Warhammer >> Opowiadania >> Porost

| | A A


Autor: Marcin Kubiesa
Data dodania: 2007-07-23 23:39:51
Wyświetlenia: 6525

Porost

Porost (elf. Llihenes)- organizm symbiotyczny, w którym we współpracy żyją dwa rodzaje stworzeń: grzyby i glony. Stworzenia te dzięki współpracy, potrafią żyć w niezwykle niesprzyjających warunkach, np.: na nagiej skale, gdzie żadna roślina nie może się zakorzenić. Ich obumierające szczątki tworzą pierwszą glebę, na której wyrastają później bardziej wymagające rośliny. Porosty nazywane są organizmami pionierskimi, bowiem przynoszą życie tam, gdzie go do tej pory nie było.
Rhadamus Arvinov
,,O królestwach roślin i zwierząt''

Ostry, nocny wiatr łopotał szatami wędrowca, który wspinał się na Kopiec Przeklętych. Kopiec, a raczej kurhan, który usypano ze szczątków spalonego Praag, był grobem tysięcy spalonych w ogniu zniszczenia. Nowi osadnicy mieli nadzieję, że na kopcu z czasem wyrosną drzewa i w ten sposób zostanie przywrócony ład tej splugawionej ziemi. Tak się jednak nie stało. Blisko 100 stopowe wzgórze, położone w północnej części miasta, straszyło czernią i swądem śmierci blisko dwadzieścia lat. Bywały zimy kiedy wzgórza nie przykrywał śnieg, choć całe miasto zasypane było po same dachy. Ludzie przestali się doń zbliżać i nazwali je Kopcem Przeklętych, bowiem przeklęci byli Ci, którzy spoczęli w tym splugawionym grobie.

Wędrowiec wspinał się po twardej, suchej skarpie czarnej ziemi. W wielu miejscach ziemia osuwała mu się się spod stóp, przez co podpierać się musiał srebrną laską. Znoszone buty zapadały się wielokrotnie w spękanej skorupę. Słyszał jak ziemia krzyczy, jak wzywa pomocy, jak płacze z tęsknoty za życiem. Przystanął na szczycie i wbił swą laskę w martwą ziemię. Ukląkł i zanurzył dłonie w suchej glinie. Dotarł do niego krzyk! Krzyk, który wzmagał się z każdą sekundą. Każdy kamień, każda grudka ziemi, każde ziarnko piasku wołało, płakało i krzyczało ze strachu. Nie wiedziało co się z nim dzieje, dlaczego tak cierpi, dlaczego każda jego cząstka jest skażona? Dlaczego nie czuje już Matki? Nie czuje jej śpiewu i ciepła?

Wędrowiec zamknął oczy, z których spłynęła łza i spadła na czarną, suchą ziemie rozpryskując się na tysiące drobin, które zamiast wchłonąć spływały w dół stoku. Młody człowiek usiadł i chwycił laskę w obie ręce. Zbliżył do ust niewielki ustnik w jej połowie i ustawił palce na kilku z setek malutkich dziurek. Wsłuchał się w płacz kamieni a potem spojrzał w niebo. Żółty księżyc zasnuwały bure chmury, pędzone przez bezlitosny północny wiatr. Posłuchał wiatru i usłyszał jego gniew. Wicher przeklinał to co widział na północy. To co rozkładało ten świat burząc odwieczną harmonię. Różowe oczy młodzieńca spojrzały z nadzieją na gwiazdy, lecz i tam nie znalazł śladu tej pierwotnej miłości. To z gwiazd przybył Chaos. Spojrzał w głąb własnego serca i odnalazł głos Mistrza: ,, Zrodziłeś się z Tej Ziemi i jesteś Jej synem. Wsłuchaj się w Jej głos. Słyszysz ten śpiew? To kołysanka dla ciebie...” Chłopak odnalazł to czego szukał i wypuścił to w magiczne trzewia Lenry, z której wydobyła się muzyka. Jednak ,,muzyka” to nie jest odpowiednie określenie. Dźwięk Lenry nie tylko się słyszy, ale i czuje i widzi. Odbiera się ją wszystkimi zmysłami. Muzyka wplotła w swe nuty płacz kamieni i krzyk ziaren piasku. Wplotła gniewny wiatr i promienie księżyca. Wplotła zimny blask gwiazd i oddech nocy. Cicha melodia Matki Ziemi, za którą tęskniła skażona gleba Kopca Przeklętych, tańczyła nad wzgórzem i uspokajała kwilenie ziaren piasku. Uciszyła płacz kamieni, łagodziła gniew wiatru...

Pochodnie syczały w ulewnym deszczu a podkute buty strażników uderzały głucho o kocie łby, czyniąc hałas między pogrążonymi w śnie uliczkach. Kapitan Reiganow zatrzymał się obok domu stojącego najbliżej Kopca Przeklętych. Czekał tu juz na niego starzec i sierżant Lotrefow, który skupiał wzrok na niknącym we mgle i ciemności wzgórzu.

-Mówiłem temu szaleńcowi żeby tam nie szedł- tłumaczył się starzec- ale on nie chciał słuchać...
-Trudno- machnął ręką kapitan Reiganow- Dobrze by było gdyby już nie wrócił, problem tylko ze zwłokami...
-Kto by się tam zwłokami przejmował-zaskrzeczał staruch- kruki je zeżrą będzie po sprawie...- ucichł pod jednoznacznym kapitańskim spojrzeniem.
-Jeśli będzie trzeba to sam pójdziesz po niego.
Staruch cofnął się i zniknął z pola widzenia kapitana, który stał już u boku szeregowego.
-Kapitanie czy naprawdę sądzicie, że będzie trzeba iść po zwłoki?- spytał cicho Lotrefow wpatrzony nadal w ciemność.
-To by było najlepsze wyjście sierżancie.
Lotrefow spojrzał na zimną i pewną minę kapitana chcąc wyczytać cokolwiek z kamiennych rysów.
-A jeśli wróci... i będzie normalny?
-Znacie procedurę sierżancie i wiecie co dzieje się w mieście.
-Tak jest kapitanie. Ale...
-Żadnego ale. Jeśli wróci związać go i przyprowadzić do mnie. Jeśli będzie stawiał opór... zabić.
-Tak jest kapitanie.-Lotrefow nie był zadowolony z faktu, ze może będzie musiał zabić kogoś bez wiadomej winy. Ale ostatnie wydarzenia w mieście... te ręce wystające z bruku i głowy w ścianach. Po szeregowym przeszły dreszcze. Kapitan ma rację. Wracają ciężki dni...

Trząsł się z zimna. Wszystko było mokre i chłodne. Do tego jeszcze jakieś źdźbło wchodziło mu do ucha i denerwowało... Zacisnął pięści zamykając w nich soczystą trawę.
Trawę!
Poderwał się do siadu i ujrzał wokół siebie łany zieleni. Uśmiech wykwitł na młodych, pełnych ustach, z których trysnął czysty śmiech.
-Udało się...-uniósł ręce ku słońcu i krzyknął- Udało się!
Cały Kopiec Przeklętych porastała gęsta, soczysta trawa, której zieleń zdawała się lśnić w południowym słońcu. Chłopak wziął laskę i zbiegł w podskokach ze wzgórza, delektując się śpiewem radości trawy skąpanej w promieniach słońca. U podnóża czekało dwóch mężczyzn w skórzanych uniformach i mieczami u boku. Młodzieniec zwolnił a szmaragdowe poły jego szaty rozwiał wiatr. Kaptur spadł ze śnieżnobiałych, długich włosów odsłaniając marmurowa cerę wędrowca. Różowe oczy tryskały radością, choć łatwo wyczytać w nich by było wielkie wyczerpanie. Mimo to przywitały ciepło i ufnie strażników.

-Stój! Nie podchodź! -strażnik obnażył do połowy miecz- Jesteś aresztowany za wtargnięcie w zakazany obszar. Oddaj broń i połóż się na ziemi!

