym płynem. Biedniejsi i mniej wymagający popijali sok, lub wodę z lodem. O jedzeniu nikt nawet nie myślał. Dwaj mężczyźni usiedli przy barze.

- Dwa razy „Płomienny oddech”, Ben. – Erkin rzucił karczmarzowi kilka srebrnych monet. – Tylko się pospiesz, w taki upał wypiłbym cały Reik.
Karczmarz po kilku chwilach postawił przed gośćmi dwa, półlitrowe kufle po brzegi wypełnione piwem.
- Rozejrzyj się, może komuś brakuje małej części skóry? – Erkin powoli sączył napój.
Mężczyźni spojrzeli po całej sali. Większość klientów, którzy aktualnie przebywali w „Kufrze”, to starcy, nie mający czym się zająć. Nikt podejrzany nie siedział w knajpie.

- Ludwick, słyszałem, że interesujesz się sprawą morderstwa córki Garvina, to powinno cię zainteresować. Dostałem od Ash... – Bernard wyciągnął jakiś notes w kierunku jednego z mężczyzn.
- Bernard? Skąd się tu wziąłeś? – spytał przyjmując niewielką książkę.
- Powiedziałeś, że tutaj cię znajdę. Chciałem się z tobą spotkać, przyszedłem nieco się ochłodzić – popijałem wodę z lodem w kącie karczmy. – Wskazał głową jeden z rogów budynku.
Twarda oprawa pamiętnika chroniła czyste, białe strony przed zabrudzeniem i zniszczeniem. Cały zeszyt zapisany był wyraźnym, nieco odchylonym w prawą stronę pismem. Ludwick przekartkował książeczkę czytając jedynie niektóre fragmenty.
„Do ojca znowu przychodzą goście. Znowu w nocy. Czy on nie może prowadzić swoich interesów za dnia?” „Lokaj mnie ostrzegł. Nie mieszaj się w sprawy swojego ojca, nie lubi tego, powiedział i znowu zamknął drzwi mojego pokoju na klucz. Ponownie wymknąć się musiałam przejściem w kominku.” „Sprawy zaszły za daleko, poprosiłam Ash, by kupiła mi jak najlepszy sztylet. Boję się. Nie czuję się bezpiecznie we własnym domu. Zaczynam żałować, że nie postąpiłam tak, jak Erkin.”
- Ludwick! – Mężczyzna zamknął pamiętnik. – Chodźmy lepiej do pokoju, mam tutaj kwaterę na poddaszu, możemy tam spokojnie rozmawiać. – Popatrzył na Bernarda. – Idziesz z nami? – Mężczyzna skinął głową. – Jeszcze jedno piwo, karczmarzu.
W niewielkim pomieszczeniu znajdowało się łóżko i niska szafka. Przez zasłonięte okno próbowały przebić się gorące strużki światła.
- Nie zwracajcie uwagi na bałagan. Możecie usiąść na łóżku. – Erkin zamknął drzwi i oparł się o szafkę.
- Zapomniałem o jednej rzeczy... – Ludwick spojrzał na Bernarda. – Erkin, to jest Bernard, uratował mi życie przed braćmi Barks, Bernard to jest Erkin... – Urwał w połowie zdania i nie zwracając uwagi na to co mówił wcześniej, krzyknął – Właśnie! Wiedziałem, że gdzieś już widziałem taką skórę! Martha jednak została nietknięta! Wszystko zaczyna pasować.
Dwaj mężczyźni spojrzeli na Ludwicka z minami pełnymi zdziwienia. Bernard wskazał ręką pamiętnik.
- Ludwick przeczytaj to, proszę, nim podejmiesz jakieś działanie. Chyba jest tam kilka istotnych informacji, o których powinieneś wiedzieć. Ja muszę wracać do Ash. Bądź ostrożny. – Pożegnał się z Erkinem i opuścił pomieszczenie.
- Skoczę po coś do jedzenia. Czytaj w spokoju, nie będę ci przeszkadzał. – Wyszedł, zostawiając Ludwicka sam na sam z pamiętnikiem Nadiene.

