Warhammer >> Opowiadania >> Mirrot

| | A A


Autor: aranthis
Data dodania: 2007-07-24 00:27:00
Wyświetlenia: 4761

Mirrot

Opowieść ta zaczęła się z początkiem 2500 KI, w potężnym mieście Nuln, które ponad sto lat temu było stolicą Imperium. Tej zimy strażnicy dróg, patrolujący gościńce biegnące przez Hrabstwa Averlandu, przynosili do władz coraz to gorsze wieści. Do straży miejskiej doszły słuchy, że na prowincji powstają bunty wśród ludności, która skarży się na zbyt wysokie daniny.

Mało tego. Dowiedziano się iż rzeczywiście podatki odbiegają daleko od standardów. W połowie lutego doniesiono o spłonięciu wioski z niewiadomych przyczyn. Po tygodniu sytuacja się powtórzyła. Wiadomości te nie były brane przez strażników miejskich całkiem na poważnie i puszczane mimo uszu, więc „góra” się o nich szybko nie dowiedziała. Lecz gdy tylko sierżantowi Vincentowi coś niecoś obiło się o uszy ,wezwał do siebie gdzieś z tuzin podkomendnych z osobna, a na koniec ,skrajnie znużony zawołał do siebie swojego zaufanego strażnika Hugo Stanhella i z tymi słowami do niego rzekł:
-Doszły mnie słuchy, że ostatnio coś dużo rozmawiacie z tymi oblatywaczami gościńców Co wam ci latawce naopowiadali? Gderali o jakichś strasznych incydentach? Nie będę was dłużej wodzić za język. Powiedzcie mi tylko, gdzie zaszła zbrodnia?
-No więc, panie sierżancie – zaczął nieco skrępowany Hugo – nie pamiętam zbyt dobrze, lecz wiem na pewno ,że była wtedy mowa o jednym z hrabstw averlandzkich – sierżant spochmurniał prawdopodobnie z niecierpliwości (ponieważ należał raczej do tych bardziej niecierpliwych).
-Tak, teraz sobie przypominam. Tak, na pewno. To będzie jakieś parędziesiąt mil stąd – sierżant zsiniał (a to raczej wynikało ze zmęczenia , w dodatku miał dosyć słuchania tego bełkotu) – ...na ziemiach jakiegoś hrab..ieg.. o.. o.. - sierżant poczerwieniał – ...ooo, chyba nie jest pan na mnie...
-Ty durniu! Ty niesubordynowany durniu! Ja ci dam jakiegoś hrabiego! Ty zapomniałeś o najważniejszym, a ja zapomnę o twojej podwyżce! - wrzeszczał wytykając palcem przed nosem Huga.
-Ależ, ależ panie...
-Zejdź mi z oczu – polecił oschłym głosem. Wodząc oczyma za odchodzącym Stanhellem dodał sam do siebie: – Banda gamoni, niesubordynowanych gamoni. Wszyscy każdy z osobna. Nawet mój najlepszy człowiek!
Gdy jednak wszystko opowiedział na spokojnie kapitanowi, ten odparł:
-Trzeba coś z tym zrobić!
-Co pan proponuje?
-Powinniśmy wysłać paru ludzi na zwiad - wyparował bez zastanowienia zdecydowanym głosem. Sierżant zachmurzył się :
-Być może , ale nigdy - przenigdy naszych. To są głąby i gamonie. Szczególnie taki jeden – Albinos Hals. Tacy jak on nie słuchają co się do nich mówi, tylko bujają gdzieś w obłokach. Są to po prostemu gamonie!
-Po prostemu, powiadasz? – spytał rozbawiony stylem mowy sierżanta kapitan.
-Tak, są głupi...głupi... głupsiii... od, od... – sierżant poczerwieniał cały.
-Odpuść sobie Vincent. Zatem więc niech zajmą się tą sprawą jacyś naiwniacy szukający wrażeń.
-Co pan przez to chce powiedzieć ?
-To, że powinniśmy rozwiesić ulotki.
-Czy pan żartuje sobie ze mnie?! Nie lepiej byłoby iść do samej hrabiny Emmanuelli von Liebevitz, z prośbą o całą armię jej najemników? Nie jesteśmy...
- Spokój. Powiedziałem żebyś się uspokoił. – zganił Vincenta już lekko poirytowany kapitan straży O czym to była mowa? – kapitan gładząc swe ciemne wąsy spozierał sierżantowi swym przenikliwym wzrokiem prosto w oczy, że tamten zamienił się w kamień jak pod czarem bazyliszka. - Na czym to stanęliśmy ? Aha! ulotki. Rozwieszanie ogłoszeń nie wpłynie negatywnie na naszą sprawę, czy opinię - wręcz przeciwnie. Robota jak każda inna, więc każdy się tym może zająć. Nie zaszkodzi nam wynajęcie kilku kmiotków. Sam powiedziałeś, że nasi chłopcy są w nierozpoznanym terenie do niczego. Milicja reiklandzka też się tym zajmie, więc nie mamy nic do stracenia.
-No, tak. Racja, ale...
-Nie ma żadnego ale! Macie rozkaz wywiesić ogłoszenia na największych ulicach miasta. Wykonać!
Przez parę tygodni nikt się nie zgłaszał. Straż miejska również nie wykazywała zbytniego zainteresowania i z pewnością wszystko by odeszło w zapomnienie, gdyby nie grupka zapaleńców która stawiła się nagle z początkiem wiosny w . Było ich pięciu, każdy z kuszą na ramieniu i z niewielkim tobołkiem. Na ich czele stał łysawy, niebardzo wysoki, ale za to dość krępy mężczyzna, w kwiecie wieku, o wesołym, niemal figlarnym spojrzeniu. Ubrany był w zabłocone, podróżne buty z wysoką cholewką, mocno znoszone spodnie krojone w najnowszym stylu a ’la muszkieter (pewnikiem ściągnięte z jednego takiego...). Miał na sobie niedbale narzuconą skórzaną kurtkę, w kolorze spękanej ziemi, spod której błyskała się koszulka kolcza. Jego twarz była rozorana paroma nieprzyjemnymi szramami, naniesione na wygarbioną od słońca i wiatru twarz niczym runy na starożytną mapę opisującą stoczone przed wiekami bitwy. Przy pasie miał prosty, żołnierski jednoręczny miecz i manierkę. Z uśmiechem na twarzy przywitał specyficznym okrzykiem nadchodzącego kapitana, aż tamten się zaczerwienił. :
-Kopę lat ! Jak ci leci, stary? Jak tam zwisa palancie?
-Coo?! – bardzo zmieszany kapitan patrzył z niedowierzaniem na przybysza i uścisnął mu przyjacielsko dłoń, śmiejąc się. – Niech mnie Chaos! Dager Neicht, to ty? Teraz cię zaszufladkuję za obrażanie władzy ! HE! HE! HE! Na Verenę, co ty tutaj robisz? Ostatnio kręciłeś się po lasach Middenlandu tępiąc orków, czyż nie?
-Owszem, a teraz zachciało mi się pomyszkować po starych dziurach!
-Siądźże, stary druhu!. Jesteście zmęczeni ?
-Eeee, co ty ? Pierwsze co zrobiliśmy przyjeżdżając do Nuln , to była rekreacja. Lepiej zamiast psuć powietrze, przejdźmy do rzeczy. Za odpowiednią sumkę weźmiemy się za to zadanko. Jednak wytłumacz nam najpierw, drogi Hodo, o co w tym wszystkim chodzi. Wjeżdżam na moim wiernym Szczęśliwcu na Aleje Magnusjańskie, aż tu na tablicy widzę twe miłe ogłoszonko (drukowane tłustą czcionką). No i w tym twoim ogłoszonku nie było napisane, gdzie, co i za ile, pisało ino:”...za znalezienie sprawcy podpalenia dwóch wiosek , czeka cenna nagroda...” i takie inne duperele. Zupełny bezsens! Właściwie, to tylko podreptałem tu do ciebie trochę pogadać. Nic poza tym. Nic – cały Hodo, myślę sobie.
Kapitan wzdrygnął się.
- Więc nie weźmiecie się za to? – spytał, patrząc na przyjaciela kątem oka.
-Tego nie powiedziałem. Lecz ja uważam że lepiej byś zrobił wynajmując wyspecjalizowanego szpiega.
-Jakiego szpiega? Zażąda sobie nie wiadomo ile i spartolić całą robotę. Poza tym sprawa może byćnie warta łojówki. Wioski się mogły spalić się przez czysty przypadek. Burza , czy coś w tym stylu... albo jakiś bałwan bawił się prochem strzelniczym.