Chłopaka nie dziwiła ostrożność strażników, ale i tak nie rozumiał czego od niego chcą. Groźne spojrzenie jednak wytłumaczyło mu, ze lepiej nie stawiać oporu. Mistrz zawsze mówił, że walka, której można było uniknąć jest zła. Nie zabijaj jeśli nie jesteś głodny. Kto złamie to prawo traci miłość Matki. Odrzucił laskę i uniósł ręce. Strażnik dopadł go i zmusił do zgięcia potężnym kopniakiem w podbrzusze. Zaćmiło się mu w oczach a żołądek przeszył ból spotęgowany kilkudniowym głodem. Upadł na kolana w miękka trawę. Wygięli ręce w tył i związali powrozem, za który ciągnięty był później ulicami miasta. Na jego widok ucichli przechodnie robiąc szerokie przejście dla Stalgardzkiej Milicji. Ludzie wpatrywali się weń ze strachem a jakaś kobieta z tłumu rzuciła w niego zgniłym owocem. Rozległy się krzyki i przekleństwa. Strażnik pociągnął linę mocniej i chłopak upadł uderzając głową o bruk...

Król Zoltan stał w oknie swojej komnaty i patrzył na nagą równinę rozciągającą się daleko na północ. Codziennie z niepokojem spoglądał w tę stronę wypatrując wici alarmowych, które zapłoną gdy wróg się zbliży. Wciąż rozpamiętywał to co stało się przed dwudziestoma laty. Wciąż miał te same koszmary, które dręczą go od pożaru miasta. Zacisnął pięść na gardzie miecza aż zbielały kłykcie w pomarszczonej i usianej bliznami dłoni. Poczuł otuchę w dotyku zimnej stali i w stwierdzeniu, że nie jest jeszcze taki stary jak traktują go wszyscy na około. Wciąż może dzierżyć miecz i prowadzić żołnierzy do boju z chwalebną pieśnią na ustach. Pamiętał ostatnią bitwę z przybyszami z północy, ledwie pięć lat temu. Nie brał udziału w niej, ale doskonale wszystko widział z północnej wieży strażniczej. Kapitan Reiganow i długo szkolona Stalgardzka Milicja dowiedli, że są świetnie wyszkoleni.

Rozległo się pukanie i drzwi otworzył strażnik zapowiadając przybycie kapitana Reiganowa.
-Panie-rzekł kapitan- wrzuciliśmy tego mutanta do lochów.
-Coś mówił?
-Nie panie. O nic nie pytaliśmy.
-Zaprowadź mnie do niego.
-Ależ panie...- głos kapitana umilkł kiedy król obrócił się, a obszerne futra opinające jego szerokie bary unosił się wraz z ciężkim oddechem gniewu.
-Tak panie-kapitan Reiganow przyłożył pięść do serca i wyszedł. Król podążył za nim próbując stłumić gniew w nim narastający. Wszyscy traktują go jak starca niezdolnego do rządów, który nie potrafi nawet sam przypasać miecza. On im pokaże! Jest jeszcze dość silny by spłodzić następcę. Do tej pory Malpenia zrodziła mu tylko dwie córki,które nigdy nie włożą królewskiej korony. Prawo Kislevskie jest bezwzględne a on nie chce obcego bękarta na swoim tronie. Oni jeszcze się przekonają...
Schodził krętymi schodami, które rozjaśniał tylko słaby blask pochodni. Reiganow łomotał w solidne, stalowe wrota więzienia. Niemal siedmiostopowy kat w skórzanych pasach opinających beczkowaty tors, otworzył i skłonił się na widok władcy.
-Prowadź do tego nowego!- rozkazał Reiganow
Strażnik skinął głową i ruszył pogrążonym w ciemnościach korytarzem, który przesiąkł odorem brudnych ciał i ekstrementów. Jedna z cel należała do nowego. Zamek szczęknął i czerwone światło pochodni padło na skurczoną, wątłą postać w rogu celi. Oprawca wszedł i kopnął więźnia podkutym butem.
-Wstawaj! Okaż szacunek i podnieś swój zasrany tyłek. Król tu jest!
Jeniec uniósł głowę, którą zdobił wielki skrzep krwi na prawej skroni i ustach. Król zabrał pochodnię strażnikowi i zbliżył się do więźnia.
-Przynieść wiadro wody! Niech się chociaż umyje!- kolos wyszedł
Władca przyglądał się młodej twarzy. W blasku pochodni dostrzegł tylko śnieżnobiałe włosy i czerwony oczy.
-Jesteś mutantem?- młodzieniec wydał cichy jęk i pokręcił głową.
-Nie dziwię się, że cię za niego wzięli... czerwone oczy, białe włosy. Skąd ty się tu wziąłeś chłopcze?
Strażnik przyniósł wodę i postawił przed więźniem. Chłopak rzucił się do łapczywego picia prosto z wiadra brudnej wody. Chwile później zwymiotował w rogu celi.
- Umyć go i przyprowadzić do mnie- polecił Zoltan
-Tak panie.
Zoltan wbiegał energicznie po schodach aż wszedł do długiego holu parteru, którego ściany były niemal nagie. Tylko kilka herbów, tarcz i obrazy , żadnych arrasów czy wymyślnych dzieł sztuki. Król spojrzał na swoje domostwo i po raz kolejny przeklął Chaos. To on zniszczył stary pałac pełen rodzinnych pamiątek gromadzonych prze wieki. Wszystko spłonęło, bo wszystko zostało skażone.

Czy ten młodzieniec jest wysłannikiem Chaosu? Nie... to nie możliwe. Gdyby był to by się ukrywał i niszczył a nie sprawiał, że Kopiec Przeklętych porósł trawą. Nie, on nie jest zły... ale na pewno jest ważny. On się może przydać.
Otrząsnął się z zamyślenia kiedy zobaczył na swojej drodze bojara Nicolaya Aleksyeyowicza Rasaganowa, który manifestował swe przybycie hucznym głosem opowiadając o trudnej podróży córce władcy Ammariettcie. Córka pierwsza zauważyła ojca.
-Ociec! Nicolaya przyjechał! Mówi, że wiosnę mają piękną.
Zoltan mimochodem uśmiechnął się do córki, która urodę miała po matce. Szczupła sylwetka i szeroka kibić, pełne piersi i długie, czarne włosy uplecione w długi warkocz. Jedynie błękitne oczy miała po ojcu. Matka z domu carskiego pochodzi, więc i córka dumę w postawie odziedziczyła nie tylko po ojcu. Nicolay był niskim, postawnym blondynem w średnim wieku. Gęsta broda i małe niebieskie oczka nadawały jego rumianej twarzy rubaszny i skory do żartów charakter. Dlatego Annarietta tak lubiła stryja Nicolaya, który na każdą zimę prezenty dla całej dzieciarni przywoził. Zoltan wpadł bratu w objęcia i się całować poczęli.
-Co tam u Ciebie Nicolay?! Mateczka zdrowa?
-A zdrowa, zdrowa i rada bracie! Bo Nikolla za Bokhowego syna pójdzie!
-Prawdaliż to? Nikolla zawsze gładka była ale żeby carskiego syna serce złowiła. A to się mateczka radować musi!
- A raduje się raduje. Ino czekać swadybe.
-To ja pójdę matce powiedzieć! Bywaj Nicolay-powiedziała ucieszona Ammarietta i z dziecięcym zapałem i gracją pobiegła szerokim holem.
Zoltan objął gościa i poprowadził na swe komnaty, gdzie słudzy jedzenia i siwuchy przynosili. Długo prawili a często powracał temat północnych pustkowi, które zbyt długo już milczą, jakby burze, która ma nadejść, zwiastując. Drzwi załomotały i wszedł kapitan Reiganow, kłaniając się i donosząc, ze wiezień gotowy na przesłuchanie. Zoltan kazał przyprowadzić jeszcze Starszego, jedynego zaufanego doradcę króla.