***

- Erkin, nie wiedziałem, że twój ojciec jest aż tak mocno związany z... sam wiesz, delikatnie mówiąc „przestępcami”. – Po dwóch godzinach lektury, Ludwick widział niemal wszystko, co zdążyła „odkryć” Nadiene. Ona zginęła za to, że szukała informacji. A co stanie się ze mną? – pomyślał.
- Też nie miałem o tym pojęcia. Chociaż... po śmierci mamy, załamał się. Zamknął się na kilka tygodni w swoim biurze i wpuszczał tylko lokaja, jadł raz dziennie, bardzo wychudł. Interesy upadły, nie wiedzieliśmy z Nadiene co robić, byliśmy za młodzi, by pogodzić się z zaistniałą sytuacją. A ja za bardzo kochałem matkę, by otrząsnąć się i przejąć interesy ojca... Byłem zbyt słaby. Uciekłem, zostawiając Nadiene, samą z ojcem. Resztę znasz, z każdym dniem staczam się coraz bardziej, szukając nadziei w alkoholu.
Ludwick pokiwał głową. Sprawa się skomplikowała. Miał zabójcę, jak na dłoni, ale...

- Erkin, narażając się twojemu ojcu, narażę się najsilniejszemu kultowi w tej okolicy. Garvin trzęsie nie tylko całym miasteczkiem, ale i pobliskimi ziemiami. Zna moje imię, nazwisko, wie jak wyglądam. Erkin, cholera, twój ojciec zlecił zabić twoją córkę! Za dużo wiedziała o jego interesach, specjalnie zaaranżował spotkanie w ogrodzie. Wiedział, że będzie tam Ash. – No właśnie, Ash... A może awans jeszcze nie przepadł? Może wcale nie będzie tak trudno? Zorientował się, że zrobił zbyt długą pauzę, przegonił myśli i kontynuował. – Nie wiem co kultyści zaoferowali twojemu ojcu. Wiemy jednak, że on dostarcza żebraków, jako ofiary. Jako osoby, które poświęcane są w ofierze bogom tak okrutnym, że nawet trudno sobie to wyobrazić. Jeśli wskażę prawdziwego zabójcę, jestem pewien, że podpiszę na siebie w ten sposób wyrok. Ale z drugiej strony... muszę otrzymać awans. Muszę, po prostu muszę... – Zacisnął zęby i mocno ścisnął pamiętnik. – I wiesz co jest najgorsze? Że wśród wysokich kapłanów tego kultu widnieje imię i nazwisko mojego przełożonego. – Cisnął notesem w ścianę pokoju, w oczach pojawiły mu się łzy bezradności. Poczuł, jak opuszczają go siły, miał wrażenie, że jego ciało jest tylko marną powłoką, szkieletem. Ograniczonym workiem, który nadaje się jedynie do transportowania własnej świadomości. Bo co mógł zrobić własnym ciałem? Jakie dawało mu korzyści? Przewagę? Jeśli wyda Garvina, nigdy nie dostanie awansu, a sam poniesie śmierć. Nie wiedział co zrobić, nie wiedział gdzie szukać pomocy.
Nadzieja ulatywała z niego z prędkością lotu ognistej kuli. Usiadł na łóżku i głowę opuścił między kolana.
- Spal to. – Wycedził przez zęby. – Pójdź do ojca i powiedz, że znalazłem mordercę, mam dowody. Powiedz, żeby zwołał wszystkich mieszkańców na plac. Dzisiaj wieczorem. – Pomyślał o Bernardzie. I Ash. Cholera, to jest w porządku facet, to nie tak powinno być. Bił się z własnymi myślami. Nie powinien wiązać się emocjonalnie z ludźmi. Nie tego go uczono.
Erkin opuścił pokój pozostawiając za sobą głuchą ciszę.

***

Wieczór był chłodny. O południowym upale zapomniał niemal każdy mieszkaniec wioski. Myśli wszystkich ludzi skupione były na czymś innym. Do Bergstadt przyjechało dwóch wysokich mężczyzn, w czarnych, stożkowatych kapeluszach z niewielkim rondem. Przybyli przedwcześnie, myślał Ludwick patrząc na jeźdźców. Łowcy Czarownic. Ponadto właśnie dziś wieczorem zdemaskowany miał zostać zabójca Nadiene, córki Garvina.