-To znaczy że nie znasz najmniejszych powodów? Nie masz nikogo na liście podejrzanych? he! he!
-Niestety nie. Jeszcze jest możliwe, że był to pewnego rodzaju sabotaż.. eee...co ja plotę? No! ale co do was, to przybyliście w sam czas – kapitan sięgnął pod biurko, by wydobyć flaszkę wypełnioną podejrzanie wyglądającym trunkiem.
-Hodo, zmieniasz temat. Schowaj to...przynajmniej nie teraz...robota ucieka.
-To co? Ulotki zawiesiłem już miesiąc temu. Sprawa wydaje się być już prze-daw-nio-na.
-Czy strażnicy dróg nic o tych incydentach nie słyszeli?
-Dager, jeżeli chcesz się za to zabrać, to idź ze swoimi ludźmi do karczmy „Pod Półksiężycem.” Dzisiaj zatrzymał się na jakiś czas znajomy kupiec, więc nie ma pośpiechu. Pewnie mógłby się z wami zabrać południowym gościńcem. Wiem tyle, że te spalone wioski są gdzieś na terenie jednego z hrabstw averlandzkich.
-Nie mamy aktualnie żadnej konkretnej roboty, więc chętnie się tym zajmiemy.
- Wspaniale! Dager, słuchaj no. To nie przelewki. Ktoś lub coś robi niezły bałagan w Averlandzie, a ty i twoi ludzie macie dojść do tego kto.
- Dobra, dobra! I kto to mówi... – żachnął się z ziewnięciem najemnik. – Trza mi jakiejś zaliczki.
-Dam wam teraz pięćdziesiąt złotych koron na niezbędne zapasy, oraz pięciu ludzi do pomocy. Gdy wpadniecie na jakikolwiek trop grasującej szajki banitów, czy zbłąkanych zielonoskórych, lub na cokolwiek podejrzanego, wartego uwagi – tu zwrócił się do swego, ehm, zasłużonego człowieka – to ma pan ekspresem się tu do mnie zgłosić, sierżancie Vincent!
-Dyliżans Ekspress dość drogi, panie kapitanie.
-A jak myślisz, po jakiego grzyba dałem twojemu nowemu dowódcy wyprawkę, hę?
Gdy się już żegnali dodał:
-Tylko następnym razem bez takiego spoufalania, Dager, bo mnie zdetronizują.
-Niech i tak będzie. Bywaj!
-Żegnajcie! Niechaj Sigmar ma was w swej pieczy! – pomachał na pożegnanie najemnikom, po czym mruknął do siebie, starym zwyczajem: - ...i spierdalaj stary naciągaczu. Wpadnie raz na rok, a nawet się nie napije...
Mijały tygodnie, miesiące, a łowcy nagród nie dawali o sobie znać. Wreszcie w połowie żniw powrócił z misji tylko jeden Dager Neicht (z jeszcze większą łysiną i bezczelnym uśmiechem), w towarzystwie wysokiego, lecz nieco przygarbionego osobnika wspartego o prosty drewniany kij. Nowy przybysz odziany szczelnie w biały jak śnieg płaszcz, miał mocno nasunięty na głowę kaptur spod którego wystawał spiczasty nos, oraz spływała kaskadami długa, jedwabista, srebrzysta broda. Z cienia kaptura wyzierały raz po raz błyszczące, nieludzko inteligentne i tajemnicze, bladobłękitne oczy. Przy pasie, do złocistego sznura miał poprzywiązywane różnej wielkości woreczki, od których roznosiła się kojąca woń ziela i nieznanych mikstur. Nieznajomy bez słowa przywitał się z kapitanem, jakby tamten już dawno się spodziewał jego przybycia, po czym siadł na mahoniowej ławie w samym kącie biura i zaczął przysłuchiwać się w skupieniu rozpoczętej rozmowie.
-Czemu przybyłeś sam, bez swych kompanów? – spytał spokojnie kapitan.
-Przecież ktoś musi pilnować mojej karczmy – odparł wesoło Dager.
-Kupiłeś sobie karczmę?
-Tak, ale o tym pogadamy później. Gorsza sprawa od pilnowania zajazdu, to twoi ludzie. Już w pierwszym tygodniu dali dyla.
-Co powiedziałeś? Zdezerterowali?! To chyba dla mnie najgorsza wiadomość.
-To jeszcze nic w porównaniu z tym co się tam dzieje – odparł z szyderczym uśmieszkiem Dager.- a dzieją się tam bardzo, ale to bardzo niepokojące rzeczy; mianowicie, ludzie znikają bezpowrotnie z domów. Jedni umierają na nieznane żadnym cyrulikom choroby, inni słyszą jakieś głosy. I wiesz co, Hodo – w tym miejscu Dager zwiesił głos. – Wszystkie ofiary łączy jedno: mieszkają nieopodal dworu najbogatszego człowieka w prowincji, najbardziej poważanego i tak dalej... choć ja tam nic nie słyszę choć mieszkam w tej samej wsi. – dodał niezwykle ponuro, a jego oczy nagle zmatowiały i straciły swoją żywiołość
- Ale gdzie? Powiedz mi gdzie to jest? W Averlandzie, Sudenlandzie?
-Tak, jest to małe hrabstewko averlandzkie, należące do nikogo innego, jak do tego Mirrota, który otrzymał nawet miano ,,strasznego dziedzica ”, czy coś w tym stylu.
-A czemuż tak?
-Ponoć trzyma lud ostro za mordę.
-Mirrot, powiadasz? - kapitan w zamyśleniu przygładził wąsa – Ja już sprawdzę jego dane. Co ci jeszcze wiadomo?
-Dowiedziałem się od wieśniaków wiele niesłychanych historii. Wezmę na przykład takiego świniopasa Hitkena, który na własne życie przysięgał że widział zmasakrowane czyjeś zwłoki tarzające się w chlewie. Gdy poszedł oznajmić to gospodarzowi, ścierwa już nie było. Wychłostali go tak, że do dzisiaj pręgi nosi.
-Co jeszcze opowiadali? -spytał się zaciekawiony kapitan. Łowca nagród zaśmiał się.
-Jedna baba mówiła – zaczął kolejną opowiastkę – że jak kurze łeb ścięła i zaczęła spokojnie obskubywać ją do obiadu, to wtedy ta wyskoczyła jej nagle z rąk i zaczęła zwiewać. Baba więc w te pędy za ściętą i na wpół obskubaną kurą, a tamta dalej pędem przed siebie, haha! Stara jednak nie dawała za wygraną i w tej szaleńczej pogoni za bezgłowym drobiem omal sama sobie karku nie skręciła, ale kury nie złapała.
-Brednie – rzekł z przekonaniem kapitan.
-Też tak myślę. Lecz jeśli sprawcą tego wszystkiego jest TEN, którego pamiętam z początków mojej przygody z wojaczką, uwierzę we wszystko. Wtedy potrzeba by było mieć cały oddział, co najmniej pięćdziesięciu chłopa, wtedy akcja może by się zakończyła powodzeniem.
Kapitanowi zabłysnęły oczy. Spojrzał porozumiewawczo w stronę zakapturzonego osobnika.
-Zaraz, zaraz! coś mi zaświtało w głowie. Mirrot...przecież ten facet był i z tego wychodzi, że nadal jest poszukiwany i w dodatku od kilku dziesięcioleci! To przecież legenda w dziedzinie przestępczości. Bardzo z niego tajemnicza osobistość. Jego egzekucja była bardzo głośna, pamiętasz? Został skazany za wiele przestępstw, w tym za zabicie własnego ojca, herezje, czarnoksięstwo, a najdziwniejsze jest to, że został spalony na stosie, na oczach wielu ludzi.
-I ślad po nim widać nie zaginął - odezwał się pod nosem siedzący w kącie. Mówił głosem ciepłym, głębokim...niemal ojcowskim. – Ach, wy ludzie macie tak krótką pamięć. Może to i dobrze...
-Mógł zwiać i podstawić kogoś innego – zainsynuował Dager, jakby nie dosłyszał uwagi starca.
-Nie! to wykluczone! Nie mógł sobie tak uciec z najlepiej strzeżonego wiezienia w Middenheim, a poza tym kto ze środowiska więziennego chciałby spłonąć na stosie i to w dodatku za kogoś?
-W takim razie ktoś się za niego teraz bezczelnie podaje.
-W takim razie entuzjasta Mirrota. Mniejsza o to. Widzę, ze tym razem tobie zaliczki nie trzeba. Jedź natychmiast do wioski i powiedz swoim, aby byli w pogotowiu. Ja teraz muszę odbyć długą rozmowę z Galantalanthasem. Bądź zdrów i czekaj na dalsze instrukcje.