Młodzieniec wszedł zgarbiony i słaby, podtrzymywany przez kapitana. Był czysty, choć jego skromne szaty nadal plamiła krew.
-Niech usiądzie- polecił Zoltan. Kapitan posadził go na jednym z taboretów.
-Panie błagam- wykrztusił chłopak- dajcie mi moją laskę...
- Jaką laskę? Kapitanie przynieść ją natychmiast.- kapitan spojrzał z pogardą i gniewem na więźnia i wyszedł.
Nicolay o nic nie pytał. Wiedział,że w sprawy brata wtrącać się nie warto jeśli ten sam nie powie.
-Kim jesteś?- spytał król
Więzień nie odpowiedział tylko jak zauroczony gapił się w jedzenie. Król widząc to rzucił mu kromkę chleba, którą zaczął łapczywie żuć.
- A wiec kim jesteś i co zrobiłeś na Kopcu Przeklętych?
Kiedy przeżuł i połknął z trudem odpowiedział.
-Uwolniłem ziemię od cierpienia panie. Wsłuchałem się w jej krzyk i dodałem jej otuchy pieśnią Matki. To ona sama odżyła, potrzebowała tylko trochę miłości...
Zdanie przerwało wejście doradcy, który był sędziwym mężczyzną wspierającym się na wiekowym kosturze. Skłonił się wielmożom.
-Wzywałeś mnie panie?
Tak Dadricu, usiądź łaskawie- Król ponownie zwrócił się do więźnia.
-Powiedz jak się zwiesz. Jam jest Zoltan Aleksyeyowicz Rasaganow. A ty?
Młodzieniec zsunął się z krzesła i ukląkł.
-Wybacz panie... ale muszę mieć swoją laskę...
-Dobrze, zaraz ją dostaniesz. Masz tylko odpowiadać na moje pytania. Jak się nazywasz i kim jesteś?
- Moi bracia nazywają mnie Llihenes, Porostem. Potrafię przynieść życie tam, gdzie ono umarło... Ludzie nazywają nas Pasterzami Ziemi...
Na te słowa Dadric wstał wzburzony i zagrzmiał.
-Zważaj na słowa odrostku! Nie lżyj przed władca Praag!
-O co chodzi Dadricu-spytał król zdziwiony nagłym wybuchem doradcy.
-O Pasterzach Ziemi słuch zaginął tysiące lat temu! Najstarsze księgi wspominają ich jeszcze przed odejściem elfów do Zachodnich Krain. Znani byli z tego, że potrafili rozkazywać ziemi aby wydawała między innymi magiczne rośliny, z których tworzyli eliksiry. Siłę ziemi wykorzystywali także do zabijania...
-Kłamiesz!- Llihenes poderwał się z krzesła z rozognionymi oczyma, ledwo stał na nogach- Moi bracia nigdy nie zabijali!
Dadric powstrzymał gniew a na jego usta wypłynął podstępny uśmiech.

-Proszę, proszę. Jakie to bezczelne! Do tego łże jak pies. Nie słuchaj go panie, to kłamca i oszust. Pasterzami Ziemi były tylko elfy, a on mi na elfa nie wygląda... może tylko na mutanta!- Dadric uderzył kosturem w marmurowa posadzkę dla podkreślenia swych słów. Porost dyszał ciężko próbując się uspokoić, tak jak go uczył Mistrz.
-Mistrzowie-zaczął- uczyli mnie szacunku do życiowej mądrości, która przychodzi z wiekiem. Ale przestrzegali mnie także przed zbytnią pewnością siebie, przez którą mądrość staje się głupotą-słowa chłopaka podsycały gniew doradcy- Człowiek przez całe życie musi uważać na swe czyny, nie ważne jak mądre by mu się wydawały. Dlatego proszę Cię panie o wysłuchanie mnie.
-Mów chłopcze, słucham- król wydawał się być rozbawiony tym, ze jego przemądrzały doradca tak się złości. Kazał usiąść obydwóm. Chłopak sięgnął po kubek i nalał sobie wody. Kiedy ugasił pragnienie zaczął.

-Wychowałem się w Athel-Loren, potężnym i pięknym mieście, które od tysięcy lat rośnie w sercu matecznika lasu Loren, gdzie ludzie nie mają wstępu. Od najmłodszych lat elfy uczyły mnie jak słuchać Matki Ziemi i jej dzieci. Jak żyć z nią w zgodzie i korzystać z jej nieprzebranych darów. Kiedy dorosłem ja i mój dar, zabrano mnie przed Wielkie Zgromadzenie, gdzie czekało jeszcze siedmiu mężczyzn mnie podobnych. Byłem z nich najmłodszy, jednak w żaden sposób nie zostałem poniżony. Dostaliśmy wszyscy takie samo zadanie. Mieliśmy iść na osiem stron świata i uczyć przedstawicieli naszej rasy jak żyć w zgodzie z Naturą i jak ja leczyć kiedy zostanie zraniona. Jako ludzie mogliśmy uczyć innych ludzi, ponieważ elfom nikt nie ufa. Tak więc odeszliśmy spełnić misję, do której przygotowywaliśmy się przez całe życie. Moim celem jest pokazać jak przy pomocy Matki Ziemi, która cierpi pod butem Chaosu, pokonać siły zła i destrukcji.
-Zgrabna historia młodzieńcze-rzekł staruch- ale każdy szarlatan taką wymyśli na poczekaniu. Dość już słyszałem o sługach Chaosu, którzy korzystają z jego plugawej magii by omamiać ludzi. Jesteś pomiotem Chaosu ty czerwonooki mutancie!- Dadric kipiał gniewem i uderzał kosturem w ziemię.

Nagle drzwi się otwarły i do komnaty wbiegła kilkuletnia dziewczynka z doniczką.
-Tato, tato! Zasadziłam nasionko tak jak kazałeś. Czy teraz wyrośnie?-piskliwym i naiwnym głosem pytało dziecko.
Małe dziecko rozładowało napięcie wiszące w powietrzu. Król wziął dziewczynkę na kolana.
-Ile razy Sonyu mówiłem żebyś nie przeszkadzała kiedy mam gości?
-Ale tato! Roślinka wyrośnie teraz?Wyrośnie?-Król czuł się zakłopotany bo wiedział, że z dzieckiem nie wygra.
- Wyrośnie ale musisz poczekać, za parę dni pewnie zobaczysz jak wyrasta.
-Nie teraz?- dziecko się zasmuciło.
-Nie Sonyu musisz poczekać...
-Mogę zobaczyć tego kwiatuszka dziecino?-Porost odezwał się cichym i miłym głosem. Dziecko odważnie podeszło i podało mu doniczkę. Doradca chciał coś powiedzieć ale bał się wtrącać kiedy król milczał. Llihenes położył dłoń na ziemi w doniczce i zamknął oczy. Po chwili je otworzył i uśmiechnął się - To dobra ziemia kochanie, wyrośnie z tego piękny kwiat.-dziewczynka ucieszyła się z takiej odpowiedzi.
Rozległo się pukanie i wszedł kapitan Reiganow z długim, srebrnym przedmiotem w dłoni.
-Panie, to ta laska, jak rozkazałeś.
Król skinął głową
-Zostaw ją i możesz odejść- Reiganow postał kilka sekund trochę zbyt długo i zdziwiony szorstkim traktowaniem przez króla, odszedł mierząc jeszcze zimno przybysza. Zanim Porost zdążył coś powiedzieć laska znalazła się w dłoniach Dadrica. Ten oglądał ją dokładnie napawając się i delektując jej widokiem. Wodził delikatnie palcami po zagłębieniach i dziurkach, jakby były nie wiadomo jak cenne.
-Miłościwy panie... on mówi prawdę-z trudem przeszło mu to przez gardło-wybacz mi królu i ty wędrowcze. Nigdy nie widziałem tego drzewa na własne oczy, ale wiele czytałem. To Orlandian-srebrne drzewo, które nie rośnie w ludzkich krainach. Ma magiczne właściwości...
Llihenes wstał i chwiejąc się odebrał laskę Dadricowi. Ledwo jej dotknął, jego sylwetka wyprostowała się a twarz pojaśniała. Uniósł Lenrę do ust i zagrał.

Pieśń żyła , brzmiała w ciepłej komnacie i napawała słuchaczy dziwnym, pierwotnym
spokojem. Sprawiła, że wędrowali gdzieś daleko, odwiedzali krainy, o których dawno zapomnieli. Byli świadomi, że utracili coś ważnego, coś co dawało im zrozumienie świata. Coś czego utratę zauważyli dopiero teraz. Melodia o nieokreślonym brzmieniu snuła się
hipnotyzująco, póki nie została brutalnie przerwana przez pisk Sonyi. Ciszę, która zapanowała można by kroić płatami. Sonya zbliżyła się do doniczki, z której wyrastał piękny kwiat o czerwonych płatkach. Porost osunął się ciężko na podłogę.

