Warhammer >> Opowiadania >> „4” albo po prostu „Zwyczajna opowieść”

| | A A


Autor: Leszek Baczyński
Data dodania: 2007-07-23 16:26:38
Wyświetlenia: 4531

„4” albo po prostu „Zwyczajna opowieść”

1.

Krew, zmieszana z kawałkami wybitych zębów, płynęła wolno po zarośniętej brodzie Vaurien’a. Jej leniwe brunatne strumyki, niczym senne wodospady, opadały na jego wychudzoną pierś wystającą spod nabijanego żelaznymi bretnalami kaftana. Gdzieniegdzie prawie już niewidoczne, gdzie indziej nad wyraz nabrzmiałe, kończyły swą wędrówkę pod postacią ciężkich kropel lądujących wprost pod jego nogami, gdzie tworzyły kałużę lepkiej i cuchnącej mazi.

Uderzenie okutej w żelazo pięści przywróciło mu świadomość. Potworny ból ze zdwojoną siłą eksplodował w zdeformowanym potężnymi ciosami czerepie, a tętniąca niczym rota galopujących ogierów krew rozdęła żyły do granic ich wytrzymałości.

Umęczone ciało pozostające w bezruchu. Bezwład w lewej ręce, prawa przybita do drewnianej ściany zardzewiałym kawałkiem żelaza. Złapany i osaczony parszywy pies przykuty do muru grubym na palec łańcuchem.

Vaurien otworzył oczy. Właściwie jedno, gdyż drugie, prawe oko zostało uszkodzone na skutek poprzednich brutalnych uderzeń. Jakby tego było mało, olbrzymi krwiak rozciągnął skórę powieki niczym skórzany wór napełniony wodą, który lada chwila zostanie rozerwany na strzępy rosnącym ciśnieniem.

Uniósł wolno głowę, która do tej pory bezwładnie zwisała mu na piersi, i rozejrzał się próbując ogarnąć okaleczonym wzrokiem swe bezpośrednie otoczenie. Znajdował się w jakimś pomieszczeniu, którego wielkości nie był w stanie ocenić na skutek panującego półmroku. Powietrze było gęste i ciepłe, przepełnione zatęchłą i prawie namacalną wilgocią. Mieszanina rozkładającej się posoki i potu tworzyła odór wprost nie do wytrzymania. Wśród cuchnących oparów, jego rozbity i złamany nos wyłowił jednak znajomy zapach przywodzący na myśl wspomnienie cudownych chwil wolności - zapach siana. Tak…Znajdował się w jakiejś starej, zapomnianej przez bogów szopie. Bogowie, cóż za ironia losu!

Panujący półmrok rozświetlała zaledwie jedna świeca, umiejscowiona na strzaskanej krawędzi potężnego kamiennego koryta, znajdującego się na lewo od Vaurien’a. Drgający płomień rzucał słabe światło na siedzącą w jego bezpośredniej bliskości postać mężczyzny. Vaurien nie widział jego twarzy ukrytej pod grubym wełnianym kapturem. Był jednak pewny, że mężczyzna ów wpatruje się w niego z uwagą. Ten przesuwał wolno swą dłonią po długiej i bujnej brodzie. Zastanawiał się pewnie nad kolejnym swym posunięciem. W pewnej chwili odwrócił głowę i skinął nieznacznie, dając tym samym wyraźny znak swemu kompanowi. Kolejne uderzenie…

-To koniec - pomyślał Vaurien. Jak mogłem być takim głupcem i dać się schwytać tym oprawcom?

Powrócił myślami do wydarzeń poprzedzających sytuację, w jakiej aktualnie się znajdował.

2.

Miarowy rytm końskich kopyt wypełniał senną atmosferę upalnego popołudnia. Okoliczne pola zbóż kołysały się leniwie w rytm delikatnych podmuchów wiatru. Nad spaloną słońcem ziemią unosiły się drobiny wirującego kurzu. Jechał wolno pogrążony w myślach, z opuszczoną na piersi głową, nie dostrzegając otaczającego go świata. Niczym duch błąkający się po bezmiarze otchłani, szukający celu swej wędrówki. Ot, jeszcze jeden zbrojny na zagubionym szlaku Imperium. Kilka dni wcześniej opuścił ostatnią znaną mu osadę i udał się w kierunku bezkresnego oceanu pól i stepów - królestwa nietkniętego zarazą ludzkich ambicji i żądz. Przynajmniej taką miał nadzieję.

W pewnej chwili jego koń przystanął i zarżał cichutko. Spokój wędrowca został zakłócony. Wyrwany z rozmyślań nad pewną sprawą, zajmującą jego umysł, podniósł głowę i skierował wzrok ku ginącej na horyzoncie polnej drodze, którą właśnie podążał. W dali dostrzegł maleńki, zniekształcony falującym rozgrzanym powietrzem, kształt. Zmierzająca w jego kierunku postać człowieka.