1.Życie nie jest nudne
W gospodzie ,, Pod Złamanym Karkiem” było duszno. Wśród lokalnych pijaczków i różnego rodzaju szumowiny siedział przy nie dopitym kuflu piwa jasnowłosy elf. Było mu nieswojo i czuł się bardzo osamotniony. Znużony ciągłymi tułaczkami od hrabstwa do hrabstwa, marzył o powrocie do swych rodzinnych stron. Lecz cóż on, elficki wypierdek mógł o czymś takim myśleć. Jemu się przecież w młodym wieku zachciało opuścił leśne królestwo elfów - Loren, w którym przyszedł na świat i dorastał. Uciekł, by szukać przygód w świecie ludzi. Z początku tułaczek po Bretonii robił za giermka. Przez swą typową elfom nonszalancję okazywaną młodszym rasom, naraził się niejednemu rycerzowi, więc pozostało mu się teraz rozbijać po ziemiach Imperium. Od zawsze był chętny do bijatyk i przepadał za pieniędzmi. Istny degenerat elfiego rodu. Nigdy nie został łowcą przygód, mimo że to zajęcie zgodne z jego naturą. Nie interesował się tym może jeszcze dlatego, że uważał to za zbyt mało opłacalne.
Znajomi ludzie i halflingi zwą go Dolaler, lub zwyczajnie Elf. Zdarzało mu się w większych miastach utrzymywać w sposób nieco łajdacki. W sumie tylko przez spryt nie zabrakło mu nigdy grosza, ni dachu nad głową.