Minęło kilka tygodni, podczas których Porost zdobył sobie ogromny szacunek wśród mieszkańców Praag. Kiedy tylko występował jakiś przejaw aktywności Chaosu w mieście: krzyki nie wiadomego pochodzenia, ruszające się ściany i chodniki, czy kamienie z oczyma, on przychodził i grał na Lenrze, której muzyka odpędzała złe siły. Pomimo, że go szanowano, ludzie wciąż mu nie ufali i bali się go za sprawą jego wyglądu. To jednak nie przeszkadzało bandom dzieciaków, które towarzyszyły mu na każdym kroku, prosząc o opowieści o zagranicy i elfach.

Podczas tych wszystkich jego interwencji, w których odganiał Chaos, zauważył jedną prawidłowość. Wszystkie te wypadki miały miejsce na obrzeżach miasto lub w niemal całkowicie opuszczonych jego częściach. W tak mrocznych i smutnych uliczkach, że każdy czuł się osaczony przez ciemność i brak życia. Kopiec Przeklętych odmienił się nie do poznania. Stał się miejscem zabaw dzieci, jako jedno z niewielu zielonych miejsc w mieście, gdyż do ogrodów królewskich dzieci z miasta nie były wpuszczane. W okolicy wzgórza nie występowały żadne przejawy skażenia Chaosem. Zastanawiał się co też mogą znaczyć te wszystkie zależności.

Każdego dnia jadał posiłki razem z rodziną królewską. Był to dla niego ogromny zaszczyt i powód do zazdrości kapitana Reiganowa, który lekko mówiąc nie przepadał za Porostem. Podczas wielu rozmów z władcą Praag Porost dowiedział się o historii miasta - o ostatnich walkach i o systemie obrony. Zoltana ciekawiły przede wszystkim wieści ze świata oraz możliwości bojowe Porosta. Porost nie znał swoich możliwości. Nigdy nie walczył z nikim, a co dopiero ze sługami Chaosu, przed którymi ostrzegano go na szlaku, a których nigdy nie spotkał. Zresztą brzydził się walką. Mistrz uczył go, że moc może wykorzystywać tylko w ostateczności. Nikt nie ma prawa zabijać, chyba że jest głodny albo czuje się zagrożony. Mimo to Porostowi wcale nie uśmiechało się używanie mocy przeciw żywym istotom, nawet jeśli służyły siłom Chaosu.

W mieście pracy było naprawdę wiele, do tego nie potrafił przyzwyczaić się do życia w takim tempie. Często więc zaszywał się w pałacowych ogrodach, które rozkwitały i zieleniły się na wiosnę. W parku nie było starych drzew, tylko młode, ledwie kilkumetrowe nastolatki. W ogrodach mógł odpocząć kołysany śpiewem Natury. Pewnego dnia spotkał tutaj Ammariettę, pogrążoną w smutku. Przysiadł się do niej i próbował znaleźć powód jej zmartwienia. Księżniczka raz uparcie milczała, a raz wpadała w udawany dobry humor, śmiejąc się i udając, że nic jej nie jest. Nieznużony tym Porost zaczął opowiadać o swoim dzieciństwie. Nigdy nikomu o tym nie mówił, ale czuł, że Annariettcie może zaufać.

- Kiedyś spytałem się nauczyciela gdzie są moi rodzice. Mistrz odpowiedział mi, że moi rodzice nie żyją, a mnie jako niemowlę znaleźli kupcy handlujący z elfami. Elfy widząc bezdomne dziecko wzięły je na wychowanie i oddały Nauczycielom. Kiedy wyszedłem z lasów Loren niespełna 3 lata temu, trafiłem do pewnej opuszczonej wioski gdzie mieszkała tylko jedna staruszka. Otworzyła mi drzwi mimo, że było było już ciemno, i pozwoliła przenocować. W blasku lampy naftowej spojrzałem jej w oczy. Były różowe... Później płakała podając mi zupę.
-Następnego dnia -ciągnął-staruszka juz nie żyła. Pochowałem ją na starym, wioskowym cmentarzu. Kiedy wróciłem do domu po rzeczy, zauważyłem list, który staruszka napisała przed śmiercią. Oprócz słów ,,Przepraszam”, był tam drewniany wisiorek przedstawiający promieniujące niczym słońce serce. Od tamtej pory mam go zawsze przy sobie. Przynosi mi szczęście.

Zdjął z szyi talizman i włożył w dłoń księżniczki. Pierwszy raz zobaczył jej szczery uśmiech i mógł spojrzeć głęboko w jej błękitne oczy.
- Nie mogę tego przyjąć. Nawet mnie nie znasz, a ja ciebie tym bardziej...
-A widzisz problem? Bo ja nie.- odpowiedział beztrosko-Przecież fajnie jest mieć kogoś z kim można poważnie porozmawiać. To znak mojego zaufania. Masz klucz do mojej duszy.
Annarietta przytuliła się do no niego i odeszła. Porost długo jeszcze siedział myśląc nad tym co się zaczęło na tej kamiennej ławce.

Tej nocy znowu zerwali go z łóżka. Kolejny przejaw skażenia Chaosem. Zaczynało go to męczyć, a perspektywa braku jakiejkolwiek możliwości pomocy w tej brudnej robocie, jeszcze bardziej dobijała. Przyszedł po niego jak zwykle Dimka. Porost dowiedział się, że ma imię Dimka. Był jedynym ze Stalgardzkiej Milicji, z którym można było normalnie porozmawiać. Kilka dni temu Dimka zabrał go po służbie do jednej z oberży w mieście. Były śpiewy i tańce, gorzała i piwo lały się strumieniami. Dziesiątki wojaków, którzy na co dzień wykonywali swoje służbowe obowiązki, teraz radowało się beztrosko. Porost został nawet poproszony o zagranie czegoś. Magia Lenry żywiła się radością, więc wesoła melodia powędrowała pod powałę karczmy i spłynęła do serc słuchaczy. Brzmiały w niej nuty narodzenia, śpiew kwiatów, trzepot skrzydeł motyla, letni wietrzyk i ciepły deszcz. Czysta radość przepełniająca serca wojaków.
Zabawa trwała do rana, a goście, funkcjonariusze S.M., zdumiewająco szybko wytrzeźwieli i pomaszerowali prosto na służbę. Porost musiał sam iść do pałacu, ale był w takim stanie, że zbłądził wśród mrocznych uliczek. Smród rynsztoku i gnijące odpadki doprowadziły go do opróżnienia zbuntowanego żołądka. Czuł się słabo i łupało mu w głowie, ale przynajmniej nie było mu już niedobrze. Nie wiedział kompletnie gdzie jest. Nawet tego, w której części miasta się znajduje. Mimo, że wstawał świt, mrok jakoś nie opuszczał ulicznych cieni. Nagle ciarki przeszły mu po plecach. Dokładnie tak samo jak wtedy kiedy po raz pierwszy spotkał się pomiotem Chaosu. Coś do niego szeptało. Nie mógł się ruszyć. Chciał sięgnąć po Lenrę, ale ręce odmawiały mu posłuszeństwa, zresztą i tak nie był w stanie grać. Szept się nasilał, mroził krew w żyłach, plugawił umysł swą czarna mową. W końcu zobaczył oczy. Czerwone punkciki w chropowatym, szarym murze. Oczy przenikały w głąb jego duszy... bał się jak nigdy w życiu. Nie mógł drgnąć żadnym mięśniem. Oczy rosły zbliżając się do niego, a on nie mógł nawet krzyczeć. Gigantyczna paszcza rozwierała się żeby go połknąć... kiedy nagle wycofała się i zaczęła maleć. Do jego uszu dobiegł śpiew. Śpiew kilku dziecięcych głosów. Zbliżały się do niego... jednak on już dawno leżał na mokrej ziemi.
To wspomnienie przerażało go, przez co przed każdą interwencja musiał na nowo przełamywać strach. Na szczęście mobilizowała go świadomość, ze na jego miejscu może znaleźć się ktoś inny, na przykład dziecko. Dzieci... dlaczego pomiot Chaosu wycofał się kiedy zbliżały się do niego? Co one maja w sobie? Niewinność? Nie, to nie może być to. Dzieci przecież najłatwiej ulegają mutacjom. Postanowił odłożyć ten temat na później.
Podążał z sierżantem Lotrefowem, który prowadził go do oddziału czekającego przed wejściem pałacu. Lampy naftowe świeciły żółtym blaskiem, rozjaśniając bezwietrzną noc. Szli spiesznym krokiem ku centrum miasta. Porosta zastanawiało dlaczego do centrum? Tam przecież nigdy nie było pomiotów Chaosu. Na głównym placu stała świątynia Urlyka. Surowa, kamienna budowla z ozdobnymi blankami dookoła dachu. Jej ściany nie zdążyły jeszcze sczernieć, więc wapienne mury wyróżniały się w mroku. Dimka prowadził oddział na świątynny cmentarz, który z rzadka zajmowały młode mogiły. Zatrzymał się przed wrotami królewskiego grobowca.
-To tam-wskazał Dimka-grabarz ledwo co stamtąd uciekł...
-A może po prostu jakiś zdechlak się obudził?-wtrącił szeregowiec próbujący rozładować napiętą sytuację. Jednak odpowiedziało mu tylko milczenie.
-Na wypadek umarlaka-Dimka spojrzał znacząco na szeregowego-pójdziemy tam wszyscy.
Oddział nie wyglądał na zadowolony, ale rozkaz to rozkaz. Wbrew pozorom Stalgardzcy Milicjanci nie byli tchórzami. Potrafili stawiać czoło największym niebezpieczeństwom wykonując rozkazy przełożonych. Stalgardzka Milicja była znana też z tego, że jako ostatnia wycofywała się z placu boju. Jednak zahartowani w walce żołnierze, bali się najbardziej w świecie duchów swoich przodków. Wierzyli w przekleństwo umarłego, które skazywało duszę potępionego na wieczne tortury. Wrodzony szacunek do przodków mają we krwi, więc ich strach jest uzasadniony kiedy naruszają miejsce spoczynku.