Mężczyzna rozejrzał się. Do tej pory nie zwracał uwagi na to, gdzie się znajduje. Teraz jednak sytuacja zmieniła się diametralnie. Trzeba przygotować się na spotkanie. Jeżeli jest to zwykły wędrowiec tym lepiej dla niego. Gorzej, jeżeli okaże się on szukającym łatwej zdobyczy łotrem. Wtedy trzeba będzie stoczyć walkę na śmierć i życie, której jedynymi świadkami będą świerszcze i robaki, których z czasem przybędzie tu wiele zwabionych zapowiedzią krwawej uczty nad padliną.

Dotychczas nie został zauważony. Lecz nie ma się gdzie ukryć. Wokół tylko pola. Walka w zbożu w letnim upale to pewna śmierć. Może by tak…Pozostałe rozważania nie miały już większego sensu. Postać dostrzegła go i zatrzymała się.

Stali tak patrząc na siebie wśród kołyszącego się morza zieleni, złota i srebra.

Nie pamiętał ile trwało to oczekiwanie, gdy wreszcie ruszyła wolno w jego kierunku. Więc jednak ma przewagę. Gdyby obawiała się spotkania zapewne by uciekła. Chwycił mocno lejce i ruszył w stronę nadchodzącej postaci. W miarę jak zbliżali się do siebie rozpoznawał coraz więcej szczegółów jej ubioru i wyposażenia.

W końcu wiedział już dokładnie, z kim ma do czynienia. Była to kobieta. Prosta chłopka wracająca z pola. Zapewne gdzieś tutaj w okolicy ma swą chatę, choć do tej pory nie zauważył jakichkolwiek oznak ludzkiej bytności w tej okolicy. Któż jednak zawracałby sobie głowę takimi drobiazgami. Wspaniale było by odpocząć w cieniu domostwa, napić się chłodnego mleka i obmyć ciało z trudów podróży wiadrem wyciągniętej ze studni orzeźwiającej wody. Zmęczenie upałem i nadzieja na rychły odpoczynek przyćmiły zdrowy rozsądek.

- Kim jesteś Panie? - rzekła kobieta opierając się jedną ręką na stylisku swej kosy, a drugą osłaniając twarz przed bezlitosnymi promieniami słońca. Widać było, iż utrzymywanie pozycji stojącej sprawia jej olbrzymią trudność.
- Co robisz na tej bezludnej drodze?

Jeździec przyglądał jej się w milczeniu. Brudna twarz nosząca ślady zmytej niedokładnie krwi, potargane szmaty stanowiące jej odzienie. I ta wielka zardzewiała kosa. Widok ten nie napawał go optymizmem.

- Zwą mnie Marsouin - odparł zsiadając z konia i podchodząc do niej wolnym krokiem.
- Posłuchaj kobieto. Chciałbym chwilę odpocząć i napić się wody, o ile pozwolisz mi pójść ze sobą do twej chaty… - mówiąc to uśmiechnął się szeroko, ukazując zniszczone szkorbutem resztki zębów i kładąc swą dłoń na rękojeści ogromnego miecza zwisającego u jego boku.

- Tak. Odpocząć – wyszeptała. - Zatem ruszaj za mną. Niedaleko stąd stoi stara szopa – mówiąc to odwróciła się do niego plecami i ruszyła we skazanym przez siebie kierunku. Poszedł za nią pieszo, prowadząc konia za uzdę.

3.

Biegł dysząc ciężko. Co parę chwil potykał się o wyschnięte kawały nieoranej od wieków ziemi, rozchylając na boki kaleczące jego twarz wysokie łodygi dzikich zbóż. Dotknięty grozą obrazów, jakie przed chwilą zobaczył, roztrząsał galopujące z prędkością szarżującej kawalerii myśli, pragnąc odnaleźć w ich natłoku właściwe rozwiązanie. Co powinien teraz zrobić w tej sytuacji? Wszystko poszło nie tak jak to sobie zaplanował. A plan był doskonały i prosty. Tak prosty jak jego zwyrodniały chłopski umysł, który ukrywał się pod pokrytym wrzodami czerepem, górującym nad znaczoną bliznami, strupami i śladami syfilisu parszywą gębą.

Potknąwszy się zapewne o jakiś kamień, upadł ociężale na ziemię. Przez chwile leżał nieruchomo, łapiąc powietrze zmęczonymi potwornym wysiłkiem płucami. Gonitwa myśli powoli zaczynała odchodzić w spokojny i niczym niezmącony sen. A więc stało się. Od tej chwili świat, który znał, nigdy już nie będzie taki sam.