Plac handlowy wypełniała cisza. Mieszkańcy wpatrywali się na ustawiony tuż przy studni stos chrustu i wysoki pal wbity w ziemię. Po plecach ludzi żyjących w Bergstadt spływał zimny pot. Prawie słychać było ich oddechy, każdy bał się odezwać. Każdy szczegół mógł być zinterpretowany, jako odstępstwo od normy.
Dwaj odziani na czarno Łowcy Czarownic stali przy stosie. Patrzyli na młodego mężczyznę, który zbliżał się w ich kierunku. Otoczony ochroniarzami Garvin spokojnie przyglądał się całej sytuacji.
Serce Ash biło szybko, zaciskała dłoń na palcu Bernarda. Przestępowała nerwowo z nogi na nogę. Powietrze było ciężkie od strachu.
- Będzie dobrze, Ash, zobaczysz. – Wyszeptał mężczyzna. – Znam Ludwicka, uratowałem mu życie. Nie zrobi krzywdy ani mnie ani tobie. Zaufaj mi. – Z całych sił próbował by jego słowa zabrzmiały przekonująco. Chyba mu się udało, bo Ash uśmiechnęła się nieśmiało.
- Zaczynaj. Nadszedł czas. – Jeden z Łowców Czarownic podniósł głos i zatoczył okrąg ręką wskazując mieszkańców Bergstadt. – Są twoi.
Ludwick odchrząknął i powoli, z największym spokojem, na jaki się zdobył, zaczął mówić.
- Mieszkańcy Bergstadt! Po śmierci Nadiene nikt z was nie mógł czuć się bezpiecznie. Zabójca zbiegł, pozostawiając po sobie niewiele śladów. Te jednak ślady pozwoliły mi dowiedzieć się kto tak naprawdę popełnił zbrodnię. – Wziął głęboki oddech. – Nie będę przedłużał. Po wnikliwym dochodzeniu, udało mi się odkryć prawdę. Wśród nas, znajduje się mutant! – Serce Ash zamarło, a wśród mieszkańców rozległy się stłumione szepty. – Tylko ktoś spaczony Chaosem mógł dopuścić się takiej zbrodni! Przeklęci niech będą mutanci, którzy zagrażają bezpieczeństwu Bergstadt. Parszywym sługą Chaosu, który zaatakował i zabił Nadiene, jest... – Wybieraj. Szybko. Myśli pędziły w głowie Ludwicka z prędkością pikującego jastrzębią. Barks. Ash. Garvin. Awans jest na wyciągnięcie ręki, awans. Spełnię obietnicę złożoną ojcu, zostanę Łowcą Czarownic. Wystarczy wskazać... kogokolwiek. Podać jakiś powód. Spojrzał na przerażone twarze mieszkańców. Wybór będzie trudniejszy niż się spodziewał. Jego wzrok skupił się na Ash. Serce dziewczyny przestało bić. Bernard prawie krzyknął z bólu, ale w ostatniej chwili wyrwał dłoń z uścisku swojej wybranki. Musisz dokonać wyboru, szybko! Podejmuj decyzję! Ludwick spojrzał raz jeszcze na zebranych ludzi. – Martha! – Mówił wciąż na wydechu, jakby chciał za jednym razem wyrzucić z siebie całe kłamstwo. – Kobieta, która nie posiada dłoni! Chaos sprowadził na nią szaleństwo, w ataku histerii sama odjęła sobie rękę! Nikt z nas nie byłby do tego zdolny! Zaatakowała Nadiene, a przeskakując żywopłot otaczający ogród Garvina, rozdarła ubranie. Spójrzcie na jej buty! Są poszarpane od ciernistych gałęzi otaczających ogród kupca Garvina! Ponadto jest poobijana! A na miejscu zbrodni widać było ślady walki, na trawie znajduje się krew! – Wiedział, że wszystkie rany pochodzą od napadu Barksów. Że buty Marthy poszarpane zostały przez jednego z braci. Ash odetchnęła z ulgą. Tak, jak większość mieszkańców. – Straże! Przyprowadźcie ją i przywiążcie! – Wskazał na wbity w ziemię pal.
- Nie! To niemożliwe. – Krzyczała, łkała, wymachiwała rękami. – Pomóżcie mi, wiecie, że to nieprawda! To wszystko bzdura! W karczmie był bójka! To bzdura! – Mieszkańcy wioski odsunęli się bez słowa. Silne ręce strażników błyskawicznie poradziły sobie z rozhisteryzowaną kobietą. Do ust włożyli jej zwiniętą chustę, by wreszcie zamilkła.
Przyprowadzili ją pod pal i wykrzywiając do tyłu ręce, przywiązali. Przykro mi Martho, pomyślał Ludwick, tak będzie lepiej. Zauważył uśmiech kupca oraz zadowolenie Łowców Czarownic.
- Można podpalać. – Powiedział niechętnie, spoglądając na swoich przełożonych.