Stalowe odrzwia zaskrzypiały fałszywie. Dimka pierwszy zszedł kamiennymi schodami unosząc lampę wysoko. Porost szedł tuż za nim razem z oddziałem. Zapach ziemi, wilgoci i stęchlizny unosił się w nieruchomym powietrzu. Niepewne kroki odbijały się głośno w kamiennym korytarzu. Nagle Dimka stanął jak wryty.
-Co się stało Dimka?-spytał Porost zaniepokojony.
Dimka nie odpowiadał. Porost zerknął więc nad jego ramieniem i zobaczył...
Przezroczysto-biała postać unosiła się przed nimi w powietrzu. Poczuł jak serce podchodzi mu do gardła, a nogi stają się cięższe niż ołów. Przerażenie znów go sparaliżowało. Do krańców jego świadomości dotarły słowa widma.

Strzeż się dechu ust północy
co z nadejściem równonocy
z ogniem, śmiercią, strachem wkroczy
niewiniątka tym zaskoczy.

Zapamiętaj moją radę
by z Chaosem wygrać Ładem
Niech dziewiczy zaśpiew ziemi
przeznaczenie straszne zmieni.

Widmo zniknęło pozostawiając po sobie martwą ciszę i pot spływający po gęsiej skórce.

Strażnicy, o dziwo, nic nie pamiętali poza strachem. Nikt nie słyszał słów widma oprócz Porosta. Porost nie miał ochoty wspominać tego wydarzenia. Słowa w jego umyśle rozmywały się i traciły jakikolwiek sens. Z czasem o nich zapomniał, rzucając się w nurt życia Praag. Często wracał do ogrodów, które wypełniał śpiew ptactwa i zapach wiosny. W jeden taki dzień znów spotkał księżniczkę, która tym razem zbierała kwiaty. Z łabędziej szyi zwisał jego talizman. Kiedy zobaczyła Porosta uśmiechnęła się i podążyła w jego kierunku.
Rozmawiali długo o różnych sprawach, nie zabrakło trosk i problemów. Kiedy trafiali na trudny temat Porost zachwycał się jej bystrością, inteligencja i wiedzą, atrybutami, które próżno szukać razem u kobiet w Praag. Ann, bo tak do niej mówił, w końcu zaczęła się zwierzać. Jej głównym problemem był brak wolności. Ciągle wieziona w murach pałacu rzadko opuszczała Praag. Bolało ją mocniej jednak coś innego. Świadomość, ze będzie musiała spędzić resztę życia z mężczyzną podobnie naburmuszonym jak jej ojciec. Wywodzący się ze znakomitego rodu i bogaty. Wie, ze ojciec odda jej rękę pierwszemu kandydatowi, który jemu się spodoba. Będzie miała takie samo życie jak jej matka, w cieniu swojego męża. Poślubi kogoś, kogo nie kocha. Porost przytulił ją, a ona długo nie odrywała się od niego. Czuł zapach jej włosów i intymne ciepło jej ciała.


Mijały miesiące. Porost całe dnie spędzał z Amm, nocami patrolował miasto. Często w przebraniu wymykali się poza mury miasta, na łąki i pola uprawne, zieleniejące i dojrzewające w letnim słońcu północy. Tam też zrobili coś, co zaważyło na życiu obojga, a właściwie trojga.
A wkrótce na życiu milionów...

Wyjaśnię po krótce co się działo aż do kilku dni przed równonocą wiosenną, które są kluczowymi momentami tej opowieści.
Amm zaszła w ciążę, co wywołało gniew pary królewskiej. Szczególnie zła była matka, która chciała nawet pozbawić życia bachora, który począł się z nasienia włóczykija, którego sama od dawna nie znosiła. Król był zdecydowanie spokojniejszy. Kiedy spojrzał na to na zimno, dostrzegł, że jego problem sam się rozwiązał. Amm wyjdzie za Porosta, przybysza o wielkiej mocy, który odmienił oblicze Pragg. Lud będzie bardziej zadowolony z takiego ślubu, niż gdyby mężem księżniczki został obcy carski syn, którego nigdy nie widzieli, w przeciwieństwie do Porosta, który zjednał sobie serca mieszkańców. Zoltan sam dziwił się swojemu postępowaniu. Odkąd to obchodził go los mieszkańców Pragg? Zawsze przecież pragnął władzy i honorów, a lud był tylko narzędziem. Jednak pożar miasta, odbudowywanie go, wspólna walka z Chaosem i przybycie Porosta, odmieniły jego serce. Przez te lata, kiedy król objeżdżał miasto podczas świąt, król zauważył, ze ludzie naprawdę cieszą się z tego, że jest ich władcą. Nie wołają ze strachu, to jest szczere. Król pokochał ten lud i robił co się dało, aby na tych północnych pustkowiach wybudować bezpieczne miasto. Porost przybył i uczynił to, czego tak brakowało mieszkańcom. Dał im radość z życia i wniósł bezpieczeństwo na ulice. Ludzie radowali się wspólną pracą i wspólnym świętowanie na ulicach miasta. Czuli się bezpiecznie w murach Praag, tak samo jak w murach swych domów. Porost nie zna się na rządzeniu, więc wszystko zostanie w rękach księżniczki, kiedy Zoltan przekaże jej koronę. Żaden carski bękart nie będzie władał Praag.
Zaślubiny zbiegły się ze świętem plonów, a mieszkańcy Praag cieszyli się niepomiernie. Praag nigdy nie pamiętało tak obfitych plonów. Spichrze pękały od zapasów na długą i surową zimę, która przyszłą niespodziewanie wcześnie. Razem z zimą doszła do Praag przerażająca wieść. Norska znów została najechana przez Chaos. Port w Erengardzie znów jest obozem dla uchodźców, do którego uciekają dumne rodziny dzielnych wojowników z północy. Jak głosi plotka, armia Chaosu jest tak wielka, że nawet krasnoludy zaczęły opuszczać górskie twierdze, których nie zdołałyby obronić. Z południowych portów wypływają statki z najemnikami, którzy mają utworzyć jedną wielka armie wraz z ludami Norski i krasnoludami.
Porost z Amm spędzali najszczęśliwsze chwile w swoim życiu, które o ironio, nie miały trwać długo.