Dlaczego? Dlaczego tak się stało? Jak mógł spóźnić się na spotkanie w umówionym miejscu? Dotychczas nigdy mu się to nie zdarzyło. Wszak jako były żołnierz Imperium, lata spędził na doskonaleniu swego żołnierskiego fachu. I dyscypliny. Przede wszystkim dyscypliny. To ona decydowała o tym, czy jutro będzie można zanurzyć się w radościach życia, czy też pogrążyć swe istnienie w kloacznym dole wypełnionym rozkładającymi się resztkami kości.

A radości tych było wiele. Największą zaś z nich była ona. Jego nagroda za pełne trudów wojenne życie. Pamiętał, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Słowa, gesty, pocałunki. A potem te wszystkie chwile, które na dobre i na złe ich złączyły. Dwie słabe nitki cudem unikające niebezpieczeństw targających wichrami pożogi Stary Świat. Aż do teraz…

Teraz ona nie żyje. Leży tam w szczerym polu, zimna jak trup. Trup, jakich wiele widział w swym życiu. A on nie może jej pomóc. Nie może nawet przytulić jej do siebie. Ohydny morderca zabił jego szczęście, jego świat, jego życie. Widział to na własne oczy. Pochylający się nad ciałem jego ukochanej kat. Zemści się. Dopadnie psa i zatłucze go na śmierć. Będzie wiedział, że umiera. Ale wpierw musi znaleźć sposób, by go pojmać.

Gdyby chciał ruszyć teraz na parszywca w pojedynkę, nie miałby najmniejszych szans. Potrafił oceniać swych przeciwników. Ten wydał mu się nad wyraz niebezpiecznym łotrem. Zadźgałby go niechybnie swym sztyletem. Tak jak przed chwilą zadźgał jego ukochaną Fauchon. W dodatku ten skórzany kaftan, nabijany bretnalami. Zapewne wytrzyma niejedno uderzenie chłopskiego kordelasa.

Kiedy już ta hiena zadowoli się łupem, wróci do Fauchon, pochowa ją i ruszy śladem psubrata. Na bogów! Czy nikt mu nie pomoże w zemście?!

- Wody!- Ledwie słyszalne stęknięcie dotarło do jego uszu. Czy zdawało mu się tylko, czy jednak bogowie usłyszeli jego wołanie o pomoc? Podniósłszy swą głowę zaczął chodzić na czworakach rozglądając się dookoła. Wtem dostrzegł leżący obok puklerz. A więc to nie był kamień! Potknął się o porzucony fragment zbroi. Skąd on się tu wziął? W szczerym polu pośród dzikich zbóż? Powoli podniósł się i stanął na nogach. W blasku gasnącego słońca dostrzegł wreszcie ślady świadczące o tym, co rozegrało się tu przed jego przybyciem. Połamane łodygi, ślady krwi, zgnieciona stopami trawa…Stoczono tu pojedynek.

Obchodząc powoli pole walki odnalazł wreszcie to, czego szukał. Przed nim leżało ciało. Wyglądało na trupa, choć nie było nim w istocie. Leżący uniósł powiekę, a z jego rozbitych ust wydobyło się raczej rzężenie niż głos ludzki. Nie dziwota - jego szyję przeszył wystrzelony z kuszy bełt.
- Pomóż mi…- wyszeptał zbrojny i stracił przytomność.
- Ja pomogę tobie, a ty pomożesz mnie - wyszeptał do siebie chłop i jego parszywy pysk rozjaśnił szyderczy uśmiech…

4.

Siedziała pochylona, z rękami opartymi na kolanach, na jednym ze szczebli starej drabiny i uważnie wpatrywała się w stojącą po przeciwnej stronie postać mężczyzny, który łapczywie opróżniał dzban wody. Ubrany był jak przeciętny mieszkaniec Imperium. Poznaczona bliznami łysa czaszka, gruby skórzany kaftan i średniej wielkości kusza stanowiły najważniejsze atrybuty jego wyglądu. Być może był myśliwym, a może zbiegłym dezerterem z jakiejś armii, których nie brakowało na niezmierzonych połaciach Starego Świata? Prawdę mówiąc nie wiele ją to obchodziło. Najważniejsze, że wyglądał na zdecydowanego na wszystko łotra. Idealne wprost narzędzie do zrealizowania jej planu i szansy na odmianę jej dotychczasowego beznadziejnego życia. Spotkała go kilka godzin wcześniej na drodze, która przebiegała niedaleko miejsca, w którym przebywali. Było to jej aktualne schronienie - stojąca samotnie w szczerym polu stara zniszczona szopa. Kto ją postawił na tym odludziu i po co, tego, niestety, nie wiedziała. I nie chciała wiedzieć.