- Jeszcze nie. – Jeden z łowców zbliżył się do Ludwicka. – Dobry wybór, eliminujesz ludzi, którzy nie pasują do twoich standardów. – Podniósł głos. – Chaos oplata swoimi mackami wiele osób. Wiedzcie, że Martha nie była jedynym mutantem w wiosce! Zło nie zostało jeszcze wytępione. Wśród was znajduje się jeszcze jeden sługa Chaosu! – Żołądek Ash podskoczył do gardła, czuła, jak opada z sił, a powieki robią się coraz cięższe. Łowca wskazał właśnie na nią. – Ta kobieta, to mutant! Mutant podły, bo jego mutacji prawie nie da się dostrzec. Jednak krąży w nim spaczona krew! Tylko ogień może oczyścić waszą przyjaciółkę z grzechów! Brać ją!
- Nieee!! – Głos Bernarda był pełen rozpaczy i bólu. Przeszył wszystkich mieszkańców, przeszedł gładko, przez serce każdego człowieka stojącego na placu handlowym. Ludzie wzdrygnęli się i spuścili głowy. Zaczęli robić przejście dla strażników. – Ash!! Nie!! Ona jest dobra! Sami wiecie! Znacie ją, nigdy nie wyrządziła nikomu krzywdy! Zawsze wam pomagało! Catherine, dla ciebie uszyła sukienkę! Arvin, dla ciebie robiła zakupy, gdy nie mogłeś się ruszać! Vivene, twoim dzieckiem się opiekowała, gdy ty chciałaś zarobić! Dobrze wiecie, że jest dobrą dziewczyną! Pomóżcie jej, tak jak ona pomagała wam! Ruszcie się, do jasnej cholery! Powiedzcie coś! Kurwa, teraz, właśnie teraz, gdy potrzebne są słowa, każdy milczy! Znacie ją, na Sigmara, zna ją każdy z tej wioski! Nie może tak po prostu odejść! – Uczucie ulgi u mieszkańców mieszało się z poczuciem winy. Ze spuszczonymi głowami i przymkniętymi oczami akceptowali rzeczywistość taką, jaką zastali.
Ludwick spojrzał na strażników wyrywających Ash, z objęć Bernarda. Ten chłopak naprawdę ją kochał. Po raz pierwszy widział mężczyznę tak bardzo zaangażowanego w związek. Po raz pierwszy niemal mógł poczuć, dotknąć miłości. Dom Bernarda był nią wypełniony po brzegi. Cholera, Bernard, w porządku z ciebie facet, nie zasłużyłeś na to, pomyślał i zwrócił się do łowców.
- Wystarczy. Jedna ofiara jednego dnia. Wystarczy! – Jego głos był twardy i stanowczy.
- Zamknij pysk, psie, jeśli chcesz dostać awans! – Wycedził przez zęby jeden z łowców. – Cisza, rozumiesz?!
Ludwick spojrzał na uśmiechającego się kupca, na braci Barks, którzy z nienawiścią patrzyli na każdego mieszkańca. Na Ash, która była tak oszołomiona i przepełniona strachem, że nie mogła nawet krzyczeć. Rany! Ona była, jak szmaciana lalka, zupełnie bezwolna, Ash, to się nie może tak skończyć, Ash, awans, Ash, Bernard, co ja mogę zrobić? Myślał, a uczucie bezradności ponownie ogarnęło jego ciało.
Ciszę przerywał jedynie krzyk Bernarda, czterech strażników z trudnością mogło go utrzymać z dala od stosu. Dwie kobiety były już przywiązane, żadna z nich nawet nie próbowała uciekać.
- Na bogów!! Ash!! Tak nie może być!! Ash... Proszę was, ludzie, proszę!! To się nie może stać!! Znacie ją, wiecie o niej, że jest dobrą osobą... proszę... – Chrypiał. Policzki miał mokre od łez, oczy przekrwione.
- Niech ogień oczyści ich dusze! – Iskra rozpaliła stos chrustu leżącego pod palem. Błyskawicznie buchnął gorący ogień liżąc płomiennym jęzorem ciała dwóch kobiet. Czuć było swąd palonych włosów i smażenie się ludzkich ciał. Każdy z mieszkańców starał się schować głowę między ramiona.
- Bernard, bądź przy mnie! Kocham cię... – Głos Ash gasł razem z jej życiem. Ulatywał niknąc, tak samo, jak znikał dym rozproszony w powietrzu.
- Ja też – wyszeptał, łkając na kolanach i czując w sercu ogromną pustkę. – Ja też cię kocham, jeszcze bardziej niż wcześniej, Ash. Jeszcze bardziej...
Ciała spłonęły, pozostawiając po sobie jedynie szary popiół. Mieszkańcy stali w milczeniu. Nie chcieli się rozejść. Patrzyli gdzieś przed siebie, w pustkę. Bernard nie przestawał płakać. Leżał z twarzą w błocie, łkając z psychicznego bólu.
- Gratuluję, Ludwicku, wspaniale się spisałeś. Od tej pory możesz uważać się za pełnoprawnego łowcę czarownic. – Jeden z przełożonych poklepał mężczyznę po ramieniu. Chłopak nie uśmiechnął się, nie był dumny. Po prostu stał i patrzył przed siebie, jakby był tylko powłoką wypchaną powietrzem.
Obok Garvina stał jego syn. Kupiec nachylił się do młodzieńca i podnieconym głosem, wyszeptał:
- Powiedzieli, że wreszcie ją wskrzeszą! – Uśmiechnął się szeroko. – Już niedługo, kilka dni, a Synthia, twoja matka wróci do nas, znowu żywa. Czyż to nie wspaniale! Warto było, synku, warto!