-Jak tu gorąco - pomyślał na głos i otarł z czoła spływający strugami pot. Haustem dopił złoty napój. Zrobiło mu się niedobrze. Może był chory, a może tylko zmęczony. Wstał od stolika i podszedł do lady za którą stał niewysoki, w średnim wieku, trochę łysawy dość krępy mężczyzna. Miał na sobie rozpiętą skórzaną kurtkę koloru sepii. Na jego twarzy widniał wesoły, trochę wścibski uśmiech.
-Czego chcecie mości elfie? - spytał się z lekką kpiną i udaną życzliwością, po czym oparł się swymi wielkimi łapskami o ladę.
-Pokój na jedną osobę – odparł zmęczonym głosem Dolaler. -I stajnia dla kuca.
-Dwie złote korony i szesnaście szylingów – wyśpiewał barman, po czym ściągnął z ramienia ścierkę i wytarł nią swe wielgaśne ręce.
-Co takiego?! - wykrzyknął zdumiony elf - odbiło ci do reszty??? Tyle to bym zapłacić mógł za szlachecki apartament, a nie za byle wiejski barłóg, i to w dodatku na jedną noc. Złamanego pensa nie dam!
-Proszę się uspokoić. Płaci pan szesnaście szylingów za ,,wiejski barłóg”. Dwie korony idą za apartament dla kuca, bo widzi pan, mamy spore kłopoty z paszą. Tydzień temu spłonęła cała stodoła wypełniona po brzegi zbożem i teraz trzeba jakoś nadrobić te straty. Jeżeli coś się w tym panu nie podoba, to proszę się przespać na polu, albo zostawić zwierza jucznego na pastwę wilków, bo biedaczyska też są głodne. A jakiż on grubaśny! ha! Tak, widziałem tego kuca należącego do mości elfa, i powiedziałbym nawet: tuczno –juczny! Zwierzak byłby dla wilków pyszną i sytą strawą.
Dolaler teraz się całkowicie załamał. Kuc był jego ulubieńcem, dobrze się razem rozumieli...Teraz, gdyby odmówił mu ciepły kąt i sowitą żywność (bo tak szczerze powiedziawszy nie miał jej już od czterech dni, żywił się jeno chwastem wolno rosnącym przy gościńcu), z pewnością straciłby nieco jego i tak nieco nadszarpnięte zaufanie. Powoli więc skinął głową szynkarzowi, na znak że rozumie.
-Dobrze. Proszę teraz iść ze mną do stajni. Koniu...-chciał już krzyknąć, lecz zawahał się.- ...ops...Tego no, stajenny jest na zwolnieniu.
Karczmarz spuścił wzrok, zakasłał i wyszedł zza lady. Elf poszedł za nim bez słowa. Dziesiątki ślepi, o bardzo nietrzeźwym i ciężkim od wódki spojrzeniu odwróciło się na niego. Nie zwrócił na kmiotków większej uwagi i wyrzucił sobie: „po jaką cholerę ja, elf Dolaler, światowiec wyjechałem z Nuln? Zamiast się włóczyć po tak zapadłych dziurach, mógłbym dalej rajfurować! Nie, nie mógłbym. Straż miejska, niech ją...”
-Gdzie jest pański wierzchowiec? - spytał barman wyrywając z rozmyślań elfa i rozglądnął się wokół.
-Znowu poszedł na popas - uśmiechną się elf i przeciągle zagwizdał na palcach. Po chwili zwierzę przykuśtykało z łąki w podskokach, rżąc radośnie na widok swego pana.
-No proszę!- krzyknął zdumiony człowiek. - Mądrego i rezolutnego kuca macie - po chwili dodał w szyderczym uśmiechu: - gdybyście i wy elfy były takie!
-Co?! Co takiego?! - krzykną obrażony adresat i pomyślał, iż mało tego, że jest zmęczony i chce mu się spać, to jeszcze w dodatku będzie obrażać go jakiś śmierdzący szynkarz. Przez zmęczenie zlekceważył te obelgi, myśląc jedynie o odpoczynku i miękkiej poduszeczce. Gdy podawał karczmarzowi postronek przeszył go przenikliwym, pełnym nienawiści spojrzeniem. Człowiek zmieszał się nieco odebrał kuca.
Ze wschodu wiał lekki wietrzyk, zwiastujący ciepłą, letnią noc, a słońce czerwone jak aksamit kładło się do snu. Olbrzymie stado wron kracząc niesłychanie, zlatywało się na rozległe pola.
W dusznej karczmie przez zamknięte okiennice przeciskały się szparami wąskie smugi złotego światła zachodzącego słońca by potem spaść na głowy śpiących z opicia i głośno chrapiących chłopów, zmęczonych zapewne całodzienną pracą na roli.
-Od schodów na piętrze czwarte drzwi na prawo - mruknął barman podając elfowi klucz.
-Czemu tak drogo za jednoosobowy?
-U mnie są tylko czteroosobowe – odparł oschle. – Tylko w nocy nie złazić mi tutaj ,,że robaki łażą”, bo to nie chata imperatora. I oddaj pan rano klucz. Życzę dobrej nocy.
Dolaler w odpowiedzi machnął ręką i wyszedł po starych skrzypiących schodach. Otworzył zgrzytające, od wieków chyba nie oliwione drzwi i wszedł do ciemnego, śmierdzącego stęchlizną pomieszczenia. Rzucił tobołek na wyro i otworzył drewniane okiennice. Widok był na gościniec, wzdłuż którego stały niewielkie gospodarstwa. Dalej widać było palisadę otaczającą wioskę, a za nią niezmierzone pola, które przecinały nici wąskich dróżek biegnących w stronę gościńca, przecinających pola uprawne sięgające po horyzont, het, do Nuln.
Gdy Słońce rzucało swe ostatnie promienie do wnętrza pokoju, elf zamknął okno i zapalił łojówkę
Siadł na łóżko (o ile możności obskurne wyro można było w taki sposób nazwać), na którym leżała byle jak rzucona, poplamiona szmata i dziurawy koc, ale to w zupełności starczyło by się jako tako wyspać. Ściągnął więc tylko niedbale buty i padł na wyro jak martwy. Gdy sen go zmorzył, w środku nocy temperatura w pomieszczeniu uległa podwyższeniu.
-Ale tu cieplutko...-wymamrotał Dolaler przez sen i zakaszlał odurzony jakimś gryzącym gazem. Nagły odgłos drgającej strzały, która w tej chwili wbiła się w drewnianą okiennicę rozbudził elfa, który leniwie otworzył oczy i zobaczył w poświacie łojówki dym. Właściwie, to całą chmurę dymu która się roznosiła po całym pokoju, jak ciemna chmura burzowa nad powałą. Zdezorientowany elf zrzucił z siebie koc i skoczył na równe nogi. Jego oczy, jak i usta rozwarły się do granic możliwości.
-To niesłychane, niemożliwe – wystękał, przecierając powieki, niedowierzając w to, co widzi. Przed nim cała ściana stała w płomieniach. Przez otwarte, najeżone strzałami okiennice, zaglądał prawie idealnie okrągły, większy księżyc Manslieb, a z dziedzińca dobiegał odgłos walki, przez który przeplatały się jęki i płacze. Bez wahania ubrał buty, płaszcz, założył na ramię pełny kołczan i łuk, poprawił miecz. Miał już wyjść, a tu rozległ się zgrzyt i do jego pokoju wpadł strasznie zziajany barman, w koszulce kolczy, z tarczą na plecach i z mieczem w dłoni.
-Niech pan ucieka kuchnią przez tylne drzwi – powiedział i wyszedł tak szybko, jak się zjawił.
-To ten dureń – pomyślał Dolaler i popędził schodami do knajpy. Na dole było pusto. – Gdzie on się podział? – zdziwił się elf.
Ignorując nakaz, wyszedł frontowymi drzwiami, prosto na szeroką ulicę przed zajazdem. W świetle gorejących domów, na tle usłanego gwiazdami nieba ujrzał dziesiątki ludzi uzbrojonych w miecze i łuki, odzianych w długie szaty, pieszych i jazdę konną. Jedni tłukli się zawzięcie, z równie zawziętymi wieśniakami, a inni wystrzeliwali płonące pociski. Pierwsze o czym Dolaler pomyślał, był to jego kuc. Wydobywszy w biegu miecz skierował się w stronę stajni, która stała w płomieniach. Przystanął rozgoryczony, i gdy tak stał myśląc intensywnie co tu zrobić, za jego plecami rozległ się tętent zbliżających końskich kopyt.
Elf odwrócił się energicznie.
Prosto w niego szarżował młody jeźdźca w czerwonych szatach. Chaotycznie wywijał mieczem, wrzeszcząc coś niezrozumiale. Elf w ułamku sekundy wymierzył odległość pomiędzy sobą, a jeźdźcem. W ostatniej chwili uskoczył przed tratującymi kopytami i gwałtownie zatoczył w piruecie łuk mieczem, z doskonałą precyzją rozcinając ostrzem miecza korpus agresora. Młodzian jęknął, upuścił broń i charcząc z bólu zleciał z konia głową w dół, na ziemię, i mgnienie oka później został przez swego wierzchowca stratowany.
Dolaler miał chwilę, by zaobserwować jak wieśniacy walczą kosami, sierpami, młotkami, widłami i Sigmar raczy wiedzieć, czym jeszcze. Zauważył, że byli coraz bardziej spychani przez najeźdźców w stronę karczmy. Znajdowali się oni może w odległości strzału z łuku. Jednak jego obserwacje zakłócił przyjazd kolejnego jeźdźca na czarnym rumaku, który raczej nie miał chęci na rozmówki . Za nim dreptał niezbyt wysoki lecz szeroki wojownik ze swoim kompanem. Jeździec się zbliżał.
„Czy matka go nie uczyła, że dzieci nie powinny się bawić ostrymi narzędziami” – pomyślał z gorzką ironiczną elf i machnął mieczem tuż przy ramieniu młodziana. Pudło. Odskoczył w tył. Napastnik skontrował, lecz równie niecelnie i po krótkiej chwili poczuł rozrywający chrzęst w lewej nodze. Nie czół bólu. Skulił się w siodle i chwycił za tryskający ciepłą krwią kikut, wydając przy pierwsze ze swych ostatnich rozpaczliwych odgłosów agonii. Runął z konia.
Tymczasem nadchodził wraz z swym kompanem mąż w kaftanie kolczy, o potężnych barach i sumiastych wąsach. Pot na jego żylastym karku połyskiwał w świetle księżyca.
-Tyy paarszyywyy eelfiee!!! – ryknął na całe gardło – Zapłacisz zaa too!!! Życiem, zapchloonyyy
yyllfiee!!!