Mężczyzna skończył pić, odstawił od ust dzban i wycierając rękawem zarośnięte usta spojrzał podejrzliwym wzrokiem na kobietę. Zastanawiał się, co robi tutaj ta dziewczyna i czy przypadkiem w pobliżu nie czai się jej kompan, czekając tylko na okazję by poderżnąć mu gardło. Okoliczne szlaki pełne były rozmaitych morderców polujących na samotnych podróżnych. Sam był zresztą jednym z nich.

- Dobijmy targu. Czego zatem chcesz kobieto w zamian za ten dzban wody, który być może uratował mi życie na tej spalonej słońcem przeklętej ziemi?

- Uwolnij mnie z tej matni, a przysięgam, setnie Cię wynagrodzę. Usiądź na tym kamiennym korycie i posłuchaj tego, co mam Ci do powiedzenia…

Mijały minuty, kiedy wyjawiała mu szczegóły swego planu. Układała go w głowie od wielu miesięcy. Żyła nim każdym dniem, każdą godziną swego marnego żywota, czekając cierpliwie na moment, kiedy wreszcie będzie mogła go zrealizować. I oto, w jej mniemaniu, nadszedł wreszcie odpowiedni czas. Kiedy skończyła, mężczyzna potarł ręką swoją szpetną mordę, przeżuwając wolno to wszystko, co właśnie usłyszał.

- O ile dobrze Cię zrozumiałem, chcesz bym zamordował tego szubrawca i pozwolił Ci pójść ze mną? Jesteś albo strasznie głupia, albo naprawdę zdesperowana i wściekła jak rozdrażniona kobra. Nawet mnie nie znasz, nie wiesz, kim jestem i czym się zajmuję, a chcesz powierzyć swój los w moje ręce?

- Jestem gotowa nawet Ci się oddać, byle tylko zobaczyć tego wieprza leżącego u mych stóp z poderżniętym gardłem – wycedziła.

Spojrzał na nią lubieżnym okiem.

- Mogę wziąć już teraz, co chcę. Jesteśmy tutaj tylko ty i ja.

- Gdybyś chciał zadać mi gwałt, zrobiłbyś byś to już dawno, tam na drodze, gdzie Cię spotkałam. Nie mam pojęcia, co Cię powstrzymało, lecz wiem jedno. Dzięki swej powściągliwości otrzymałeś szansę przeżycia i poznania mego sekretu. Decyzja należy do Ciebie.

Miała rację. Choć to, że wciąż jeszcze żyła, zawdzięczała jedynie ślepemu przypadkowi. Gdyby nie ten przeklęty paniczyk, którego dopadł tydzień temu i zaatakował. Bronił się niczym kociak, lecz nie miał większych szans na przeżycie. Zadusił go rękami, lecz nie docenił jego woli przetrwania. Chłopiec w przedśmiertnym odruchu rozpaczy zadał mu swym sztyletem potworne cięcie w pachwinę. Cudem tylko nie przeciął tętnicy. Ale wystarczyło to zupełnie, by pozbawić go rozkoszy zadawania gwałtu na następne kilka tygodni. Utraciwszy zbyt wiele krwi, nie odzyskał jeszcze pełni sił witalnych. Snuł się, zatem bezdrożami, unikając imperialnego traktu i wścibskich oczu podróżnych. I kiedy wydawało mu się, że pomału wraca do zdrowia, ta harpia dopadła go w szczerym polu. „…Nie wiem, co Cię powstrzymało?..”, „…Dzięki swej powściągliwości…” – dobre sobie. Naturalnym jest, że kiedy ktoś przystawia człowiekowi do gardła zardzewiałą kosę, ten staje się wtedy nad wyraz spokojny i powściągliwy.

- Zgoda. Zapolujemy razem na tego psa.

Uśmiech rozjaśnił jej twarz. Wstała i podeszła do niego, chcąc okazać mu swoją radość. I gdy właśnie wyciągała swe dłonie w jego kierunku, niespodziewanie zaatakował. Błyskawicznym ciosem w głowę powalił ją na ziemię, po czym poprawił solidnym kopniakiem wymierzonym prosto w brzuch. Stęknęła głucho i straciła przytomność.

- Wredna suka – wydyszał stojąc nad nią. Splunął z pogardą, po czym odwrócił się i pchnąwszy ręką drewniane wierzeje szopy wyszedł na zewnątrz.

- Cóż za podły świat, pełen morderców i dziwek gotowych sprzedać ludzkie życie za garść dukatów lub chwilę rozkoszy - pomyślał. Z niedowierzaniem pokręcił głową i ruszył przed siebie, zastanawiając się, co miała na myśli, mówiąc o nagrodzie za zabójstwo swego towarzysza.