***

Noc była wyjątkowo zimna, późną ciszę przerywał tylko śmiech, złowieszczy śmiech szaleńca. I głos, który dobiegał gdzieś z podziemi, a mimo to był donośny, usłyszeć go było można w całym Bergstadt. Krzyk, który sprawiał, że mieszkańcy miasteczka poczuli na kręgosłupie lodowate mrowienie:
- Chaos zalęgł się w mieście! Duchy ostrzegały, ale nikt nie chciał słuchać! Strzeżcie się! Teraz nie ma już dokąd uciekać!
Bergstadt, miasto krzyku, zamarło.
Lubię to
 Lubi to 0 osób
 Kliknij, by dołączyć
Zobacz też
Słowa kluczowe: howard, phillips, lovecraft, zew, cthulhu

Podobne newsy:

» Rocznica śmierci Lovecrafta
50%
» Cold City i inne nowości Portalu
40%
» Skrót do R’lyeh i konkurs
36%
» Keith Herber nie żyje
36%
» Skrót do R'lyeh
33%
 
Podobne artykuły:

» Biografia Lovecrafta
100%
» Verbodi - motyw do Zew Cthulhu RPG
44%
» Pierwszy z bluźnierczych motywów!
44%
» Arkham Horror - recenzja!
40%
» H.P. Lovecraft - biografia - recenzja
40%


Dodaj komentarz, użytkowniku niezarejestrowany

Imię:
Mail:

Stolica Polski:



Twój komentarz został dodany!

Kliknij, aby odświeżyć stronę.




Artykuły

Gry komputerowe
Główne Menu

Gry RPG

Polecamy

Patronujemy
Aktywność użytkowników
madda99 zarejestrował się! Witamy!
_bosy skomentował Blood 2: The Chosen - recenzja
_vbn skomentował Mapy Starego Świata
wokthu zarejestrował się! Witamy!
_Azazello Jr skomentował Gdzie diabeł nie mówi dobranoc. "Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow - recenzja
Gabbiszon zarejestrował się! Witamy!
Liskowic zarejestrował się! Witamy!
_Kamila skomentował "Brudnopis", Siergiej Łukjanienko - recenzja

Więcej





0.060 sek