Dolaler przełknął ślinę. Osiłek stał od niego zaledwie parę kroków. Widział, jak oczy płonęły mu wściekłością, a jego miecz dwuręczny, żmijowaty flamberg o krętej klindze, krwawo błyszczał w świetle ognia. Niby lampart rzucił się na elfa i sieknął, ale ten zwinnie uskoczył.
-Zobaczymy, kto tu zapłaci - rzekł spokojnie elf i zamachnął się na osiłka, który z łatwością wykonał unik i uderzył ze zdwojoną wściekłością. Dolaler z trudem sparował cios i zobaczył kontem oka zbliżająca się postać z drugiej strony. ,,Kurcze, jeszcze jeden”? Zacisnął zęby i ponownie natarł na wojownika. Jego miecz rozrywając ogniwka kolczy przejechał ostrzem przez rozrośniętą klatę.
-Hingle, zostaw mi tego psa! - krzyknął rozjuszony wąsal. Uniósł błyskawicznie flamberg do ciosu i machnął nim z ogromną siłą. Tym razem inicjatywa elfa zawiodła. Cudem sparowany cios zleciał na jego barki. Rozdarło go niesłychanie, bolesne pieczenie w lewym obojczyku. Chwycił się zań i poczuł lepką ciecz. Zacisnął rękojeść jak najmocniej. Towarzysz wąsala, Hingle ignorując rozkaz natarł na elfa. Ostrze miecza przeleciało przed oczyma Dolalera, który właśnie zrobił krok do tyłu, potarł o rękaw dłoń z krwi i przygotował broń do ciosu. Osiłek zaatakował. Stal brzękła. Broń elfa skrzyżowała się z potężnym mieczem dwuręcznym wąsala. Przez chwilę dwie siły – ludzka i elfia mocowały się ze sobą w śmiertelnym pojedynku. Stali twarzą w twarz, miecz w miecz. Dolaler lapidarnie tracił siły. Jego mięśnie wymiękały. Dech wroga przyczyniał się do tego w znacznej mierze..
Hingle postanowił rozstrzygnąć ten pojedynek. Jego szaty jarzyły się czerwienią, jak krwawa przepowiednia. Ściągnął kaptur (o jego zakazanej, wykrzywionej nienawiścią gębie nie ma nawet co wspominać) i postąpił parę kroków do walczących. Podniósł miecz, by wykonać ostateczne uderzenie.
-Posiekaj go Hingle - wrzeszczał wąsal drżąc z wysiłku. - Posiekaj!
Elf zacisnął zęby i przymknął oczy. Wiedział, że jest bez szans. Czekał na koniec.
Wtem ktoś krzyknął:
-Nikt w taki sposób nie będzie traktował moich klientów!
Hingle cały czas mierząc elfa, zerknął ukradkiem za siebie. „Kto tak hałasuje u licha?”, pomyślał spoglądając porozumiewawczo na partnera. Dolaler skorzystał z całego tego zamieszania i całą resztką swych sił pchnął przeciwnika. Wąsal się zachwiał, i machał rękami jak wiatrak łopatami, dla utrzymania równowagi. Hingle machnął mieczem chcąc odciąć elfowi głowę, lecz przeciął jedynie powietrze. Gdy Dolaler uchylił się od morderczego ciosu i ujrzał kontem oka szynkarza. Nie chciało mu się wierzyć, że tak nagle ni stąd, ni z zowąd ten facet wyskoczył z mieczem na wąsala. Lecz teraz główną uwagę zwrócił na Hinglu, który był już przygotowany do odparcia ataku. Zamachnął się na niego z dużą siłą. Ostrze rozłupało czaszkę wroga. Hingle przewrócił oczami, plunął krwią, zachwiał się i padł. W tym momencie rozległ się krzyk. Dolaler odwrócił się i ujrzał wąsala z zakrwawionym ramieniem, który machał swym mieczem bardzo niecelnie, chcąc posiekać barmana na drobne plasterki. Rzucił się na niego i po drodze potknął się o leżącego jeźdźca, którego elf załatwił przed niespełna minutą. Zaklął i podniósł się z ziemi. Ujrzał jak barman przeciął wąsala kark płaskim cięciem swego miecza. Posoka trysnęła na wszystkie strony. Głowa potoczyła się obok leżącego jej właściciela, którego ciało jakby w proteście uderzało w pląsach o ziemię, rozpluskując kałużę krwi.