5.

Otworzył wolno oczy i rozejrzał się. Leżał na stercie ściętych zbóż mając nad sobą sklepienie pełne gwiazd. Do jego uszu dochodził dźwięk strzelającego ogniska, nozdrza zaś wypełniał zapach dymu. Z najwyższym trudem podniósł głowę. Na wprost niego, przy ogniu siedział mężczyzna i wpatrywał się w niego przekrwionymi oczami. Jego wredna morda mogłaby przestraszyć najwaleczniejsze serce Imperium.

- Widzę, że wracają Ci siły panie – odezwał się chłop i splunął siarczyście prosto w ogień.
- Zwą mnie Degout. Miałeś sporo szczęścia, że przeżyłeś. Bogowie widać darzą Cię szczególnymi względami.
- Gdzie jestem? Co się stało? – Wyszeptał, krzywiąc się z bólu, który powoli wracał w jego ciało.
- Sam chciałbym wiedzieć, co tu się stało – odparł jakby do siebie Degout. – Znalazłem Cię w kałuży krwi z przestrzelonym gardłem. Zanim jednak dokończę, powiedz, czy nie spotkałeś na swej drodze kobiety…?

Błyskawica przemknęła przez obolały umysł rannego przywracając na chwilę wspomnienie minionych zdarzeń. Morderczy upał…polna droga…kobieta…- wlepił swój wzrok w sparszywiałą mordę chłopskiego szubrawca i poczuł jak zimne krople potu zlewają mu kark.

6.

Szli w milczeniu przez pole dzikich zbóż walcząc każde z myślami.

Cholerny psubrat zdrowo jej dokopał. Nie wiedziała ile czasu leżała w szopie nieprzytomna. Wciąż ją mdliło. Na domiar złego czuła dziwną słabość – pewnie coś jej pękło i teraz wewnętrzny krwotok wypełniał podbrzusze. Za chwilę straci przytomność i cały plan jej męża weźmie w łeb. Przed oczyma wciąż miała jego wredny pysk, kiedy powrócił wczoraj z osady i opowiadał jej o podróżującym samotnie konnym, na którego chciał napaść. Tak. Napadali na podróżnych i mordowali ich bez litości. Miała tego dość. Dlatego oszczędziła tego przeklętego łysego bękarta, który w efekcie okazał się zwykłą szują. Taką samą jak jej mąż.
Ból przywrócił ją do rzeczywistości. Trzeba działać szybko. I tak nie ma innego wyjścia. Jeżeli zawiedzie, Degout tak się wścieknie, że połamie jej wszystkie pozostałe żebra. Zagryzła wargi aż do krwi i mocno ścisnęła stylisko swej morderczej broni…

„…Rada nadaje ci prawo do pozbycia się okolicznych morderców działających w okolicy. Kontrakt zostanie spisany jutro. Jutro także otrzymasz rysopisy tych łotrów…”- myśli rozsadzały mu czerep, kiedy szedł tak za nią. A więc wreszcie dopadłem te wszy – śmiał się w duchu Marsouin. Teraz już tylko pozostaje wybrać odpowiedni moment do ataku. Zetnie jej plugawy łeb zanim zdąży nadciągnąć jej kompan. Pewnie prowadzi go teraz w pułapkę, wprost w objęcia kostuchy. Nie ma chwili do stracenia. Dłoń Marsouin‘a zacisnęła się na rękojeści ogromnego miecza…

Uderzyli niemal jednocześnie, nie spodziewając się swych ataków. Kosa Fauchon zakreśliła łuk, minąwszy o centymetry Marsouin’a i wbiła się całym swym impetem w koński łeb. Śmiertelnie ranne zwierzę szarpnęło się w konwulsjach, wytrącając z równowagi łowcę, którego mordercze cięcie olbrzymiego miecza zmieniło trajektorię. Zamiast w szyję trafiło Fauchon nieco wyżej, pozbawiając kobietę dolnej szczęki. Z okropnej rany trysnęła krew. Pomimo tego Fauchon nadal walczyła. Panującą dookoła ciszę przeszywały raz po raz odgłosy uderzającego o siebie metalu. W milczeniu przesuwali się krok po kroku wśród falujących zbóż. Fauchon traciła jednak siły. Przeklęty Degout powinien już dawno tu być! Chciała krzykiem przywołać go, lecz głos uwiązł jej w gardle. Pomoc nie nadeszła. Oprócz nich w pobliżu nie było nikogo.