Zoltana obudziło walenie w drzwi.
-Panie, otwórzcie!-ktoś krzyczał za drzwiami. Król wstał i poszedł do drzwi wzdrygając się kiedy dotykał lodowatej, marmurowej podłogi. Zima jeszcze nie puszczała, mimo że jest to pora przedwiośnia, więc w komnacie panował chłód. Król odsunął rygiel. Za drzwiami stał sierżant Lotrefow.
-Panie, wybaczcie...-sierżant próbował złapać oddech-wici płoną.
Zoltanowi krew odpłynęła z twarzy a włos zjeżył się na skórze. Podszedł do okna i otwarł ciężkie okiennice. W mroku bezgwiezdnej nocy, otulone w śnieżną kołdrę spało Praag., a kilka mil na północy płonął ogień alarmowy.
Żołnierza juz nie było kiedy król wołał sługi i ubrał się pospiesznie. Pałac już nie spał, podobnie jak miasto. Ludzie tłumnie wychodzili na mury, wpatrując się milcząco w płonące wici. Zza murów dobiegł ich tętent kopyt i rżenie konia. Brama otwarła się dla zwiadowcy z posterunków strażniczych.
Król stał na placu przed bramą miasta. Nie czuł chłodu, mimo że zimny, północny wiatr targał wszystkim na około. Zwiadowca zbliżył się do niego. Nagle kolana konia pękły z trzaskiem, a zwierze z ścinającym krew w żyłach rzężeniem i wyciem padło w agonii. Jeździec spadł wraz z koniem. Strażnicy chcieli go podnieść, lecz nagle cofnęli się obrzydzeni. Wyciągnęli miecze.
-Panie-zachrypłym głosem wołał posłaniec- pozwól im mnie zabić! Błagam! Zabij mnie panie!
-Co się stało człowieku?!- król gniewnie chwycił posłańca za opończę. Spojrzał w jego zdeformowaną twarz, po czym puścił go z obrzydzeniem.
-Panie...-chrypiał- to wiatr mi to zrobił. Przybył z północy... wszyscy tak wyglądamy.
-Czy to tylko wiatr żołnierzu?! Czy tylko dlatego płoną wici?!-król krzyczał, lecz bardzo chciałby usłyszeć odpowiedź twierdzącą.
-Nie pani. Byliśmy nad kotliną Drath ...-posłaniec zawiesił głos-niewielu nas wróciło z tego zwiadu... panie, kotlina była ich pełna!!!-ten krzyk był ostatnim słowem posłańca, który padł umierając w konwulsjach.
Zoltan zachwiał się. Sięgnął do miecza szukając otuch w zimnej stali. Nie znalazł jej jednak. Spojrzał po twarzach żołnierzy. Powinien coś powiedzieć. Podnieść ich na duchu. Tylko co powiedzieć? Drath, kilkumilowy lej po jakiejś kosmicznej katastrofie, jest pełen potworów Chaosu.
-Szykujmy się do walki-zdołał tylko wykrztusić.

Porost zerwał się z łoża spocony. Dyszał przerażony tym co mu się śniło. Widział czarny wicher, za którym szedł ogień i śmierć. Wkroczył do miasta i uśmiercał wszystkich w jednej chwili. Kobiety, starcy, mężczyźni i żołnierze padali ja muchy. Dzieci kurczyły się i wysychały jak martwe owoce. Widział jak Amm umiera a on nie mógł nic zrobić.
Amm leżała tuż obok niego. Kołdra wybrzuszała się w rytmie jej oddechu w miejscu jej łona, gdzie dojrzewało ich dziecko. Już niedługo rozwiązanie, będzie ojcem. Uśmiechnął się do swoich myśli. Nie wiedział, że można być aż tak szczęśliwym. To cud.
Usłyszał echo biegania na korytarzu. Pałac się budził. Ktoś wołał coś niezrozumiale. Porost otworzył drzwi i wyjrzał. Akurat biegł sługa, którego zatrzymał.
-Co się dzieje? Co to za hałasy?
-Panie, wici płoną!- sługa wyrwał się i pobiegł dalej.
Porost skojarzył. Wici zapłoną gdy przybędzie wróg z północy. A więc zbliża się wojna. Ciarki przeszły mu po plecach. Przed oczyma stanął mu sen. Nie, to był tylko sen. Próbował się uspokoić. Podszedł do okna , otworzył okiennice i wyjrzał w rozjaśniony śniegiem mrok. Miasto budziło się płomieniami pochodni i niby ożywione szło na mury. Wiał surowy, północny wiatr, który nie świadczył o niedalekiej równonocy wiosennej. Porost wstrzymał oddech. Równonoc. Słowa widma w krypcie:
Strzeż się dechu ust północy
co z nadejściem równonocy
z ogniem, śmiercią, strachem wkroczy
niewiniątka tym zaskoczy.
Jego sen...
-O Matko...-wyszeptał w przerażeniu
-Co się dzieje?-spytała obudzona hałasami i chłodem Amm-Dlaczego otworzyłeś okno? Chłodno tu.- Amm nie usłyszała odpowiedzi Porosta więc podeszła i objęła go opatulając kocem. Był cały spięty.
-Co się stało kochanie-spytała ciepłym, zatroskanym głosem.
-Matko... tylko nie to-ciepła łza spłynęła po jego policzku i spadła na dłoń Amm.


Sala tronowa była pełna gwaru. Wszyscy czekali na parą królewską. Zebrali się tu wszyscy dowódcy i ważne osobistości Praag. Był tu Dadric i kilku innych starszych. Porost stał w milczeniu u boku Amm z boku tronu. Wrota z brązu otwarły się i strażnik zapowiedział przybycie króla. Wszyscy wstali kiedy król szedł z królową po czerwonym dywanie ku tronowi. Zoltan wdział złotą, pełną zbroję z herbem Rasaganowów na piersi. Włożył też koronę a na barkach miał długi, futrzany płaszcz wyszywany drogimi kamieniami, który ciągnął się po czerwonym dywanie. Szedł pewnie i niemal majestatycznie,jakby właśnie miał być koronowany. U jego boku lśnił w zdobnej pochwie miecz. Wyglądał na gotowego do walki. Usiadł na tronie i oznajmił gromkim głosem, niosącym się po białej, marmurowej sali tronowej.
-Stanęliśmy przed wielkim zagrożeniem. Zbliża się Armia Chaosu, która chce nas zniszczyć. Staniemy do obrony miasta, a mury Praag wytrzymają. Zwyciężymy!-echo głosu władcy brzmiało w ciszy sali.
Panie?-ciszę nieśmiało przerwał przedstawiciel mieszkańców, jeden z najbogatszych kupców-A co z kobietami i dziećmi? Także będą walczyć?
Zoltan zmierzył pogardliwie grubego kupca, który mógłby żywić swoim sadłem wielodzietną rodzinę przez tydzień. Król wiedział, że takich tchórzów w mieście jest wielu.
-Taak-rzekł leniwie-kobiety i dzieci zostana bezpiecznie za murami. Wcale nie będą walczyć, będą pomagać.
-Panie-wtrącił kapitan Reiganow-jeśli oblężenie potrwa dłużej, co jest bardzo prawdopodobne zważywszy na rozmiary tej armii, to przy tylu ludziach nie starczy jedzenia. Panie, przy minimalnej najlepszej obstawie, czyli gdyby wszyscy mężczyźni bronili miasta, starczy nam zapasów na ledwie na ledwie pół roku. Nie mówię tu o zwierzętach, które bez paszy padną.
-Do tego czasu kapitanie przybędą posiłki-przerwał król-Car przyśle wojska żeby nas wesprzeć. Nie zapomni o nas. Zresztą już od dawna gotujemy się do tej wojny.
-To prawda, ale panie car prowadzi wojnę z najeźdźcami z Gór Krańca Świata. Ilu przyśle ludzi? Dziesięć? Dwadzieścia tysięcy? Według zwiadowców dwadzieścia tysięcy liczyła ich straż przednia. Musimy przygotować się panie na długie oblężenie...
-Albo opuścić miasto-wtrącił kupiec.
Władca zerwał się z tronu, zbiegł po schodkach i żelazną rękawicą wygrzmocił w łeb grubasa. Ten nakrył się szatami i padł nieprzytomny.
-Nie opuszczę drugi raz Praag!-krzyczał Zoltan- Nie pozwolę by znów tu wkroczyli i splugawili tę ziemię! Nie spalę po raz drugi Praag! Choćbym miał zdechnąć pod bramą z głodu jak pies, nigdy nie opuszczę tego tronu! Nie po to budowaliśmy mury potężniejsze niż w stolicy, żebyśmy mieli teraz podkulić ogony i uciekać. Żeby znowu stchórzyć!-władca dyszał z gniewu. Zaległa cisza, gdyż nikt nie śmiał się odezwać. Nikt nie chciał srożyć bardziej króla Zoltana. Król usiadł na tronie. Przygarbił się tak jakby nagle całe Praag spoczęło na jego barkach. Po długiej chwili rzekł zmęczonym, cichym głosem.
-Kobiety i dzieci do 13 roku życia zaczną jutro ruszać do stolicy. Reszta mężczyzn zostanie uzbrojona i będzie walczyć- władca wstał i wolno zszedł po schodach, nie patrząc nikomu w oczy i opuścił komnatę.