Nastała cisza. Człowiek i elf spojrzeli na wieśniaków młócących nieopodal wroga. Ruszyli w transie bojowym do pola walki, by wesprzeć już nielicznych obrońców. Obaj zapomnieli o swoich ranach, zmęczeniu i gotowi byli gromić wroga do upadłego. A z wroga już niewiele zostało. jeszcze nie dobiegli, a wieśniacy gonili uciekającą w popłochu niewielką grupkę czerwonych najeźdźców.
„Kurcze, po jakie gówno jeszcze się pcham do walki?” - pomyślał elf i spojrzał na człowieka.
-Po co mi pomogłeś? Za co uratowałeś mi dupę? - zapytał się towarzysza broni ze zdziwieniem.
-Za wczoraj...Przepraszam- odparł nieśmiało.
-A nie truj mi tutaj! Jak mam ci się odwdzięczyć?!
-Najlepiej mi się odwdzięczysz trzymając się od tego miejsca z daleka.
-Bo co? Przeszkadzam tobie i wszystkim chłopom razem wziętym?
-Widzisz te trupy?- barman zniżył ton- Dlatego! Te ścierwa w czerwonych kieckach były sługusami złego, szalonego człowieka, który chce wszystko zniszczyć. To ci wystarczy?
-To znaczy że ten człowiek chce zniszczyć cały świat?
-Cały nam znany - przytaknął karczmarz.
Elf spojrzał na ziemię, która była usłana dywanem pokiereszowanych trupów najeźdźców i obrońców. Również gdzieniegdzie miotały się gryzione przez psy końskie resztki i ludzkie.
- Ja, Dolaler ogłaszam ci, że nie spocznę dopóki się nie dowiem co się tutaj do zatrutej strzały dzieje. Najpierw zacznę od ciebie; kim ty wogóle jesteś?
-Nazywam się Dager Neicht, miło mi i, no...Pracuję tutaj...tak, pracuję ciężko. Uff! Nawet nie wiesz... No... – człowiek zamrugał nerwowo oczami. – Widzisz, jako karczmarz...No i teraz, sam widzisz mości elfie, wszystko w ruinie...jak zwykle. Teraz wybacz, ale muszę się zająć gaszeniem pożaru.
-Hola! Już tych zgliszcz nie ugasisz, a sianem się nie wykręcisz. Opowiedz mi coś więcej.
-Jeżeli się tak bardzo upierasz, to chodź za mną.
Dager odwrócił się i niepewnym krokiem ruszył za szynkarzem. Skierowali się w stronę ugaszanej przez tuzin chłopa gospody i skręcili gościńcem w lewo, na drugi koniec wioski. Tutaj stały pod swymi zrujnowanymi, palącymi się domostwami zawodzące kobiety ze swymi dziećmi. Sieroty płacząc, jęcząc w niebogłosy, biegały w histerii. Starcy patrząc na to wszystko, kiwali litościwie swymi mądrymi głowami rozmawiając jakby nigdy nic o starych dziejach, porównując je z nielepszą teraźniejszością.
-Czego chcieli od tych ludzi ci pieprzeni reketerzy? - spytał się mocno sfrustrowany elf.
-Reketerzy przy bandzie Mirrota to potulne baranki, a poza tym reketerzy z reguły - podkreślam: z reguły chronią ludzi. I oczywiście za odpowiednie wynagrodzenie ma się rozumieć. Niektórzy w dziwny sposób kojarzą ich zachowanie z szantażem. Wcale się nie dziwię.
-Nie potrzebuję od ciebie lekcji, człowieku. Swoją drogą, wracając do tematu, czy mógłbyś łaskawie mówić jaśniej?
Człowiek pogrążył się w rozmyślaniach.
-...Mirrot jest bardzo mściwy. Znam go od tak niedawna, ale większego skurczykonia nie widziałem! Były bunty, lecz to co dzisiaj się stało, prze...
-Słuchaj mnie Dager - rzekł stanowczym głosem elf. -Albo mówisz do mnie jasno, albo wcale. Jak na razie z twojego bełkotu nic nie zrozumiałem.
-No dobra. Sprawa jest prosta. Facet za duże brał podatki, więc ludzie przestali płacić, nie wszyscy oczywiście. Ci co nie płacili, znikali z domów bezpowrotnie. Od trzech ostatnich miesięcy odbywały się różne bunty i wynikały z tego różne dziwne manifestacje sił.... ejku, zupełnie jak ta sprawa w Midden... ops, uhm...- karczmarz odwrócił wzrok. – O! już dochodzimy do rezydencji.
Na widok rezydencji odgłos zdumienia wybiegł z ust Dolalera.
- To chyba jakiś zame... - zaparło mu dech w piersiach.
Był to bardzo duży, rozłożysty gmach, od strony rzeczki okalającej pola otoczony palisadą. Cały parter zbudowany był z czerwonej cegły, a trzy piętra były konstrukcji drewnianej. Fontem zwrócony do gościńca i długi co najmniej na pięćdziesiąt kroków, a nawet i więcej. W jego centrum sterczała do rozgwieżdżonego nieba wieżyczka, wielkości katedralnej dzwonnicy.
-To jedynie jego pałacyk – rzekł Dager, zgadując myśli elfa.- Dolaler, dowiedziałeś się, czego chciałeś, a teraz spływaj z tych okolic, jeśli ci życie miłe!
Po tych słowach odwrócił się na pięcie i odszedł bez słowa.
Ale dureń z tego Dagera- pomyślał elf i krzyknął za odchodzącym:
-Dzięki za wszystko! Dobry z ciebie kumpel!
Gdy już człowiek się oddalił, mruknął do siebie:
- No dobrze. Barman poszedł, dużo mi nie powiedział, więc jestem zmuszony sam wszystko sprawdzić...Ale jak?
Podszedł do bramy wjazdowej, w której były mniejsze drzwi dla pieszych. Stał tak i patrząc na nie myślał: - co tak będę stać do rana? Najprościej będzie zapukać, a potem niech się dzieje co chce.
Załomotał w drzwi. W oknie na parterze, po prawej zapaliło się światło. Po chwili otworzyły się pomału ze zgrzytem i stanął w nich sędziwy, zgarbiony mężczyzna w bogatym ubiorze.
-Czego chcesz przybłędo o takiej porze? – spytał się niskim, drżącym głosem.
-Chcę się widzieć z niejakim Mirrotem. Mam mu coś bardzo ważnego do powiedzenia.
-Jest zajęty – odparł tamten oschle.
-Tak, pewnie snem – pomyślał elf.
-Proszę tu nigdy nie przychodzić i nie zawracać głowy.
Gdy już zamykał okute żelazem odrzwia, elf chwycił je i otworzył siłą na powrót.
-Chce się widzieć z Mirrotem! – nakazał zdecydowanie. Czół nagły przypływ pewności siebie.
-Jak sobie chcesz- mruknął starzec i wrzasnął: - Straże, do mnie!!!