Walka nie trwała długo. Kilkadziesiąt metrów dalej Marsouin, lubujący się w zadawaniu mąk zwyrodniały łowca głów, dopadł ją i w okrutny sposób dokończył swego dzieła. Umorusany krwią ofiary wstał powoli i ciężko oddychał. O mało, co nie stracił życia. Nie docenił jej. Przebiegła żmija mimo widocznej słabości miała jeszcze sporo sił. Ależ była niebezpieczna. Na dodatek ukatrupiła jego konia.

Marsouin postanowił wrócić do martwego zwierzęcia. Gdy po kilkudziesięciu krokach dotarł tam, pochylił się nad końskim trupem i sięgnąwszy ręką po bukłak z wodą, odpiął go. Wpierw wytarł twarz z posoki, która zlepiała włosy jego bujnej brody, a następnie wyprostował się i przechylił naczynie. Strumyki wody obmyły jego głowę i twarz. Ależ to cudowne uczucie.

Musi uważać. Gdzieś w pobliżu czai się jeszcze jeden morderca. Gdy już odnajdzie go i zabije, wróci do swych zleceniodawców i odbierze lukratywną nagrodę. Marsouin uśmiechnął się szyderczo pod nosem i w tym samym momencie żelazny bełt trafił go prosto w szyję.

7.

- Kobieta…- szepnął mimowolnie.
- A więc spotkałeś ją – wycedził Degout i opuścił swą głowę między ramiona. Widać było, że walczy z bólem i z trudem powstrzymuje swe emocje. Zdławił jednak rozpacz i podnosząc swój prymitywny łeb odparł:
- Ta kobieta, to moja ukochana… Fauchon…Niestety nie żyje…Jej ciało leży kilkaset metrów stąd…Nie miała szans…Oboje nie mieliście…Podły morderca napadł na Was…Nie oszczędził nawet konia…Ty miałeś więcej szczęścia…Przeżyłeś…Opatrzyłem Twoją ranę…Chciałbym jednak byś pomógł mi dopaść tego psa. Gdy go złapiemy, obaj zadbamy o to, by nie nudził się w ostatnich chwilach swego żywota…

Marsouin powoli opuścił swą głowę na posłanie i spojrzał swym zimnym wzrokiem w gwiazdy. Leżał tak przez chwilę i rozważał wszystko to, co przed chwilą usłyszał od chłopa.
Jego twarz rozjaśnił ledwo dostrzegalny uśmiech. Prawdziwie musiał być wybrańcem bogów, skoro ci tak hojnie go obdarowali. Przez chwilę myślał, że oto nadszedł jego koniec i przyjdzie mu umrzeć w straszliwych mękach. Znalazł się, bowiem w rękach bandyty, na którego właśnie polował. A teraz nagle dowiaduje się, iż ten łotr, myśląc, iż ktoś inny zabił jego żonę, prosi go o pomoc w ujęciu szubrawca, który w dodatku chciał zabić i jego!

Postanowił wpierw ująć swego potencjalnego mordercę, a kiedy już się go pozbędzie, przyjdzie kolej na niczego nie podejrzewającego prostaka. Marsouin nie wiedział jednak, jak bardzo się mylił.

8.

Ze snu wyrwał go niedaleki odgłos kroków i łamanych łodyg zbóż. Błyskawicznie chwycił swą kuszę i ostrożnie wysunął głowę patrząc w kierunku skąd dochodziły. Vaurien zobaczył brodatego mężczyznę, który szedł wolnym krokiem kilkadziesiąt metrów dalej wycierając w poły swej tuniki skrwawiony miecz. W pewnej chwili mężczyzna przystanął, przyklęknął i po chwili wyprostował się zraszając twarz wodą z bukłaka. Vaurien’a paliło pragnienie, a tu bogowie zsyłają mu taki dar! Samotny głupiec zgubił pewnie drogę pośród tych pól. Szkoda czasu. Zabije go i weźmie sowity łup. Nie namyślając się długo, strzelił z kuszy mierząc dokładnie w szyję przeciwnika.

Chwilę później, zaspokoiwszy pragnienie kilkoma potężnymi chaustami wody, obszukał ciało ofiary leżące obok końskiego trupa. W skórzanej torbie odnalazł klika kartek pergaminu. Ponieważ nie potrafił czytać rzucił je niedbale na bok. I pewnie gdyby nie ślepy przypadek, który sprawił, że jedna z nich padła mu wprost przed jego pochyloną nad łupem gębę, jego losy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Na owym kawałku podniszczonego papieru widniała twarz kobiety, którą tak okrutnie potraktował dzisiejszym rankiem.