Porost dogonił Dadrica w holu.
-Możemy porozmawiać?- spytał Porost nieśmiało.
-Mów szybko bo nie mam czasu-odpowiedział Dadric niecierpliwie.
-Nie tutaj. Możemy w twojej komnacie? To ważne.
Dadric wahał się, ale machnął ręką.
-Chodź-rzucił doradca króla.
Gabinet Dadrica mieścił się w jednej z wysokich wież, więc zanim tam dotarli Porost trochę się zasapał. Niewielki pokój zasypany był księgami, które zalegały wszystkie ściany i leżały na podłodze z braku miejsca. Pod małym oknem wychodzącym ku południu, stał mały stolik zawalony papierami. Nigdzie nie było widać łózka.
-Zechciej wybaczyć ten bałagan-rzucił niedbale starzec i spojrzał na Porosta wyczekująco.
-A więc...-Porost bał się o tym powiedzieć, czuł ssanie w żołądku ale wiedział, że od tego może jeszcze wiele zależeć.
-Zeszłej wiosny,-zaczął-w królewskim grobowcu natknęliśmy się ze strażą na widmo. I to widmo przekazało mi pewne słowa. Mówiło tylko do mnie...
-Co konkretnie?
- Strzeż się dechu ust północy, co z nadejściem równonocy z ogniem, śmiercią, strachem wkroczy, niewiniątka tym zaskoczy. Zapamiętaj moją radę, by z Chaosem wygrać Ładem. Niech dziewiczy zaśpiew ziemi, przeznaczenie straszne zmieni.
-Na przeklętych bogów chaosu...-Dadric przeklął a jego twarz zbladła.-Dlaczego wcześniej tego mi nie powiedziałeś?! Dlaczego?! Idioto mogłeś uratować życie tysięcy ludzi!
Dadric rzucił się do jednej z ksiąg przy biurku. Otworzył ją przed porostem i pokazał mu zniszczoną, pergaminową stronę z zapisem, którego nie rozumiał.
-Nie umiem tego odczytać- rzekł Porost po chwili. Dadric wciąż miał zaciętą minę.
- To te słowa, które przed chwilą wypowiedziałeś.
Porost otworzył oczy szeroko ze zdumienia. Skąd w tej księdze słowa widma, które usłyszał rok temu?
-To proroctwa Astrodamusa-starzec wypowiedział to imię z niemal z czcią.
-Wybacz panie ale nigdy o kimś takim nie słyszałem-wyjaśniał Porost
-Co?! Jak możesz nie znać tego nazwiska? Gdzieś ty się człowieku wychowywał? W lesie?!- Dadric uspokoił się kiedy zrozumiał co powiedział.
-Astrodamus- zaczął mentorskim tonem- to największy wizjoner i prorok wszechczasów. Jego wizje spełniają się zawsze choć żył on przed dwoma tysiącami lat. Swe wizje spisał w księdze, która kopiowana i tłumaczona była setki razy, przez co wszystkie egzemplarze na rynku straciły autentyczność. Księga, którą widzisz jest jedną z trzech kopii, napisanych przez ucznia Astrodamusa w oryginalnym języku.
Porost już łapał. A więc duch zacytował słowa przepowiedni. Zabawne, skąd duch znał te słowa? Czy w zaświatach proroctwa Astrodamusa są tak samo popularne? A może sam Astrodamus mu się objawił? W każdym razie usłyszał ostrzeżenie, którego nie posłuchał. Zmarnował szansę, która mogłaby pomoc Praag.

-Proroctwo, które usłyszałeś-tłumaczył dalej Dadric- jest jednym z tych, które spełniają się co jakiś czas. W przeciwieństwie do proroctw jednorazowych, które przepowiadają jedno wydarzenie, te proroctwa mogą przepowiadać zdarzenie, które cyklicznie będzie się powtarzać. Zawsze powracają gdyż odradzają się po spełnieniu. Dziwna hipoteza, ale takie proroctwa są jak samoistne byty, które istnieją po to, żeby ostrzegać przed ich spełnieniem. To znaczy, że proroctwo istnieje po to żeby się nie spełnić.
-Nie rozumiem. To znaczy, że proroctwa spełniają się tylko wtedy gdy nikt nie zwraca na nie uwagi?
-Nie, wszystkie proroctwa się w pewien sposób spełniają, nawet jeślibyśmy robili wszystko żeby się nie spełniły. Ale nie ze wszystkimi proroctwami tak jest. Spójrz na to twoje. Zawiera ono informacje kiedy i co się stanie, oraz radę co zrobić żeby tego uniknąć. Jeśli nie wykona się polecenia proroctwa, spełni się , i będzie się na nowo spełniać aż do momentu aż ktoś wypełni radę.
-Poczekaj, za szybko. Skąd wiesz w ogóle, że to ten rodzaj proroctwa?
-Mniej więcej 200 lat temu to właśnie proroctwo po raz pierwszy się spełniło. W dzień równonocy wiosennej, Norska została zalana przez Chaos, który zdobył północną cześć starego świata. Zjednoczone ludy Norski i krasnoludy na szczęście zdołały wyprzeć Chaos, ale zapłaciły za to bardzo wiele. Dziś historia się powtarza. Jak wiesz Norska znów została najechana. Co więcej, przed kilkoma dniami doszła wieść o sromotnej klęsce Armii Zjednoczonych Krain. Wielka to tragedia. Teraz tylko my stoimy na drodze złej armii.
-Pierwsze wieści o Armii Chaosu-kontynuował Dadric- dotarły do nas jak wiesz wraz z początkiem zimy. Można się więc domyślić, że Chaos najechał północne krainy z końcem lata, czyli w okresie równonocy letnio-jesiennej. Założę się, że Armia Chaosu dotrze pod mury Praag lada dzień. Zbliża się równonoc wiosenna. To już za cztery dni...
Porost usiadł na kupce ksiąg zmęczony.
-Co więc by pomogło gdybym ci o tym powiedział? Znałeś proroctwo juz wcześniej... słyszałeś wieści z północy. Król przecież dawno rozpoczął przygotowania...
-Tak, chyba masz racje, niepotrzebnie tak się zdenerwowałem- mówił Dadric zmęczonym głosem- Rozumiesz coś z tej przepowiedni? Szczególnie z jej drugiej części?
Porost zastanawiał się nad tym. Szczególnie nad ,, dziewiczym zaśpiewem ziemi”. Wiedział, że Matka Ziemia śpiewa śpiewa kołysankę stworzenia, dla każdego swojego dziecka. Dla każdej roślinki czy kamyka, każdej świadomej i nieświadomej istocie, która się jej nie wyrzekła. Słyszał ten śpiew tysiące razy. Słyszy go przez cały czas w swoim sercu. Nie rozumiał dlaczego ,, dziewiczy”? Ona jest Matką całego stworzenia, wiec jak może być dziewicą? A może to słowo dwa tysiące lat temu miało inne znaczenie?
-Jeśli na coś wpadnę to ty będziesz wiedział o tym pierwszy- rzekł Porost
-Dobrze-odpowiedział Dadric-wracaj do żony i naciesz się nią. Jutro możecie się już nie widzieć.
Porost doskonale zdał sobie z tego sprawę na sali tronowej. Może widzi dziś Amm po raz ostatni?