2.Dolaler w obcęgach.
Po chwili wyszło na gościniec sześciu mocarnych ochroniarzy, ubranych w białe, jedwabne koszule i karmazynowe pumpy. Każdy z nich miał u boku przepasany miecz.
- W czym problem wielmożny elfie? – spytał z szyderczym tonem jeden z osiłków.
- Może chciałbyś się z nami pobawić? Tak dawno nas nikt nie odwiedzał.
- Bardzo się nam nudzi – burknął najwyższy i najszerszy z nich. – Pobawimy się więc razem z tobą w grę: ,,kto odejdzie z tego świata?’’, dobrze?
Ochroniarze ryknęli śmiechem. Dolaler spoglądał na nich z udanym współczuciem. Pokręcił tylko głową, udanie ziewnął i odparł:
- Nie mam zamiaru robić wam krzywdy. Miast tracić czas na zbędne pogaduszki zaprowadźcie mnie natychmiast do swego pana, Mirrota, po dobroci.
Tamci na to wybuchli nowym, jeszcze większym śmiechem. Elf nie rezygnował.
-Za chwilę wam się skończy dobry humor. Nawet nie wiecie z jaką osobistością macie do czynienia! Spełnijcie moje żądanie, bo w innym wypadku powykręcam wam łby jak psom!
-Taaaak? To spróbuj mnie! – zaproponował najwyższy.
- Z wielką przyjemnością! - odkrzyknęła ,,Wielka Osobistość”, po czym wyciągając miecz, bez pośpiechu, gracją ruszyła natarcia. Ochroniarz, który nie był w ciemię bity, również uniósł swój oręż i uśmiechnął się dziko. Elf zamarkował cięcie na odlew w głowę i równocześnie kopnął dryblasa z całych sił w pachwinę samym czubkiem buta. Osiłek wrzasnął, wybałuszył swe oczy zarówno ze zdziwienia jak i z niesamowitego bólu pulsującego w wiązadle, po czym upadł na kolana.
Ryk dzikiego śmiechu, wyraźnie podpitych ochroniarzy ponownie poniósł się po okolicy cuchnącej spalonymi ciałami.
Zwycięzca przyłożył miecz do gardła skopanego i wypalił:
-Czy nadal powątpiewasz w słowa me, ty szczurzy pomiocie ?
-Nie... nie! oczywiście że nie, panie – wyjąkał pokornie, po czym dodał z resztką nadszarpniętej dumy: – ...tylko nie szczurzy pomiocie.
-Dobrze, snotliński pomiocie. Słuchaj uważnie: przedstawię się tobie ty ptasi móżdżku i masz pamiętać to imię. Jestem wielkim wojownikiem Dolalerem z Wielkiego Lasu! Teraz zaprowadź mnie grzecznie z kolegami do Mirrota, albo rozwalę ci ten pusty łeb!
Starszy pan, który przez cały czas stał w drzwiach przyglądając się całej scenie, zwrócił się oschłym głosem do elfa tymi słowy:
-Zostaw go wielki wojowniku Dolalerze z Wielkiego Lasu i pójdź za mną do środka.
Wewnątrz mieściło się spore pomieszczenie wyłożone kocimi łbami. Na jego środku znajdował się owalny, płaski głaz na który padała smuga srebrnej poświaty wypadająca z wąskiego i podłużnego otworu w powale, rozpraszając tym samym panujące tu ciemności. Nie zdążył się Dolaler temu wszystkiemu dokładniej przyjrzeć, ponieważ starszy pan nakłonił go gestem by ten podążył za nim.
Weszli przez drzwi zaraz na prawo od bramy wjazdowej do niewielkiego pokoiku z jednym oknem i stołem po drugiej stronie, później przeszli przez szeroki, wysoki korytarz jasno oświetlony kapiącym kosztownymi kamieniami żyrandolem. Marmurowa, lśniąca posadzka usłana była miękkim karmazynowym dywanem, na ścianach wisiały różne portrety olejne, a okna były zasłonięte długimi purpurowymi firanami.
Starzec otworzył kolejne drzwi. Znaleźli się w szerokiej, drewnianej klatce schodowej z bogato rzeźbioną obręczą w przeróżne chimery. Na piętrze był niewielki, zbity z desek korytarz. Przewodnik stanął przy jednych drzwiach, wyciągnął pęk kluczy i otworzył je jednym niewielkim, choć zastanawiająco błyszczącym...
- Proszę chwilę zaczekać, za chwilę zostanie panu dostarczony ręcznik, balia z ciepłą wodą, gąbka i mydło. Proszę, proszę wejść... – zachęcił z tajemniczym uśmieszkiem, po czym szurając nieco ciżmami z miękkiej jagnięcej skórki o zakręconych noskach, oddalił się i zniknął za zakrętem.
Dolalera zatkało. Stał na środku pięknego, obszernego pokoju, którego sufit pokrywała skomplikowana płaskorzeźba winorośli. W kącie stała dębowa szafa, obok niej miękki, różowy tapczan usiany fioletowo – niebieskim haftem przedstawiającym wzorzyście ułożone fiołki. Naprzeciwko zasłoniętego jedwabnymi, importowanymi aż z Arabii żaluzjami okna znajdowało się pokaźnych rozmiarów łoże z baldachimem. Na podłodze leżał przepiękny, miękki, pewnikiem też arabski dywan, na którym mieściły się wizerunki słoni i innych dzikich, nieznanych elfowi zwierząt. Całość wystroju oświetlał kryształowy żyrandol i oliwne lampy wetknięte do tapetowanych czerwono ścian.
Gdy Dolaler się otrząsnął z zachwytu, siadł ciężko na pachnącej różą pościeli i ściągną koszulkę kolczę. Draśnięcie na barku wyglądało na średnie stłuczenie. Nie wymagało specjalnie zabiegów lekarskich. Oględziny otrzymanych obrażeń przerwało wejście dwóch młodzianów w czerwonych, długich szatach. Przynieśli oni balię z innymi akcesoriami do kąpieli. Elfa aż skręciło na ich widok, ale zreflektował się, że ledwo żywy nic nie wskóra.
Kąpiel niesamowicie zregenerowała jego siły. Zaraz po niej znów zjawił się tajemniczy odźwierny.
-Jutro czeka cię wielki dzień wojowniku z Wielkiego Lasu. Musisz nabrać sił – oznajmił i odszedł zamykając bezszelestnie za sobą drzwi, pozostawiając elfa samego sobie.
Dolalera bolały wszystkie kości. Szybko pogasił lampy i położył się na łożu. Siwa poświata Manslieba wpadała do jego pokoju przez jedwabne zasłony. Myśląc co przyniesie następny dzień utonął bezwiednie w głębokim śnie.
Zbudziło go nagłe szarpnięcie. Przetarł znużone oczy, usiadł i spojrzał na stojących obok ludzi. Była to ta sama dwójka, co przyniosła mu w nocy balię z wodą. Podali mu jakiś strój; naramiennik, pas i niekompletny nagolennik. Kazali mu się w to wszystko przebrać. Gdy już to wdział na siebie, przeglądnął się w wysokim lustrze również przyniesionym przez młodzianów. Stwierdził, że wygląda całkiem jak gladiator. Wcale, a wcale mu się to nie podobało. Wtedy, jak właśnie tak sobie pomyślał, jeden z mężczyzn związał mu czarną przepaską oczy. Dolaler mimo obaw przyjął to ze zmuszonym spokojem, czekając na to co się stanie. Zaprowadzono go gdzieś. Najpierw szli korytarzem, później schodami w górę, chyba jedno piętro, później znowu korytarz. Otwierane drzwi o dobrze naoliwionych zawiasach. Duże pomieszczenie, bo nagłe, głośne oklaski rozniosły się wyraźnym echem. Ściągnięto mu z oczu chustę. Znajdował się w czworokątnej sali. Dużej, bo mieszczącej na trybunach spory tłum. Wokół na drewnianych stopniach zostały rozłożone drewniane krzesła, gdzie siedziała śmiejąca się publika ubrana w czerwone szaty. Na ciężkim, miękkim fotelu siedziała postać. Był to brzydki, prawie że łysy dziad o chorej, pożółkłej cerze, kościstej twarzy, o ostrych rysach. Dolalerowi wcale a wcale nie podobała się ta postać, która wpatrywała się w niego swymi złośliwymi oczkami, niczym miniaturowymi skaveńskimi wiertłami. Skinęła swą chudą, długą dłonią, o krótko obciętych paznokciach i rzekła swym zgrzytliwym głosem:
-Witaj w mych skromnych progach, wielki wojowniku! Teraz wykaż się przed nami swą odwagą i męstwem
Nastała zupełna cisza. Po chwili milczenia staruch dodał:
- Tylko spryt cię może uratować bo koniec jest blisko. Zapewne śmierć, jak sądzisz?
Po tej dziwnej grze słów starzec nic nie dopowiedział, klasnął tylko w dłonie podparł swą kościstą szczękę sękatą dłonią. Jęknął głuchy gong. Czekał.
Elf chciał o coś spytać, lecz nie zdążył, bo zza przeciwległej kotary wyszedł człowiek niepospolitej swemu rodzajowi, olbrzymiej postury. Był również odziany w strój gladiatorski. Pod olbrzymimi jak głazy mięśniami nabrzmiały żyły. Mężczyzna był bardzo wysoki, co najmniej o dwie głowy przewyższał i tak wysokiego elfa, który wydawał się być przy nim...szeroki, jak jego udo.

„Jedynie nędznym robakiem jest on, i zgniotę go jak robaka, no cóż...jak zwykle nuda” - wertował siłacz w myślach najbliższą przyszłość.
Dolaler zacisnął pięści i runął z całym impetem na jaki było go stać, zamierzając wygrać pojedynek swą nadludzką szybkością. Uderzył w szeroką pierś przeciwnika. Wydało mu się przez chwilę, że walną pięścią w kawał hartowanej stali. Doszedł wtedy do wniosku, że pięścią i siłą rzeczywiście niewiele tu zdziała.
Osiłek raptownie machnął na odlew swą łapą przywodzącą na myśl szybko zmierzający w stronę nosa nieprzyjemnie wyglądający, ciężki kloc drewna. Elf uchylił się od ciosu, sapnął, sprężył się i powtórzył swój numer z kopniakiem. Efekt murowany – przeszło mu przez myśl, i rzeczywiście; olbrzym ryknął, skulił się, zachwiał na ugiętych i z lekka trzęsących się nogach, z paniką uświadomił sobie, że robią się jak z lustriańskiej gumy.