Vaurien zrozumiał, iż upolował właśnie łowcę głów! No proszę, myśliwy stał się zwierzyną. Teraz wszystko stało się jasne. Rozejrzał się po okolicy, dobrze rozumując, iż gdzieś niedaleko powinien znajdować się trup jakiegoś łotra, którego zabił łowca. Wszak wycierał on swój ogromny miecz ze świeżej krwi. Vaurien ruszył śladami pozostawionymi przez Marsouin’a. Szedł znajdując poszczególne dowody stoczonej walki, aż wreszcie odnalazł ciało Fauchon. Pochylił się nad nią, dotykając ręką jej twarzy. Bynajmniej nie z litości. Na szyi kobiety lśnił w słońcu kawałek szlachetnego metalu, który bardzo spodobał się Vaurien’owi. Wyjął z za pasa sztylet i przeciąwszy rzemień, zabrał zdobycz, chowając ją za połami swego kaftana.

Nie było mu żal. Ostatecznie spotkało ją to, na co sobie zasłużyła. Wyprostował się, rozejrzał i ruszył wolno przed siebie ku swemu przeznaczeniu.

9.

Ogromne czarne chmury przewalały się nad stojącą samotnie w polu starą zniszczoną szopą.
Nadchodziła burza. W oddali widać już było rozbłyski gromów z wściekłością przecinających nieboskłon. W naelektryzowanym do granic powietrzu unosił się zapach ozonu.

-Powiem Ci, za co umierasz parszywy psie - Degout zbliżył swą szkaradną mordę do tego, co jeszcze kilka godzin temu było twarzą Vaurien’a. Pojmali go wieczorem, gdy zatrzymał się, by odpocząć. Nie wiedział nawet, jak to się stało. Gruby sznur zarzucony mu na szyję przez napastnika błyskawicznie pozbawił go przytomności. Fragmenty nieba pełnego ciemnych chmur, niewyraźne sylwetki postaci, grzechot łańcucha i odgłos wbijanego w ciało żelaza składały się na fragmenty świadomości, jakie był sobie w stanie przypomnieć. I oto znajdował się w tej samej szopie, w której jeszcze rankiem rozmawiał z wredną babą o zabójstwie jej męża. Ciekawe gdzie on teraz jest? I co robi? Dobrze by było, gdyby pojawił się tutaj rychło, być może mógłby mu pomóc wydostać się z opresji. Vaurien był, bowiem przekonany, iż został pojmany przez tych dwóch za zabójstwo ich kompana – brodatego łowcy głów.

- Zabiłeś ją wszarzu i teraz odpokutujesz za swoje winy – wycedził przez zaciśnięte zęby Degout.

Vaurien wolno przetrawił to, co właśnie usłyszał. Jego nadzieja na przeżycie zniknęła w jednej chwili. Ależ się mylił. Oto stoi przed nim przeklęty kompan tej wrednej suki, którego chciała się pozbyć. Żałował teraz, że nie przyjął jej propozycji.

Degout sięgnął swą okrwawioną dłonią po leżący nieopodal sierp i chwyciwszy go mocno spojrzał ponuro na przykutą do ściany ofiarę.

- Wstrzymaj się głupcze – wycharczał drugi oprawca, wstając ze swego miejsca i zbliżając się do nich. Ja również chciałbym „podziękować” naszemu „przyjacielowi” za „opiekę”, jaką mnie obdarzył podczas naszego ostatniego spotkania. Ciało Vaurien’a przeszedł lodowaty chłód. Gdyby miał włosy, zapewne wszystkie byłyby teraz uniesione strachem.
Owym drugim katem był łowca głów. Ten sam, którego, wydawało mu się, zabił w polu.
Jakimś cudem przeżył jego morderczy strzał! Przez okrwawioną głowę Vaurien’a przebiegały teraz tysiące myśli. A więc jest jeszcze szansa! Teraz albo nigdy. Wypluwając wypełniającą jego usta krew, Vaurien odezwał się do Degout’a.

- Posłuchaj mnie kundlu. Nie zabiłem tej kobiety. Wiesz, co znalazłem w torbie tego łajdaka, gdy napadłem na niego? – tu wskazał na Marsouin’a. Kontrakt na Ciebie i na tę przeklętą dziwkę. Tak, dobrze słyszysz! Tę cholerną dziwkę, która rankiem błagała mnie bym poderżnął Ci gardło. Twój kompan natomiast, to nikt inny, jak sparszywiały łowca głów, który przybył tu w jednym celu – by zarżnąć Cię jak świnię. Dokładnie tak samo, jak zarżnął i zgwałcił twoją kobietę...