Porost wszedł do komnaty, która dzielił z księżniczką. Amm pakowała wraz ze służącą ubrania do wielkiego kufra. Zauważył, ze Amm pakuje tez jego szaty.
-Co robisz Amm? Po co mnie pakujesz?- spytał zaskoczony
-O, nie zauważyłam jak wszedłeś-uśmiechnęła się ciepło i wciąż pakowała- przecież jedziesz ze mną do stolicy. Musisz mieć się w co przebrać.
-Jak to jadę z tobą?!
-Nie podnoś głosu kochanie. Jutro wyjeżdżamy.
-Ale król nakazał wszystkim mężczyznom...
-Ojciec nie zauważy braku jednego...
-Brak mnie na pewno zauważy.
Amm podeszła do niego i zarzuciła mu ręce na szyje.
-Myślisz że pozwolę zostać ci w mieście na pewną śmierć? Za bardzo cię kocham-pocałowała go i wróciła do pakowania-Zresztą chyba chcesz być przy narodzinach swojego dziecka?-rzuciła jeszcze z ciepłym uśmiechem i objęła okrągły brzuch.
Porost nic więcej nie powiedział. Miał mętlik w głowie. Czuł gniew na to, że Amm zadecydowała za niego. Wiedział, że jeśli zrobi tak jak chce jego żona, to wyjdzie na tchórza. W pierwszej chwili chciał się sprzeciwić, lecz bał się zostać w Praag. Bał się stanąć przed Armią Chaosu. Zostać w oblężonym mieście, które stanie się piekłem na ziemi. Dzięki Amm już jutro opuści miasto razem z nią. Będzie przy niej gdy na świat przyjdzie jego dziecko.


Zbliżał się zimny wieczór. Płatki śniegu tańczyły w porywistym wietrze. Praag zostało daleko z tyłu. Jechali saniami gdyż ziemie pokrywała jeszcze twarda skorupa śniegu. Wiele sań miało na pace koła, które można będzie założyć kiedy nadejdą roztopy. Niebawem rozbiją obóz, i tysiące kobiet z dziećmi, które opuściły swych mężów i ojców odpocznie po męczącej wędrówce i wyleje nocne łzy tęsknoty i strachu. Konwój chronił oddział tylko dwustu konnych zbrojnych i to tak tylko ze względu na rodzinę królewską. Porost siedział razem z Amm w otwartych saniach przykryty futrami. Miał w sercu zadrę z powodu wyjazdu. A właściwie ucieczki. Strażnicy odwracali twarz gdy ten się do nich zbliżał, szeptali za jego plecami i nie odpowiadali na jego pytania. On, który wlewał nadzieję i odwagę w serca żołnierzy, teraz ucieka jak tchórz. Porost nie mógł sobie tego wybaczyć i przez całą drogę nic nie mówił.
Z rozmyślań wyrwał go przerażający, kobiecy krzyk. Daleko z tyłu wybuchła panika. Spłoszone konie rwały do przodu jak szalone. Cały konwój ruszył galopem. Porost stanął na siedzeniu i zobaczył. Z szarego nieba spadały skrzydlate bestie, szarpiąc i mordując uciekinierów. Skoczył na luzaka przywiązanego do sań i zabrał Lenrę. Pognał na opornym koniu w stronę skrzydlatych bestii. Puścił wodze i prowadząc konia żelaznym uchwytem ud, uniósł Lenrę i grał. Jednak instrument go nie słuchał. Nie grał tak jak należy. Tony były fałszywe a melodia martwa, pozbawiona jakiejkolwiek harmonii. Skrzydlate bestie co chwile wyrywały jakieś ofiary i mrożącym krew w żyłach rykiem cieszyły się okrucieństwem. Kilka z nich pomknęło w pościgu za wozami ku przodowi kolumny. Porost pomyślał o Amm. Uderzył konia po bokach i gnał co sił z powrotem. Na królewskich saniach siedział trzygłowy gad, który uniósł się w powietrzu trzymając w szponach szarpiącą się księżniczkę. Porost krzyknął. Adrenalina uderzyła w niego potężną fala. Przyskoczył do wozu i wziął kuszę, którą wypalił w bestię. Trafił a potwór wypuścił Amm. Spadała. Trwało to kilka sekund, najdłuższych w jego życiu. Ciało uderzyło głucho o twardą pokrywę śniegu.
Chciał biec do niej... ratować... pomóc. Chciał mordować, mścić się...
Ale stał.
Wpatrywał się tępo w miejsce gdzie umarła. Umarła. A wraz z nią umarło jego serce. Umarła, a wraz z nią umarła jego dusza. Umarła, a wraz z nią umarł świat. Świat umarł, stracił kolor o dźwięk. Przed oczyma obracały się tylko puste obrazy. Cisza... wszystko stało się ciszą...
Przez te ciszę coś się jednak przebiło. Cichy śpiew. Śpiew, który wypełniał ciszę. Pamiętał te melodię... to Jej melodia. To kołysanka, którą słyszał gdy przyszedł na świat. To głos Matki...
Śpiew się nasilał. Nie było już ciszy. Śpiew wypełnił jego martwe serce, martwą duszę i martwy świat. W melodii był gniew. Gniew narastający z każdą nutą. Aż melodia stała się czystym gniewem. Stał się wybuchem wulkanu, trzęsieniem ziemi, sztormem na oceanie, burzą z piorunami, stała się gniewem Matki Ziemi.
Jej gniew stał się jego gniewem. Jej krzyk stał się jego krzykiem. Jej pragnienie zniszczenia, stało się jego pragnieniem.

Ci z konwoju, którzy przeżyli, mówili że nagle przyszła straszna burza. Wiatr rzucał wozami, grzmoty ogłuszały a błyskawice oślepiały. Ziemia pluła głazami rozdzierającymi bestie. Z ziemi wyrastały rośliny wbijające się w niebo. Po burzy uciekinierzy obudzili się w rozkwitającym lesie, choć wcześniej był tu gładki step.
Obrońcy Praag wspominają mroczna jak smoła burzę, która przetoczyła się nad miastem i wybuchła na Północnych Pustkowiach. Dalekie grzmoty ogłuszały obrońców. Armia Chaosu nie przychodziła przez wiele dni, więc wysłano zwiad, który natknął się na gigantyczny las, którego wcześniej tam nie było. Na gałęzie drzew nawleczone były mutanty, tak jakby drzewo przybijało Armię Chaosu rosnąc.
Kilka dni po powrocie zwiadu, Zoltan zorganizował zbrojną wycieczkę, która przebyła kilkumilowy las i wkroczyła do Krainy Trolli. Ku ich zaskoczeniu, nie znaleźli żadnego żywego Trolla. Za to widzieli wiele osmolonych kości. Dotarli w końcu do miejsca gdzie ziemia powinna być całkowicie splugawiona przez Chaos. Tereny te jednak porośnięte były świeża trawą, a z wielu miejsc biły krystalicznie czyste źródła.
Z dalekiej północy nadchodziły podobne wieści. Ziemia plugawiona przez Chaos setki lat odżyła. Powracały pierwsze owady i ptaki. Życie rodziło się na nowo.
Lubię to
 Lubi to 0 osób
 Kliknij, by dołączyć
Zobacz też
Słowa kluczowe: pustynia, śmierci, przewodnik, warhammer, rpg

Podobne newsy:

» Koniec Warpstone w 2009 roku!
44%
» Nowa karta postaci!
44%
» Otwarty indeks polskojęzycznych opracowań do ...
40%
» Aktualizacja sekcji RPG!
33%
» TROM - wieści
29%
 
Podobne artykuły:

» Autorski projekt na łamach UF
50%
» Wampirze Dary
50%
» W służbie władców Sylvanii!
44%
» Wampirzy Emisariusz
44%
» Historia Sylvanii!
44%


Dodaj komentarz, użytkowniku niezarejestrowany

Imię:
Mail:

Stolica Polski:



Twój komentarz został dodany!

Kliknij, aby odświeżyć stronę.




Artykuły

Gry komputerowe
Główne Menu

Gry RPG

Polecamy

Patronujemy
Aktywność użytkowników
madda99 zarejestrował się! Witamy!
_bosy skomentował Blood 2: The Chosen - recenzja
_vbn skomentował Mapy Starego Świata
wokthu zarejestrował się! Witamy!
_Azazello Jr skomentował Gdzie diabeł nie mówi dobranoc. "Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow - recenzja
Gabbiszon zarejestrował się! Witamy!
Liskowic zarejestrował się! Witamy!
_Kamila skomentował "Brudnopis", Siergiej Łukjanienko - recenzja

Więcej





0.147 sek