- A niech to... – wysapał z ledwością i runął bezwładnie całym swym cielskiem na elfa - ten przytłoczony do podłogi, jak kartka pod ciężarkiem, pomyślał że zaraz zwymiotuje od smrodliwego obciążenia i z dziwnego przeczucia, że lada moment zostanie rozkwaszony na miazgę. Napiął wszystkie ścięgna i mięśnie w gigantycznym wysiłku, chcąc wygrzebać się spod przeciwnika. Coś mu strzeliło cichutko w lewym barku i cieniutką strużką, zza szyi popłynęła na posadzkę krew.
Na trybunach widownia klaskała, rzucała wyzwiska stronę elfa, gwizdała i wiwatowała na cześć wielkoluda.
Osiłek potrząsnął głową, jego włosy bryznęły potem. Powstał z mozołem, niczym przywołany z odmętów chaosu przedwieczny tytan, po czym charknął, splunął i wybełkotał głosem tak głębokim, jak echo które się wydobywa się z dna beczki:
-Teraz cię wykończę robaku!
Dolalera brały mdłości. Nic nie słyszał prócz szumu w głowie. Przez chwilę się czuł jak pusta muszla, która za chwilę pęknie po ciśnieniem morskiej toni. Później poczuł się jak po jak jakaś małża, wyrzucona na brzeg morski i pozostawiona samej sobie, a na którą ma chrapkę czająca się w pobliżu mewa. Taki miał mętlik w głowie. Nagle bark oblał gorący, szczypiący, gryzący i żądlący ból. Przetarł szyję niechlujnym ruchem dłoni z cieknącej krwi, powstał z klęczek i czekał na reakcję wroga, mierząc go wzrokiem.
Tamten grał na zwłokę. Ale czemu?! Możliwe że bawiła go ta cała maskarada, no może prawie cała – oprócz kopniaka.
-Już chyba mości ex-wojownik ma dosyć? – zaczął się drażnić – A może pragniesz krótkiej przerwy, o Wielki?
Elf się wpienił. Nie zważał już na ból, ani na narastający, jednostajny szum w głowie...Ani na swoją bezsilność. Przyświecał mu jedynie jeden cel: ZABIĆ wielkoluda.
Z drugiej jednak strony zdawał sobie sprawę że jest w paskudnej sytuacji.

Ruszył do ataku. Wycelował, wyskoczył i rąbnął błyskawicznym ciosem z pięści centralnie w nos przeciwnika. Tamten tylko rzucił mu krótkie, pełne zniesmaczenia i pogardy szybkie spojrzenie, i oddał. Dolaler uskoczył w miarę zgrabnie, mimo sporych kontuzji, po czym zrobił zwód w lewo, zgiął się, sprężył, sekundy, i machnął „z haka”. Uderzył powietrze. Rozjuszony śmiałością takiego chuchraka, olbrzym w odpowiedzi kopnął...niecelnie. Poprawił ponownym kopniakiem. Przy tej próbie, elf chwycił go za nogę, gdy ta była tuż przy jego uchu, i najmocniej jak potrafił pociągnął ją do siebie i w górę. Osiłek stracił równowagę, w wyniku czego prasnął na plecy, rozbijając przy tym posadzkę z trzaskiem zdolnym przekłuć nerw. „Eks-wojownik” począł skakać mu po monstrualnej klacie.
Po widowni przeszedł szmer zdenerwowania.

Wielkolud jednym machnięciem łapy strącił z siebie elfa, niczym jakiegoś insekta, albo szkodnika, sępiastego padlinożercę, który zbyt późno się zorientował, że obiadek żyje i ma się całkiem dobrze. Elf rąbnął dupskiem na podłogę. Pocierając się o siedzenie, machinalnie odskoczył w tył, byle dalej od maczugastych kończyn wroga. Czół pod językiem napływającą krew. W członkach zbierało się zmęczenie. Nogach drętwiały - o barku zapomniał, ból przepełniał go łącznie z duszą, stał się jego drugim JA. Wszystko odmawiało posłuszeństwa – oczy przekazywały do jego mózgu obraz nieco zdeformowany, nieustannie falujący i z każdą chwilą coraz bardziej rozmazany.
A chwil tych było niewiele.

Widział przed sobą chwiejny obraz wolno kroczącego olbrzyma ze śliniącymi się kłami wystającymi z pyska i długimi szponami wyrastającymi z kręgosłupa i palców odnóży. Na mordzie tego potwora malował się okropny, głupi, bestialski uśmiech. A może to nie był uśmiech, lecz grymas głodu? Tak, pomyślał, ta paszcza się rozwiera przed przyjęciem pokarmu – czyli MNIE. Przeszyła go strzała grozy, a później potężna pięść przeleciała mu przed nosem. Gdy już zupełnie nieświadomie i instynktownie wykonał unik, wróciły mu raptem zmysły na swoje miejsce, a dziwna bestia była już teraz tylko jakimś dalekim wspomnieniem. Najważniejsze teraz, to szybkość i maksymalna koncentracja – pomyślał. Piącha zamajaczyła mu raz jeszcze przed nosem, gdy już zupełnie wyczerpany, na chwiejnych nogach zaczął się cofać. Spojrzał poprzez mgiełkę wyczerpania i krwawe plamki we wrogie oczy. Wiedział...i w tym momencie poczuł, że na głowę spada mu kula armatnia.
Przed elfem zafalowała czerń...
...Stała się całkowita, nieprzenikniona ciemność.
Lubię to
 Lubi to 0 osób
 Kliknij, by dołączyć
Zobacz też
Słowa kluczowe: smocze, zęby, juan, eslava, galan, solaris

Podobne newsy:

» Zapowiedzi!
25%
» Nowy numer SFinksa
25%
» Zapowiedzi!
25%
» Nagroda Sfinks - termin niebawem mija!
22%
» Nowości Festiwalowe!
22%
 
Podobne artykuły:

» Fragmenty "Rezerwatu Goblinów"!
22%
» Głupcy - recenzja
20%
» Tern - recenzja
20%
» Królowa Zimy - fragment
20%
» Requiem - recenzja
18%


Dodaj komentarz, użytkowniku niezarejestrowany

Imię:
Mail:

Stolica Polski:



Twój komentarz został dodany!

Kliknij, aby odświeżyć stronę.




Artykuły

Gry komputerowe
Główne Menu

Gry RPG

Polecamy

Patronujemy
Aktywność użytkowników
madda99 zarejestrował się! Witamy!
_bosy skomentował Blood 2: The Chosen - recenzja
_vbn skomentował Mapy Starego Świata
wokthu zarejestrował się! Witamy!
_Azazello Jr skomentował Gdzie diabeł nie mówi dobranoc. "Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow - recenzja
Gabbiszon zarejestrował się! Witamy!
Liskowic zarejestrował się! Witamy!
_Kamila skomentował "Brudnopis", Siergiej Łukjanienko - recenzja

Więcej





0.067 sek