Tu urwał, bo wściekły do nieprzytomności Degout potężnym uderzeniem sierpa odciął mu przykutą do ściany rękę. Ciało Vaurien’a zwisało teraz bezwładnie na drugiej, wyrwanej ze stawu kończynie. Z okropnej rany tryskało morze krwi…

Degout błyskawicznie odwrócił się w stronę Marsouin’a. A więc tu wszystko się kończy. Ten zbity pies miał rację. Dowiedziawszy się w osadzie o samotnym konnym podróżnym, wraz ze swa żoną szykował na niego pułapkę. Wtedy jeszcze nie wiedział, że to polujący na nich najemnik. Przypadek sprawił, że zobaczył kontrakt na siebie, gdy znalazł go rannego tam w polach. Gdyby tylko wtedy wiedział, że to on zamordował jego ukochaną…

Na zewnątrz rozszalała się burza.

Marsouin wolnym ruchem wyjął swój ciężki miecz. Ten prymityw wie już, kim jest. Pora dokończyć dzieła. Stali teraz naprzeciw siebie, dysząc wściekle, gotowi w każdej chwili uderzyć.

Wtem drzwi szopy otwarły się szeroko, brutalnie pchnięte ostrym podmuchem wichru, który wdzierając się do wewnątrz zgasił swym oddechem jedyną znajdującą się w pomieszczeniu świecę. Potężny grom uderzył nieopodal rozświetlając horyzont. Degout i Marsouin mimowolnie odwrócili głowy w kierunku otwartych na oścież wierzei szopy i zamarli z przerażenia. Stała w nich dobrze znajoma im zakrwawiona postać ściskająca w swych dłoniach olbrzymią zardzewiałą kosę. Była to Fauchon…

10.

- I co? Co było dalej? Opowiadaj starcze! - ciżba gromadnie obległa sędziwego barda, który w tym właśnie momencie przerwał swą opowieść, i powiódłszy jednym okiem po twarzach słuchaczy, sięgnął po kufel zimnego piwa.

- Ja wam powiem – odezwał się siedzący najbliżej bajarza potężny chłop. Przeklęta wiedźma ścięła wszystkim łby z karków swą piekielną kosą. To musiała być strzyga. Mówię wam, pełno ich szwęda się po świecie polując na niewinne dusze…

- Bzdury gadasz – odparł jego kompan – Wydaje mi się, że łowca wykończył ich wszystkich. Jego miecz widział już niejedno…

Po paru chwilach wszyscy zgromadzeni w gospodzie przekrzykiwali się nawzajem. Chłop poderżnął gardło łowcy…Wszyscy wytłukli się nawzajem…Domysłom nie było końca.

Podniósłszy się ciężko z ławy, chwycił mocno swój kostur, popatrzył na otaczającą go gromadę przekrzykujących się nawzajem wiejskich głupków, pokręcił lekko głową i ruszył w kierunku drzwi. Otwarłszy je szeroko wyszedł przed budynek. Spojrzał w niebo pełne gwiazd, splunął siarczyście i kuśtykając na swej jednej nodze ruszył przed siebie. Stary okaleczony szubrawiec, któremu pozostało tylko szwędać się po gospodach i bawić tłum opowieściami. Kiedy tak szedł w milczeniu na jego szyi kołysał się uwiązany na rzemieniu kawałek szlachetnego metalu, w którego posiadanie wszedł dawno dawno temu.

Ale to już zupełnie inna opowieść…
Lubię to
 Lubi to 0 osób
 Kliknij, by dołączyć
Zobacz też
Słowa kluczowe: the, spirit, duch, miasta, recenzja, frank, miller

Podobne newsy:

» LEGO Władca Pierścieni - premiera
27%
» Frank Frazetta nie żyje
22%
» Family Guy - przedsprzedaż
20%
» Gargamel powraca!
20%
» "The Walking Dead" - premiera
20%
 
Podobne artykuły:

» The Fall - recenzja!
40%
» The Bestiarium - recenzja!
31%
» Wolsung, The Boardgame - recenzja!
31%
» Z cyklu klasyki - Blood 2 The Chosen!
31%
» Bóg Imperator Diuny - recenzja
29%


Dodaj komentarz, użytkowniku niezarejestrowany

Imię:
Mail:

Stolica Polski:



Twój komentarz został dodany!

Kliknij, aby odświeżyć stronę.




Artykuły

Gry komputerowe
Główne Menu

Gry RPG

Polecamy

Patronujemy
Aktywność użytkowników
madda99 zarejestrował się! Witamy!
_bosy skomentował Blood 2: The Chosen - recenzja
_vbn skomentował Mapy Starego Świata
wokthu zarejestrował się! Witamy!
_Azazello Jr skomentował Gdzie diabeł nie mówi dobranoc. "Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow - recenzja
Gabbiszon zarejestrował się! Witamy!
Liskowic zarejestrował się! Witamy!
_Kamila skomentował "Brudnopis", Siergiej Łukjanienko - recenzja

Więcej





0.503 sek